Z plecakiem przez południowe Peru

Laguna de Huacachina

Wysokościomierz wariuje jak sejsmograf podczas trzęsienia ziemi. Po raz kolejny coś rozsadza mi bębenki w uszach, a moja w połowie pusta butelka z wodą samoczynnie się zgniata. Całonocna podróż przenosi mnie z wysokości ponad trzech kilometrów bezpośrednio nad poziom morza. Błądząc po południowym Peru poznaję przypadkowych ludzi, jak zawsze wesołe dzieciaki, rzeźników i sprzedawców kawy oddanych swojej pracy; zatrzymują mnie miasta i miasteczka, bezkresne pustynie, ukryte oazy i ruiny pradawnych cywilizacji. Odwiedzam magiczne Cusco i najwyżej położone na świecie żeglowne jezioro Titicaca.

Trujillo

Caballitos de totora

O poranku bez większego problemu odnajduję targowisko. Urzekają mnie gęste, pełne miąższu soki owocowe domowej produkcji. To prawie stuprocentowy, treściwy przecier z papai, jabłek, ananasów lub innych owoców do wyboru.

Pora na odrobinę historii. Odwiedzam piramidy Huaca Arco Iris i ruiny Chan Chan, największego miasta w Ameryce Południowej z epoki prekolumbijskiej. Rzeźby ścienne, wykonane w prostej cegle z gliny, piasku, wody i organicznej substancji wiążącej, przedstawiają przyrodę i różne formy życia morskiego. Niewątpliwie bliskość oceanu była inspiracją ówczesnych artystów.

Chan Chan zajmuje obszar w przybliżeniu 20 km2. Kompleks został wybudowany przez cywilizację Chimu panującą tutaj w latach 900-1470 AD. Częściowo wykorzystano ruiny cywilizacji Moche, która zajmowała tutejsze tereny w latach 100 -800 n.e. Miasto przetrwało wiele wieków, aż do podboju przez Inków około 1470 roku. Szacuje się, że w mieście Chan Chan mieszkało 30,000 mieszkańców. W tym okresie, dopiero powstawała potęga imperium Inków.

Haunchaco

Położona tuż przy Trujillo plaża Haunchaco to świetny surfspot z długimi, regularnymi falami. Warto wspomnieć, że w tej części Peru woda jest jeszcze ciepła, ale przemieszczając się nieco na południe trafimy na niespodziankę zgotowaną przez lodowaty prąd Humboldt.

Miejsce to słynie z tradycyjnych łodzi rybackich używanych w tym rejonie już od ponad 3000 lat. Caballitos de totora przypominają łodzio-tratwy wykonane z trzciny. Dosłownie tłumacząc, ‘koniki z trzciny‘ zawdzięczają nazwę temu, że rybacy zasiadali na nich okrakiem, z nogami częściowo zanurzonymi w wodzie, wykorzystując wnętrze do składania ryb.

Ten pomysłowy, używany do dziś wynalazek to jedna z pierwszych łodzi dająca możliwość pokonywania fal.

Laguna de Huacachina

Uformowana przez wiatr wydma piaskowa

Wykonuję zwinny manewr i udaje mi się zaspokoić brak apetytu na duże miasta. Omijam Limę, stolicę Peru. Dojeżdżam do miejscowości Ica. Pierwsza konfrontacja z ulicznym sprzedawcą winogron sprawia, że na specjalnym dealu gromadzę potężny zapas oferowanych owoców w cenie niecałe pół dolara za kilogram. I przez kolejne dni zjadam niespotykane ilości winogron.

Laguna de Huacachina to niewielka oaza fantastycznie ulokowana pomiędzy gigantycznymi wydmami piaskowymi. Wspinam się i podziwiam widok na oazę, a także na wyrzeźbione przez wiatr wydmy. Pustynia jest fantastyczna, z tego też względu decyduję się spędzić noc na najwyższej wydmie, zachowując cały ten widok tylko dla siebie.

O zmroku, już przy świetle skradającego się zza przeciwległej góry księżyca wchodzę na szczyt. Podejście z moim wyładowanym plecakiem jest trudniejsze niż przypuszczałem. Piasek staje się coraz bardziej sypki, a idąc po grzbiecie robi się coraz bardziej grząsko. Zdejmuję buty i nieustannie zapadając się po kostki, zdobywam szczyt.

