O poranku zrywamy się w stronę O’smach, rzadko uczęszczanej granicy Kambodży z Tajlandią. Idąc pieszo przez półtorej godziny dochodzimy do głównej drogi. Udaje nam się zatrzymać autobus turystyczny. Nie ma już miejsc siedzących, ale kierowca za parę dolków znajduje dodatkową przestrzeń na podłodze przy swoim fotelu. Po godzinie dojeżdżamy do interesującego nas skrzyżowania, proszę kierowcę, aby się zatrzymał i nas wysadził. To wzbudza sensacje i zdziwienie całego autobusu. Po co ktoś miałby wysiadać na skrzyżowaniu dwóch dróg w małej osadzie dokładnie w środku niczego. Słyszę tylko “good luck guys” z wyraźnie wyczuwalną ironią, ale nawet odrobiną fascynacji.

Jesteśmy w Kralanh, zostało jeszcze około pięć godzin do granicy, która nie wiemy czy na pewno istnieje. Zapowiada się prawdziwa przełajową trasa po czerwonej, błotnistej nawierzchni. W wielu miejscach droga jest zalana przez ulewy, które ostatnio wywołały powodzie w niektórych częściach kraju. Szukamy transportu wśród lokalnej ludności i po około godzinie jesteśmy już umówieni. Pojawia się stary czterocylindrowy nissan z napędem na cztery koła. Ruszamy załadowani na pakę przeładowanego już pickupa.

Auto o tak prostej konstrukcji nigdy nie zawodzi. Robimy częste postoje, aby wysadzić lub dobrać nowych ludzi. Razem z Bess i średnio ósemką innych ludzi siedzimy na worach z nawozami Made in Russia. Ciężko tu czegokolwiek się złapać, więc moje myśli oscylują wokół ukrywania twarzy przed nieznośną chmurą drobnego pyłu i pilnowania, aby nie wypaść na nieustannych wybojach. Towarzyszy temu palący w nozdrzach swąd wspomnianego nawozu rosyjskiej produkcji.

Okazjonalnie chłodzimy silnik, w takich warunkach nie trudno o przegrzanie, przypuszczam, że filtr powietrza już dawno się zadławił. To fantastyczna, ale brudna przygoda. W pewnym momencie na wyboju czyjaś gęś wydostaje się z worka i ląduje jak z nieba na rękach jadącej z nami Kambodżanki. Gdyby to był królik pomyślałbym, że na czas podróży zaplanowano pokazy magika.

I rozpoczynają się schody. Na granicy w O’Smach okazuje się, że nie mogę wjechać do Tajlandii. To niedorzeczność. Nie pomagają żadne negocjacje, prośby, dwie godziny prób spełzają na niczym – celnicy są w żadnym wypadku niereformowalni. A chodzi brak możliwości wyrobienia wizy na granicy i ruch bezwizowy tylko dla wybranych państw. Postanawiam więc spotkać się z Bess, podróżującą ze mną Amerykanką, za niecały tydzień w Laos.

Zatrzymuję kilka aut, ale wszystkie jadą w zupełnie innym kierunku. Myślę, co zrobić wobec zbliżającego się zachodu słońca. W końcu pojawia się toyota Hilux Hero i podejmuję decyzję – jadę w innym kierunku. Inny kierunek brzmi zdecydowanie lepiej, niż stać w miejscu.
Kierowca to wariat. Zasuwa po wertepach, dziurach, wybojach i wioskach trąbiąc na niewinne dzieci bawiące się przy drodze. Jedyna okazja by zwolnić to mosty – ze względu na końcówkę pory
deszczowej szutrowa droga została częściowo wypłukana, przez co najazd na betonowy most znajduje się o wielkość krawężnika wyżej. Zwalniając ze 150 km/h do nieco poniżej setki i tak tył pickupa lata w powietrzu. Ustawiam sobie miękkie lądowanie na plecaku i nieustannie walczę o przetrwanie. Chciałbym zrobić fotograficzne ujęcie tej sytuacji, ale siedząc na pace
latam na lewo i prawo, a niekiedy po pół metra do góry. Raz o mały włos nie wypadłem i to był ten moment, kiedy postanowiłem odpuścić sobie miękkie lądowanie i przejść z trybu komfortowego na tryb przetrwania, czyli trzymać się kurczowo barierek w jednym rogu, aby przypadkiem nie wypaść z jeepa na większym wybiciu. Myślę tylko o dojechaniu w całości.

