Wolność zupełna w Vieng Vieng

In the Tubing, Vang Vieng, Laos

“Gdyby młodzi ludzie rządzili światem, świat wyglądałby jak Vang Vieng”, cytując gazetę The New Zealand Herald trudno pomyśleć o bardziej trafnym opisie tego fenomenalnego na skalę światową miejsca. Vang Vieng to niegdyś spokojna, malownicza laotańska wioska położona nad rzeką Nam Song. Odległe szczyty skał wapiennych delikatnie zanikają w oddali, daleko za rzeką w coraz gęstszej mgle, podczas gdy te położone w bezpośrednim sąsiedztwie podkreślają wyjątkowość tego miejsca. Zachodni turyści widząc pewien potencjał, przyczynili się do stopniowej ewolucji tego miejsca w rezerwat nieumiarkowania i ostateczną manifestację wolności zupełnej.

Słynny w całej Azji Tubing jest bez wątpienia główną atrakcją w Vang Vieng. W skrócie polega to na tym, że zapisując się z rana dostajesz dużą napompowaną dętkę, kierowca tuk-tuk zabierze ciebie na start w górze rzeki. Twoje zadanie, to spłynąć w ciągu dnia kilka kilometrów z prądem w dół rzeki. Brzmi banalnie, ale jest to praktycznie niewykonalne przed zmrokiem. Bary znajdują się co kilkadziesiąt, może sto metrów, a barach – darmowe strzały lao-lao, całe wiadra whiskey, głośna muzyka, zjeżdżalnie, malowanie skóry farbami, siatkówka w błocie, najdziwniejsze zabawy i gigantyczne huśtawki nad rzeką. O ile w Europie miejsce takie nie miałoby jakiegokolwiek prawa bytu i szans na istnienie, tutaj nie ma żadnych, absolutnie żadnych zasad bezpieczeństwa.

Próba wejścia drogą 6c

To na prawdę niesamowite zobaczyć napis “make sure you buy a drink before you swing” (“koniecznie kup drinka nim wejdziesz na huśtawkę“), po czym wspinasz się po chybotliwych bambusowych schodach na drewnianą konstrukcje i bez żadnych zabezpieczeń stoisz jakieś sześć metrów nad kamienistym nabrzeżem, tylko po to by wychylając się do przodu bez żadnych barierek ochronnych złapać drążek i po chwili przelecieć kilkanaście metrów nad rzeką. Pytam barmana co o tym sądzi – “to bezpieczne, ale uważaj, aby wpaść do wody mniej więcej w TYM miejscu, bo gdzie indziej z powodu niskiego poziomu rzeki jest za płytko, z resztą dno zmienia się tutaj każdego dnia”. No tak!

Atmosfera się rozkręca. Na początku każdego dnia wszyscy tubingowcy podchodzą do tematu nieśmiało, z rezerwą i myśląc o tym, że szaleństwem byłoby skakać do nieznanej rzeki z wysokości niekiedy kilku pięter, spokojnie piją piwo, bimber lao-lao, whisky i bawią się w nadrzecznych barach. Z czasem pojawiają się pierwsi ochotnicy, a gdy już wszyscy są wystarczająco pijani, nikt na to nie zwraca uwagi i mała huśtawka, która wydawała się niebezpieczna w pierwszym barze, nawet gdy w dole rzeki jest już trzy razy większa i tak nie wzbudza najmniejszych podejrzeń!

Kto to kontroluje? Nikt. Przecież regularnie z miesiąca na miesiąc giną tutaj ludzie!

A po tubingu..

Wszystko jest tutaj maksymalnie dostępne. Parę dni temu zgubiłem moje shorty kupione w Madrycie, tutaj kupuję prawie identyczne, ale dziesięć razy taniej! Ale nie tylko tanie prawie oryginalne produkty są dostępne.

Imprezy do upadłego, bez żadnych limitów, czy granic to zaledwie szczyt góry lodowej. Bucket Bar, free shots, free whisky buckets, totalny niekończący się melanż, który i tak trwa mimo, że nikt już nie ma siły i nie daje rady. A od jutra znów to samo. Tak na prawdę, Vang Vieng nie zna słowa takiego jak limit. Więc limit jest tam, gdzie go sobie ustalisz, a że odwiedzających jest wiele i każdy ma inną skłonność do szaleństw, idąc dalej trafisz na deser z haszyszem, koktajle z opium, halucynogenną pizze, a w gruncie rzeczy wszystkie pozycje z menu mogą za niewielką dopłatą stać się special czy happy. Wystarczy tylko spytać.

Cenię sobie wolność, ale jednak wybieram formę opartą na innych możliwościach. Tubing to ciekawe zjawisko, ale rzeką można też spłynąć na kajakach czy dopłynąć do trudno dostępnych jaskiń.

Wątpliwej konstrukcji most, jak wszystko inne w Vang Vieng

Okolica Vang Vieng to ciekawy teren do zwiedzenia na motorze lub rowerze. Szutrowe drogi prowadzą do różnych zakątków, może to być przypominająca szczelinę niebieska laguna, jaskinia lub skałki wspinaczkowe. Zwiedzanie niektórych jaskiń wymaga czołgania się na łokciach w obślizgłym błocie. Oczywiście wszystko bez oświetlenia i jakichkolwiek zabezpieczeń. I w tym tkwi cały ukryty urok. Trzeba być czujnym, bo chociażby zwiedzając jaskinie Phakham łatwo zrobić zbędny krok i przeoczyć olbrzymią, głęboką na kilkanaście metrów dziurę.

Wspinaczka w Vang Vieng, zdaniem osób które poznałem, daje większe możliwości niż osławione w tym rejonie tajskie Krabi. Poznaję Yves, ciekawego świata chłopaka z Holandii i cały dzień spędzamy wspinając i asekurując się na zmianę. Próbujemy naszych sił na różnych poziomach trudności pokonując drogi na wysokościach dochodzących do 25 metrów. Skale trudności są zróżnicowane, zaczynamy od 5a-, potem 5b, 5c, 6a. Z wielkim trudem i olbrzymim wysiłkiem wspinam się na 6a+. Ale przy kolejnej próbie na przewieszonej nad rzeką Nam Song trasie 6c trzykrotnie odpadam od ściany i przyznaję, że nie mam szans na zdobycie.

…i to Yves namówił mnie na kolejny tubing. Vang Vieng to jedno z tych miejsc, które nawet planując ominąć i tak odwiedzisz na jeden dzień, a w optymistycznym wariancie wyjedziesz po trzech lub pięciu dniach. A spotkałem tutaj podróżników, którzy nie opuścili Vang Vieng od ponad pół roku. W końcu to stolica szaleństwa, w stopniu jaki nigdy wcześniej nie był znany ludzkości!

laos vangvieng