Moim oczom ukazuje się oświetlona Laguna de Huacachina i bezkres pustyni. Odnajduję małe zagłębienie w piasku, robię zaporę z plecaka i piaskochron z karimaty, rozkładam swój śpiwór na usłanym przez wiatr piaskowym łóżku. Sceneria cichnie, na niebie pojawiają się gwiazdy. Niekiedy silniejsze podmuchy wiatru sypią piaskiem i przywołują myśl, że chyba powinienem rozbić namiot, ale jednak gołe niebo i gwiazdy zwyciężają. Podczas zamieci chowam się w śpiworze, a gdy tylko wiatr cichnie, rozkoszuję się atmosferą pustyni i piaskowych wydm.

Budzę się o 5:30 w połowie zasypany piaskiem. Piasek jest we włosach, w butach, w plecaku, w moim doskonale zabezpieczonym aparacie, wszędzie. Na niebie wzdłuż horyzontu pojawia się ciepła, różowa łuna wschodzącego słońca. Oaza stopniowo budzi się do życia, zwijam sprzęt i schodzę na dół.

Tym razem pora na sandboarding. Wypożyczam deskę i kilka razy wspinam się na okoliczne wydmy (bez bagażu jest zdecydowanie łatwiej). Ze znanych mi sportów technika jest bardzo zbliżona do snowboardu, ale zdecydowanie goręcej, znacznie wolniej, chociaż podstawowe skoki i rotacje da się szybko opanować. Około godziny 9 piasek jest niespotykanie gorący, parzy, a chwilę później wspinaczka z deską na szczyt przypomina chodzenie po rozżażonych węgielkach.

Nazca

Droga prowadzi na południe

Gigantyczny amerykański samochód z maską wielkości stołu bilardowego zawozi mnie w stronę Nazca. Zatrzymuję się przy punkcie widokowym, aby zobaczyć rzekomo słynne “linie”. Nasca Lines to kształtne wzory o różnej wielkości (od kilkunastu do kilkuset metrów) powstałe w niewyjaśniony sposób, niewątpliwie z wykorzystaniem znajomości geometrii. Tworzono je przez usunięcie twardej, kamienistej powłoki na idealnie płaskim gruncie, odsłaniając drobny jasny piasek dający kontrast.

Nieznane jest również zamierzenie twórców, więc przeróżne teorie próbujące dopasować się do rzeczywistości zdobywają sympatyków i oponentów. Zadaję sobie jednak pytanie, co nadzwyczajnego jest w liniach wcale nie przypominających jaszczurki, drzewa lub żaby. Aby stworzyć własne linie, wystarczy duży kątomierz, linijka i odpowiednia ilość rąk do pracy.

Miejscowość Nazca za sprawą swojej beztroskiej, śpiącej atmosfery wydaje się całkowicie wymarła w ciągu dnia. Sytuacja zmienia się wieczorem, pojawiają się sprzedawcy, otwierają stoiska, niektórzy przygotowują torty, ktoś smaży kurczaki, a ktoś inny świńskie uszy. Ludzie spotykają się w parku, a podczas gdy ich dzieci razem grają w klasy, rodzice mogą trochę poplotkować.

Nie udaje mi się odnaleźć sprzedawcy emoliente, ale trafiam na człowieka oferującego podobny gorący napój o rzekomych właściwościach leczniczych. Oferowany w szklanym kubku napój nosi zachęcającą nazwę uña de gata, czyli “pazur kocicy”. Z ciekawości, a także niepisanego reporterskiego obowiązku z reguły zawsze próbuję wszystkich przypadkowych wynalazków. Tym razem również.

Wchodzę do jugeria, sklepu, w którym przyrządzane są świeże soki. Obolały właściciel, sympatyczna, lekko otyła postać w okolicach 50-tki, jedną ręką wyciera pot z czoła, a drugą, siedząc na krześle przy stosie ananasów i pomarańczy przykłada okład do opuchłego policzka. “Dziś nie przygotowuję soków, bo ugryzła mnie osa”. To ospałe miasteczko ma urok, coś czego brak pełnym stresu centrom handlowym, gdzie taka sytuacja, jak przypuszczam, nie mogłaby mieć miejsca.

Po 15 godzinach jazdy autobusem z poziomu morza wznoszę się na wysokość 3300 metrów. Osypujące się kamienie na drodze wymuszają niekiedy konieczność jazdy poboczem. Górzysty krajobraz przeplatany niebezpiecznymi osuwiskami przypomina o trwającej porze deszczowej.

Miasto Imperium

Kamienne fundamenty to pozostałości po imperium Inków

Hiszpańscy kolonizatorzy natrafiwszy na Cusco zobaczyli coś zupełnie piękniejszego niż wszystko co dotychczas było znane w Nowym Świecie. Jak na kolonizatorów przystało, Hiszpanie nie zmarnowali ani minuty na doszczętne zrabowanie drogocenności, złota i niepowtarzalnych historycznych dekoracji w mieście. Dzisiejsze Cusco może więc nie ma tej świetności, ale bynajmniej stoi na solidnych fundamentach stworzonych przez Inków. Warto dodać, że Cusco to najdłużej nieustannie zamieszkiwane miasto w całej Ameryce Południowej.