Jestem w Anlong Veng. Szukając hotelu upatrzyłem już miejsce na poranną sesję fotograficzną. Mój plecak, pokryty białym pyłem od nawozów, podobnie jak ubrania i włosy – muszę się tym zając, bo inaczej wyrośnie mi rzeżucha na głowie. Wentylator nie daje rady, a że jest obrzydliwie duszno wstaję po pół nieprzespanej nocy.

Fantastyczne różowe światło wyłania się zza zalanych wodą pól ryżowych. To miasteczko rybackie, w którym sposobów łowienia ryb jest wiele. Przyglądam się rybakom zarzucającym ręcznie sieci nad wodospadem, niektórzy używają małych pułapek ze zwężającym się otworem, inni brodzą w wodzie, ktoś grzebie w zaroślach, a nawet pływa w dętce zapewniającej nośność.

Słońce wyłania się znad horyzontu i rzuca ciepłe światło na obszerne rozlewisko rzeki z pojedynczymi drzewami uzupełniającymi fotogeniczny krajobraz. Doświadczenie pokazuje, że najbardziej zaskakują zupełnie przypadkowe miejsca.

Halo Trust

Odnajduję terenową bazę agencji Halo Trust zajmującej się rozminowywaniem terenów wiejskich Kambodży. Mój rozmówca Ming Ti opowiada o krwawej historii Kambodży.

Wszystkiemu dała początki propaganda reżimu Czerwonych Khmerów i ich rzekomej ochrony Kambodżan przed atakami Amerykańskimi w latach siedemdziesiątych. Znani jako Khmer Rouge ewoluowali w lasach, zajmując coraz większe terytorium kraju, a ostatecznie wypędzili ludzi z miast i objęli kontrolę nad państwem. Powstała utopijna wizja dezurbanizacji, która miała doprowadzić naród do zwrotu ku tradycyjnym wartościom, pracy u podstaw, na roli i bycia niezależnym od zagranicy. Stopniowo na przestrzeni pięciu lat uskuteczniano masowe ludobójstwo, w wyniku którego 2 miliony ludzi, czyli około 30% populacji kraju zostało w brutalny sposób wymordowane.

Z pomocą pojawia się Wietnam, który przejmuje władzę i spycha Czerwonych Khmerów na północne i zachodnie tereny przy granicy z Tajlandią. Czerwoni Khmerzy przeistaczają się w armię partyzancką, jednostki okupanta wietnamskiego są natomiast zorganizowane. Przejawia się to bezpośrednio na schematy rozmieszczania min w terenie: Czerwoni Khmerzy – przypadkowo i losowo, Wietnam – bardziej przewidywalny sposób, w którym można dopatrzyć się logiki. Miny Khmer Rouge pochodzą przede wszystkim z Rosji, wschodnich Niemiec i Węgier. Wietnam posługuje się minami własnej produkcji oraz chińskimi.

To nie tylko miny przeciwpiechotne, rozmieszczano także potężne ładunki z zapalnikiem linowym wysadzające całe oddziały i niszczące czołgi. Ming mówi, że największe stężenie min występuje przy granicy z Tajlandią, czyli wzdłuż liczącej 1200 km północnej i zachodniej ściany Kambodży.

Dla mieszkańców najbiedniejszych obszarów Kambodży uprawa zagrożonych terenów to nie brawura, ale brak wyboru i nieunikniona konieczność, aby wyżywić rodzinę.

Miny sporadycznie spotykane są na terenie całej Kambodży. Tylko w 2010 w nieszczęśliwych wypadkach zginęło ponad 200 osób. Jeszcze więcej osób każdego roku przypadkowe trafienie na minę przypłaca utratą zdrowia lub trwałym kalectwem. Obecnie przeszło 40,000 Kambodżan to osoby z amputowanymi kończynami, jedna z najgorszych tego typu statystyk na świecie.

