Zambia staje się lepszym miejscem


Zambijska uroda

Bezpośrednio po przekroczeniu granicy i postawieniu stopy na zambijskiej ziemi odczuwam prawdziwą ulgę działającą na wszystkie zmysły. Czuję jak spływają ze mnie setki litrów potu po intensywnych tygodniach spędzonych w Kongo. W końcu możliwe jest bezproblemowe i wzajemne porozumiewanie się z tubylcami. Siedząc przy barze wyczuwam intensywną woń grillowanego mięsa. Kupujemy u rzeźnika kilka żeberek na obiad. Elegancko ubrane Zambijki przechadzają się po markecie w Chiliabombwe sącząc małe butelki piwa Mosi. Zastanawiam się, dlaczego w Zambii piwo jest takie drogie. Nie szukam zbędnej odpowiedzi. W dawnej kolonii brytyjskiej trzeba się po prostu przestawić na bajecznie tanie whisky.

Asfalt i szerokie pobocze prowadzą na południe. Pedałując na rowerze dostrzegam masywne płaskowyże. Wygląda to na ciekawą formację skalną. Planuje już, z której strony się tam dostać, gdy z bliska okazuje się, że to nasypy ziemi z kopalni odkrywkowej.

Pytam policjanta pracującego na drogowym punkcie kontrolnym, jak daleko jeszcze do Chingoli, odpowiada – "to już tutaj". "Aha", pomyślałem, "tutaj, czyli tuż za tą wielką stertą węgla". Chingola to niestety przemysłowe miasto.

Na przedmieściach mijamy dziesiątki robotników wracających z pracy z kilofami i workami wyładowanymi ciężkimi fragmentami skalnymi. Każdy szuka tutaj szczęścia, często na własny rachunek, nielegalnie. Złoża metali szlachetnych są tutaj tak wielkie, że z pewnością wystarczy. Spotkałem się nawet z opinią, że brakuje tutaj firm i nakładów inwestycyjnych, aby obsadzić znane złoża.

Don Bosco

Odnajdujemy szkołę Don Bosco, gdzie poznajemy wolontariusza Kubę Wczelika. Przy butelce whisky mija nam wieczór.

Przez kilka dni uczestniczymy w życiu tej placówki. To ciekawie zorganizowane technikum zawodowe.

Ostatnie tygodnie spędziłem w kurzu, pocie czoła, zamarzając w nocy, bez toalety, elektryczności i bieżącej wody. Szybko się przestawiam na wyższy zambijski standard.

Może to zabrzmieć dziwnie, ale czuję się tutaj jak prawdziwy kolonialista. Coś w stylu: poranna kawa przy okrągłym hebanowym stole, obfite śniadanie, trawnik przystrzyżony, auto naprawione, whisky z lodem i piwo w lodówce na wieczór. W ciągu dnia wystarczy gdzieś podjechać, załatwić trociny w tartaku, pogadać ze znajomym w sklepie i ustalić plan działania z ogrodnikiem. Warunki zupełnie europejskie, ale nie ma tego stresu i niepotrzebnego pośpiechu.

Pomidorowe targowisko

Odwiedzamy targowisko w Kitwe. Obszerna sekcja z pomidorami zajmuje prawie 1/3 powierzchni  handlowej. W nieco mniejszych ilościach, ale wciąż hurtem dostępne są ziemniaki i słodkie bulwy, ryż, mąka i banany. Czyżby sezonowość strefy zwrotnikowej sprawiała, że asortyment jest ograniczony?

Rozmawiam z dziewczyną, od której kupujemy małe wiaderko ryżu. Okazuje się, że krótkotrwałe pomidory to lokalny produkt, ale ryż i mąka importowane są z Tanzanii. Tańsza siła robocza rekompensuje wyższe koszty transportu przez jezioro Tanganika.

Przygotowujemy wspólnie smażone banany w cieście, rogale z dżemem i grillowane ziemniaki.

