Ziemia gorąca w Boliwi

 

Gorąca ziemia w Boliwii

Pogawędki przy stole

Na początku przyznam, że ostatnie kilka tygodni spędzonych na ponad trzech tysiącach metrów trochę mnie wykończyły. Pojawiło się uczucie tęsknoty. Zatęskniłem za tym, aby znów to rozgrzane słońce wypędzało mnie z namiotu o poranku. Zatęskniłem za tym, aby ciepłymi wieczorami przesiadywać na placu miejskim, rozmawiać z przypadkowymi ludźmi, popijać lokalne wino i rozkoszować się tą beztroską, sielankową atmosferą latynoskich miasteczek. Poszukiwanie tierra caliente (“gorącej ziemi”) prowadzi do el Valle de la Concepción, doliny, w której łatwo zapomnieć, że istnieje coś takiego jak czas.

Fiesta i sjesta

Rozległe, niekończące się plantacje winogron przeplatane kolorowymi, na ogół ceglanymi zabudowaniami tworzą pełen słońca, baśniowy krajobraz. Otoczona winnicami  la Concepción to jedna z większych tutejszych wiosek produkujących wino.

Odwiedzam dwie z miejscowych winnic: Casa Vieja i…  nazwa drugiej mi umknęła, gdyż całą uwagę przeznaczyłem na obserwowanie rosnących winogron, leżakującego wina (w beczkach i w butelkach), a także degustację pełnego smaku czerwonego trunku z różnych szczepów boliwijskich winogron.

Zasiadając wygodnie na drewnianym leżaku w cieniu winorośli obserwuję bezchmurne niebo i rozkoszuję się słoneczna pogoda. W porze sjesty w miasteczku panuje totalna cisza, a z pobliskich drzew dobiegają tylko odgłosy ptaków, owadów, dojrzewających winogron i delikatnie smaganych przez wiatr liści….

A teraz mała ciekawostka. Wino w Boliwii uprawiane jest na wysokości między 1700 a 2400 metrów. W efekcie dzięki zwiększonej ekspozycji na promieniowanie ultrafioletowe boliwijskie winogrona nabierają bogatego aromatu oraz unikalnego na skalę światową smaku! Produkcja wina to ważna część gospodarki w tej części Boliwii. Szacuje się, że ponad 20,000 osób utrzymuje się z jego produkcji.

Bazą wypadową do doliny jest przyjazna miejscowość Tarija. Tutaj poznaję też ciekawych ludzi. Jedną z tych osób jest Joe, starszy człowiek, który przedstawia boliwijski sposób na picie wina: każdy pije po kolei, kieliszek po kieliszku z dużą miarą kurtuazji i zwrotów grzecznościowych, jednak nim się obejrzysz, trzeba już otwierać kolejną butelkę.

Zabrzmi to dość niespotykanie, ale innym razem i zupełnym przypadkiem spotykam brata Joe, który dwa lata temu założył i nieustannie rozbudowuje muzeum archeologiczne ze skamieniałościami. Razem jedziemy na odkryte wykopaliska w poszukiwaniu skamieniałości. I tu niespodzianka. Bez najmniejszego wysiłku odnajdujemy szczątki prehistorycznych żółwi, zwierząt kręgowych i uwaga… prawie kompletny róg mamuta! To niesamowite, że takie rzeczy są tutaj pozostawione bez opieki i że… wciąż tutaj są!

O czym to ja mówiłem? Aha, na południu Boliwii, w przeciwieństwie do reszty kraju, na ulicach z łatwością można dostrzec mnóstwo atrakcyjnych dziewczyn. Może to wpływ Argentyny, Paragwaju? Ciepłego klimatu? Bliskość Brazylii? Nie wiem, ale to na pewno nie powód, aby się martwić.

Przypadkiem na czas

Business class z nieograniczonym miejscem na nogi

Łapię nocny autobus do Yucuiba razem z Chrisem, świetnym gościem z którym od jakiegoś czasu podróżuję. Na szczęście mamy 4 godziny opóźnienia. To już tradycja, bo nawet gdy autobus się nie zepsuje, kierowca z przyzwyczajenia zatrzyma się na kilka długich przerw lub jedną ekstradługą, (z reguły kilkugodzinną), aby się przespać. Przypuszczam, że i tak wszyscy preferują dojechać o poranku.