Lokalizacja obszaru z podejrzeniem o występowanie min to pierwszy krok, potem następuje identyfikacja, a dopiero na końcu usunięcie min.

Kilka faktów o działalności Halo Trust:

  • Organizacja rządowa Halo Trust sponsorowana jest przez rządy UK, USA, Finlandii i Japonii
  • Codzienna operacja polega na ręcznym i mechanicznym usuwaniu min. Kijki wyznaczające badany zakres są stopniowo przemieszczane, a obszar na bieżąco egzaminowany
  • Dużym problemem jest dostęp do badanego gruntu, ekipa rozminowująca poświęca około 70% czasu na usunięcie roślinności z obszaru przed jego zbadaniem
  • Tryb pracy brygad rozminowujących obejmuje 21 dni pracy w terenie i 7 dni przerwy
  • Pierwsza faza pracy to National Survey 1, czyli rozmowa z miejscową ludnością na temat tego, gdzie mogą występować miny. Na tym etapie rozmieszczane są czerwone tabliczki ostrzegające o niebezpieczeństwie
  • Dopiero w najbliższym roku zgodnie z planami Halo Trust oznaczone będą obszary na terenie całego kraju na poziomie “National Survey 1”
  • Analizując mapę widzę, że jeszcze dużo obszarów nie zostało zbadanych, a jednostka istnieje już 19 lat
  • Ostatnie 10 lat UK bardziej się zaangażowało w inne rejony świata, bardziej aktualne problemy, takie jak Sudan, Afganistan i Demokratyczna Republika Kongo
  • Na koniec miłego spotkania Ming pokazuje mi zdjęcie w jednej z gablot i wspomina wizytę Angeliny Jolie w 2002 roku w Anlong Veng. „Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj”,wspomina gestykulując rękoma kształt kobiecych wdzięków

Aby uzupełnić parę informacji Ming kieruje mnie jeszcze na południe do centrum dowodzenia Halo Trust w okolicy Siem Reap.

Mój kolejny kierowca to właściciel różowej, poobijanej toyoty. To również kolejny wariat. Na drodze pojawia się duży pies, który schodzi na pobocze, ale w pewnym momencie zawraca. Jest już za późno, szalony driver zaczął już przyśpieszać i brakuje czasu na odpowiednią reakcję. Uszkadzamy chłodnicę i nadkole.

Centrala Halo Trust

O poranku wyjeżdżam na moim BMX’ie i odwiedzam centralę Halo Trust położoną półtorej godziny poza miastem. Michael, wysoki i dobrze zbudowany Australijczyk ubrany w jeansy i luźną, rozpiętą koszulę oprowadza mnie po bazie. Odwiedzam parę pomieszczeń, oglądam eksponaty, czyli lokalne znaleziska, ale uzyskuję także dostęp do map i kilku danych.

Kambodża w minach, HALO Trust w liczbach (1991 – 2011)

  • Do dziś dzień wyczyszczono 7025 hektarów, czyli 70 km^2.
  • Teren zagrożony ryzykiem występowania min: 4050 km^2,
  • Łączna ilość przeprowadzonych operacji: 2,050 w 395 wioskach
  • Ilość zniszczonych min przeciwpiechotnych: 245,700
  • Ilość zniszczonych min przeciwpancernych: 2,883
  • Ilość zniszczonej amunicji dużego kalibru: 146,200
  • Ilość zniszczonej amunicji małego kalibru: 1,320,000
  • Szacunkowa ilość min do usunięcia w Kambodży: 6 milionów
  • Średni koszt postawienia miny: $3
  • Średni koszt usunięcia miny: $1000

Na terenie Kambodży działają trzy główne organizacje zajmujące się rozminowywaniem kraju. Są to: Cambodia Mine Action Centre (CMAC), Halo Trust i Mines Advisory Group (MAG). Agencje starają się współpracować i z roku na rok tempo prac rośnie. Przy założeniu usprawnienia pewnych procesów i dokładniejszego wywiadu środowiskowego, szacuje się, że realny termin usunięcia min z terenu całego kraju może mieć miejsce za 12-20 lat.