Hike z orangutanami

Kierowca robi postój, aby zerknąć na tylną oś minibusa, lekko poruszać i ze dwa razy kopnąć. Pomaga, ale tylko na kilkaset metrów. Podczas jazdy coś telepie, ale dźwięk ten ustaje w trakcie przyśpieszania. Drgania robią się intensywniejsze. Okazuje się, że koło przymocowane jest ostatnimi dwoma poluzowanymi śrubami. Z pomocą pojawia się mechanik z pobliskiej wiosk. Kontynuujemy podróż z Berastagi przez Kutacane do Ketambe.

Gospodarze we Friendship Guesthouse pomagają nam zorganizować trzydniowy trekking w dżungli. Patrząc na gigantyczne cykady, modliszki, jaszczurki chodzące po ścianach, głośne świerszcze i dwie pijawki, które dostały się do naszego pokoju, wejście do dżungli zapowiada się jeszcze ciekawiej.
Wybieramy trzydniowy wariant „dla zaawansowanych”, czyli z większą dzienną ilością pokonywanych kilometrów. Poznajemy przewodnika Ijal oraz kucharza Rasmana. Bierzemy niezbędne minimum i wchodzimy wąską ścieżką w głąb gęstego lasu.

Już w pierwszej godzinie marszu spotykamy kilka dzikich orangutanów. Cierpliwie czekamy w ukryciu, ale jednak są zbyt daleko, aby się im przyjrzeć lub wykonać dobre zdjęcie.


W dżungli jest mnóstwo gigantycznych drzew, muszą mieć kilkaset lat. Z niektórych drzew zwisają liany. Po przetestowaniu wydaje mi się, że to ten sam typ, po których przemieszczał się tarzan.

Spotykamy dużo nietypowych owadów, na przykład latające Pinokio motyle, czy gąsienice posiadające skilla składania się w kulkę, gdy poczują zagrożenie.




Zatrzymujemy się na lunch nad potokiem, następnie kierujemy się w stronę gorących źródeł. To prawdziwy rajski zakątek ukryty w gęstej dżungli. Średnia temperatura wody ma około 38 stopni, ale można ją dowolnie modyfikować przemieszczając się zlewisku gorących i zimnych strumieni. Na rozgrzanych kamieniach szybko wyschną ubrania. Cały wieczór mija znakomicie, może z pominięciem poparzenia prawej stopy jakiego doznałem wdeptując po ciemku w gorące błoto.


Nasz kucharz Rasman doskonale potrafi żonglować składnikami i w ciągu dwóch godzin przygotowuje pięciodaniowy obiad z wykorzystaniem jednego garnka. Umiejętność niewątpliwie przydatna do układania wieży Hanoi.
Rozbijamy namiot, sprawdzamy czy nie zawędrowały do wnętrza pijawki i kładziemy się spać przy zbalansowanych odgłosach dżungli i szumu potoku.

Po porannej kąpieli ruszamy w trasę. Większą część dnia idziemy pod górę, mijamy wodospady, ale tym razem mamy mniej szczęścia z orangutanami. Od czasu do czasu pojawiają się małpy i kolejne ciekawe owady.


Rozbijamy obóz w miejscu nazywanym Camp 5.




Tym razem podczas uśpionej czujności w nocy przedarła się do namiotu pijawka. Swoim subtelnym ssaniem obudziła Elę, która w krzyku przeszła do pełnej gotowości bojowej. Nie było większych incydentów.


Trzeci dzień to przedzieranie się przez gęstą dżunglę z ciężkimi plecakami. Pokonujemy śliskie, strome, gęsto porośnięte zbocza. Niektóre potoki są dość głębokie, więc trzeba zdjąć plecak i nieść cały bagaż na rękach aby wszystkiego nie przemoczyć. Trasa jest niezwykle urozmaicona i zatacza pętlę, w końcu której trafiamy ponownie na gorące źródła. Pozostaje jednak niedosyt orangutanów.


Bukit Lawang
Postanawiamy wybrać się na drugi skraj parku narodowego do Bukit Lawang, miasteczka zaangażowanego w program ratowania orangutanów.

To urocza mieścinka spokojnie położona w dolinie rzeki na skraju dżungli. Decydujemy się na jednodniowy trekking połączony z raftingiem (około € 45 za osobę).

Przewodnik Darwin oprowadza nas po dżungli. Spotykamy kilka półdzikich orangutanów z potomstwem wychowanym już na wolności. Program rehabilitacji orangutanów powstał w latach 1975 i trwał do 2004 roku. Przez kolejne 11 lat utrzymywano jeszcze dokarmianie orangutanów i ostatecznie od roku 2016 wstrzymano, aby odbudować populację i dać im naturalne warunki do życia. Okazuje się, że orangutany żyją do 65 lat.

To niesamowita okazja przyjrzeć się tym zwierzętom. Geny orangutanów są w około 96% identyczne jak nasze. Ich gesty, uczucia i odruchy do złudzenia przypominają ludzkie zachowania. Potrafią zwinnie przyjmować przedmioty, chwycić obiekt zręcznymi rękoma, spojrzeć ze spokojnym wyrazem twarzy lub też zażądać „łapówki” – w postaci bananów i innych owoców. Jeden z orangutanów, weteran i wychowanek schroniska robi się agresywny, gdy nie dostanie swojego haraczu.



„Dobre czasy dla większości z nas się już skończyły” – zaczyna jeden ze starych orangutanów. „Teraz już nie ma darmowych owoców, trzeba samemu szukać pożywienia”. Zupełnie jak nasz gatunek wspominający „stare dobre czasy”.

W trakcie kilkugodzinnego szlaku spotykamy również innych mieszkańców dżungli. Uściślając, gatunków małp. W dalszej części trasy przeciskamy się przez wąskie zakamarki, wypłukane przez deszcz korzenie i śliskie przejścia. Nabraliśmy sporo wysokości, teraz trzeba wszystko oddać i znaleźć się z powrotem na poziomie rzeki.

Do Bukit Lawang spławiamy się na indonezyjskiej wersji raftingu. Nasz ponton składa się z 4 dętek związanych gumowymi paskami. Przewodnik siada z tyłu, my w środku, a kapitan, oczywiście po odpaleniu papierosa, na przodzie – drugą wolną ręką chwyta wiosło i kieruje nas pomiędzy porywistymi przełomami i wystającymi skałami w dół rzeki.

Pomyśleć, że woda jeszcze kilka godzin temu była przyjemnie przejrzysta. Piszę te słowa jednak przy wzmożonym poziomie wody, która po intensywnych wieczornych opadach stała się błotnista. Wioskę opanowała ciemność, a huk tropikalnego deszczu rywalizuje z jednostajnym szumem porywistej rzeki.