Po kolacji debatujemy o zambijskich zjawiskach, sącząc whisky na patio. Po raz kolejny czuję się jak prawdziwy kolonialista. Wieczór zdecydowanie się przedłuża, a wobec porannej pobudki zostają nam tylko 2 godziny snu.

Droga do Lusaki


Jacek Rakowski z dwójką wychowanków

Wyruszamy z misjonarzem Jackiem Rakowskim do Lusaki. Po drodze zatrzymujemy się w miejscu spotkań dzieci ulicy w Kitwe. Poznaję kilku dwunasto-, może czternastolatków z butelką rozpuszczalnika w ręku. Jacek zajmuje się tego typu młodzieżą, pomaga im wyjść z problemów, bierze pod swoje skrzydła, aby docelowo dzieci mogły powrócić do rodzin – jeśli je posiadają. Szczególnie pilnuje, aby nowe dzieciaki nie pojawiały się na ulicy. Zna wszystkie, więc te nowe z łatwością wychwytuje. To niesamowicie duży kawał dobrej roboty jaki biały człowiek z długą brodą może podarować Afryce.

Zatrzymujemy się w Ndola. Tutaj w zadbanym domku wychowuje się garstka dzieciaków. Ich ojciec jest nieodpowiedzialnym człowiekiem, ale swój prawdziwy dom odnalazły u dziadków. To przykład, że w Afryce dzieje się też dużo dobrego.

St. Lawrence Home of Hope

Przedmieścia Lusaki. Przejeżdżamy przez slumsy Misisi, gdzie mieszka około 60-80 tysięcy Zambijczyków. Wszechobecne śmieci poskładane są na wielu warstwach. Wypłukane przez wodę skaliste dziury są zalewane w porze deszczowej, znika rzeźba terenu i każdego roku tonie tutaj wielu ludzi, w tym także dzieci. Unoszący się tutaj smród nie jest dobrą wizytówką stolicy Zambii.

Zatrzymujemy się w dzielnicy Kumuala South w ośrodku dla dzieci ulicy St. Lawrence Home of Hope. Zaprzyjaźniamy się z wychowankami ośrodka. Odwiedzamy wszystkie pomieszczenia użytkowe, sypialnie i kuchnię. Miło zobaczyć, że dzieciaki są w dużym stopniu samowystarczalne i bardzo zaradne.


Chłopaki z St. Lawrence Home of Hope

Zostajemy zaproszeni do wspólnego obiadu przy wielkim, rozżarzonym do czerwoności węglowym palenisku. Na talerzu pojawia się nshima, zambijski odpowiednik kongijskiego bukari, czyli potrawa z mąki kukurydzianej lub utłuczonej kassawy. Poza tym liście manioku, fasola w sosie pomidorowym i drobne smażone rybki kapenta. Napełniamy się do syta.

Chłopaki są bardzo zaciekawieni nasza obecnością w ośrodku, więc sami rozkręcają rozmowę na wszystkie tematy. Doczekujemy się nawet nowych zambijskich imion. Aśka zostaje Pili, czyli "wysoka góra", Światek to Mulenga, czyli "silny człowiek", a ja natomiast nie wiedzieć czemu Banda, czyli "diabeł".

Dzisiaj przedłużenie ślubów misjonarskich Jacka. To najdłuższa msza na jakiej w życiu byłem – dwie i pół godziny. Nie byłoby nic w tym dziwnego gdyby nie atak epilepsji młodej zambijskiej kobiety, która razem ze Światkiem wynieśliśmy na zewnątrz, aby nabrała świeżego powietrza i zaczęła płynnie oddychać. Zastanawia mnie to, że przy naszej naturalnej reakcji aby pomóc, pozostali ludzie w kościele przyjęli bierną postawę wobec mdlejącej kobiety. Może to tak zwany "not a big deal"?

Jak na to wszystko spojrzę, myślę sobie, że cała ta wspaniała inicjatywa z ośrodkiem St. Lawrence Home of Hope to cudowny owoc z zasadzonego ziarna i pracy u podstaw. Głowa do góry, Afryka też staje na nogi!

zambia