Cusco przechodziło wiele zmian pod wpływem burzliwej historii na przestrzeni wieków, jednak kilka elementów pozostało w formie nienaruszonej. Dopieszczone zabytkowe centrum  wprawia w zachwyt, kamienne uliczki, arkady, kamienice i zabytki jeden przy drugim. Co ciekawsze, mimo absolutnie gigantycznego, niespotykanego nigdzie indziej natłoku turystów, miasto jest względnie przyjemne. Przeważa biała architektura, czerwone dachówki i wąskie kamienne uliczki. Punkt centralny stanowi Plaza de Armas, skąd Calle Mantas prowadzi do kolejnego placu Plaza San Francisco, a idąc dalej trafimy na pełen kolorów i tętniący życiem rynek główny.

Mieszkam na wzgórzu, skąd prowadzą liczne wąskie przejścia, brukowane ścieżki i zabytkowe schody, po których biegam jak Rocky Balboa, z tą różnicą, że na szczycie, uwzględniając wysokość 3500 metrów i brak aklimatyzacji zdecydowanie ciężej jest oddychać, niż w Filadelfii.

Odwiedzam nie tylko centrum, zaglądam w miejsca, gdzie mieszkają i pracują ludzie. Większość handlu odbywa się na ulicy. W zależności od stopnia rozkręcenia biznesu, będzie to małe przenośne stoisko, prowizoryczny zadaszony stragan lub skromny, ale praktyczny lokal, często zajmowany przez rzemieślników oferujących najzwyklejsze, proste usługi, tak jak szewc czy krawiec. Bezdomni, chorzy, żebracy i ludzi przeszukujących sterty śmieci także próbują sił, aby się tutaj odnaleźć. Morał z tego taki, że nawet w Cuzco nie wszystko jest obsypane złotem i redystrybucja pieniędzy zostawianych przez kilka milionów turystów rocznie trafia nie na talerze potrzebujących i głodnych, lecz kilku już dawno przejedzonych grubasów. Powszechny problem cywilizacji naszych czasów.

Jezioro Titicaca

Dzieci na pływającej wyspie Uros

Kolejne zmiany wysokości. Na jednej z otwartych przestrzeni autobus ledwie i ostatkiem sił wznosi się na 4338 metrów. Na szczęście potem już tylko z górki. Puno to miasto położone na wysokości 3870 metrów, na pierwszy rzut oka wygląda jak przemysłowy moloch, jednak punkt centrlny Plaza de Armas, tętniący życiem deptak, zieleń i bliskość jeziora odkrywają przyjemną atmosferę miasta.

Nad jeziorem Titicaca wsiadamy na łódkę, aby odwiedzić Islas Flotantes (pływające wyspy) zamieszkiwane przez ludność Uros, niegdyś wysiedloną z nabrzeża na środek jeziora przez agresywnych Inków. Dziś co prawda nie ma to za wiele wspólnego z ich tradycyjnym życiem, bo “mieszkańcy” Islas Flotantes tak na prawdę mieszkają na lądzie, a odwiedzają wyspy, aby pokazać turystom nie jak teraz, lecz jak kiedyś wyglądało ich życie. Mimo wszystko to ciekawe i dające do myślenia miejsce. Trzcinowa konstrukcja i seria rozwiązań umożliwiających dogodne życie wprawiają w zdumienie.

Grunt wyspy stanowi kilkudziesięciocentymetrowa baza-korzeń, która następnie przysypywana jest trzciną. Trzcina ma tutaj wszechstronne zastosowanie, jest podstawowym materiałem, z którego wykonuje się strzechy, łódki i część przedmiotów codziennego użytku. Główne pożywienie ówczesnej ludności Uros to ryby. Najczęściej spotykaną rybą w Titicaca jest trucha (pstrąg). Jezioro i pływające wyspy dostarczają także produkty zbożowe i kukurydzę, ale już w mniejszym stopniu owoce czy warzywa.

Przeprawiamy się łodzią przez trzciny z krajobrazem tworzonym przez skaliste pagórki i kłębiaste chmury na głęboko niebieskim niebie, które odbijają się na zielono-turkusowej nienaruszonej tafli jeziora. W tym momencie warto wspomnieć, że usytuowane na wysokości 3909 metrów jezioro Titicaca jest najwyżej położonym żeglownym jeziorem świata, a wspomniane pagórki to tak na prawdę cztero- i pięciotysięczniki!

styczeń 2012

south