Villamontes to najprawdziwsza tierra caliente. Gorąca ziemia w pełni tego słowa znaczenia, lub jak kto woli, najgorętsze miasto w Boliwii. Kilka kolejnych autostopów, ciężarówka na pace, 40-letnie volvo pozbawione siedzeń i umierający pickup zabierają nas do Canon del Pilcomayo.

Maszerujemy wzdłuż kanionu obładowani plecakami. Słupek rtęci w cieniu wskazuje ponad 40 stopni. Wąska dróżka przecina bujną zieleń i prowadzi nas nad brzeg zabłoconej, wzburzonej w tej porze roku rzeki.  Przeprawiamy się przez boczne koryto (niosące wodę – ale w obie strony), wspinamy się po stromym zboczu wąwozu i oto mamy miejsce na rozbicie namiotu.

O poranku dochodzimy do osady przy drodze. Rozmawiamy z dzieciakami i grając w karty oczekujemy, aż coś się wydarzy. Po kilku godzinach zatrzymuje się długa ciężarówka. Kierowca (i właściciel, jak się później okaże), zdejmuje plandekę i zaprasza nas na pakę wyładowaną żwirem. Nim ruszymy, kierowca przeżegna się i pomodli kilka sekund w przydrożnej kapliczce. Szybko dowiem się dlaczego.

Manipulowanie ciężarówką tej długości tuż nad krawędzią urwiska wymaga magicznych umiejętności. Balansujemy pomiędzy ostrymi przewieszonymi skałami a kilkudziesięciometrową przepaścią po drugiej stronie, z zachowaniem “bezpiecznych” 30 centymetrów zapasu od krawędzi na masywne koła ciężarówki. Niekiedy wystarczy przemieszczać się w tempie szybkiego żółwia, aby poczuć adrenalinę.

To kolejna potencjalna droga śmierci i wyczerpująca (brudna, pełna pyłu) podróż. Po kilku godzinach schodząc na ląd stały wyglądamy jak górnicy w Potosi, a to za sprawą wyboistej drogi i omawianego żwiru na pace.

Boyuibe to spokojna wioska. Zaprzyjaźniamy się ze sprzedawcą warzyw tuż przy głównym placu. To poczciwy człowiek, który mieszka  razem ze swoją żoną w zaparkowanej prawie na stałe ciężarówce z warzywami. Poleca nam, aby rozbić namiot w samym centrum, na środku placu, to “bardzo spokojne miejsce”, zapewnia. Dzieci biegają na ulicy do późnych godzin nocnych, gdzieniegdzie pojawiają się bezdomni – szukający towarzystwa, znudzeni, ale nie uciążliwi.

Szukamy transportu do Paragwaju. Po kilku rozmowach stwierdzamy, że droga Trans-Chaco jest totalnie zniszczona i nieprzejezdna. Wydostanie się z tej wioski graniczy z cudem, ale pojawia się pomysł. Decydujemy się na opcję numer dwa.

Kilka kilometrów marszu prowadzi do punktu poboru opłat drogowych. Zaprzyjaźniamy się z pracującym tutaj kontrolerem. To lekko zapuszczona, ale pogodną postać. Mężczyzna w podartej koszuli z bulwą liści koki na policzkach pomaga nam zatrzymać furgonetkę.

W końcu się udaje. Dołącza do nas 75-letnia boliwijska babuszka i razem w trójkę siedzimy na pace. Powróciło to przyjemne uczucie przemieszczania się.

Po raz kolejny w Villamontes nie mamy już tyle szczęścia. Ostatecznie nie znajdujemy połączeń do boliwijskiej granicy, a jedyny autobus do Paragwaju jedzie bezpośrednio do Asuncion. I odjedzie w środku nocy za parę dni. Wszystko jest umowne, niepewne i opóźnione – nasze opóźnienie (de facto – to nie opóźnienie, a po prostu podróż) rozwija się.

Po raz kolejny utknąłem w Boliwii na pewien czas. I to urok tego kraju. Jak to dobrze nigdzie się nie śpieszyć.

luty 2012

tierra caliente