Wenezuela i północne Andy

Mieszkaniec okolic Apartaderos

Trafiam do andyjskiej miejscowości Merida w południowo-zachodniej Wenezueli. Obecnie panuje tutaj temporada baja, czyli niski sezon. W praktyce oznacza to brak turystów. Sprzyja to działaniu na własną rękę, ale jednak utrudnia podejmowanie większych wyzwań. Aby wejść na większość z tutejszych szczytów potrzebna jest kilkuosobowa grupa, w tym ktoś znający trasę. Merida to baza wypadowa i średniej wielkości miasto, dość rozległe za sprawą niskiej zabudowy. Życie koncentruje się w obszarze pomiędzy ulicami Calle 20 a Cale 28.

Plaza Bolivar to miejsce spotkań, wymiany poglądów, w sam raz by poczytać gazetę lub pograć w szachy. Uliczni sprzedawcy promują swoje domowej produkcji wino, miód i naturalne soki o właściwościach leczniczych.

Zatrzymuję się na kilka dni u znajomego, Moisesa. Wchodzimy na górę Las Letras w pobliżu miasta. Będąc na wysokości około 2000 metrów można już z bliska zobaczyć zmieniającą się wegetację. Na szczycie ukazuje się rozległa wyżyna La Culata, a także widok na andyjskie miasteczka położone w dolinie pomiędzy wysokimi szczytami dwóch pasm górskich.

Andyjskie miejscowości

Brama miejska w Jaji

Poznaję Grazielle, Brazyjkę i Alexa, Niemca, z którymi wyruszam na kilka dni w góry. Jedziemy do wioski Apartaderos, a z tamtąd do Laguna Mucubaji. Nietypowa roślinność, strumyki, małe wodospady i andyjska sceneria sprawia, że z łatwością znajdujemy miejsce na nocleg z ciekawym widokiem. Zaczyna padać deszcz i nie przestaje do wczesnego poranka.

Będąc na wysokości ponad 3,500 metrów w nocy robi się zimno, około 4-6 stopni Celsjusza. W ramach aklimatyzacji mój organizm domaga się większej ilości wody. Odrobina rumu ułatwia zmagania z wysokością, problemami z zaśnięciem i przenikliwym zimnem.  Na tej wysokości wysiłek fizyczny, szczególnie wchodzenie pod górę z plecakiem, jest zdecydowanie bardziej wyczerpujący.

Przemieszczamy się do Laguna Negra. Idąc przez gęsty busz odnajdujemy ustronne miejsce po drugiej stronie jeziora. To podmokłe tereny, spacerując po okolicy w końcu decydujemy się na zdjęcie butów, aby swobodnie stąpać po głębokich mokradłach w błocie. Otaczają nas lasy, a na wysokości około 4000 metrów te przemieniają się w kosodrzewinę. Wspinamy się w górę potoku, aby dotrzeć do punktu, z którego już wyżej nie wejdziemy bez sprzętu wspinaczkowego. Kontemplujemy widok całej laguny, rozległą dolinę i otaczające nas czterotysięczniki.

Zielone szczyty Andów otaczają Meridę

Czasem udaje się przemieszczać autostopem. Przemiły Maximino podwozi nas swoim rozpadającym się jeepem do Mucuchies. To co mnie zadziwia, to że drzwi pasażera trzeba otwierać od zewnątrz, ale za to tylnia szyba bagażnika opuszcza się elektrycznie.

Zahaczamy o wioskę San Rafael, słynną z malutkiej kamiennej kapliczki. Odwiedzamy także Tabay, gdzie półgodzinną, wyczerpującą wspinaczkę z pełnymi plecakami pod stromą górę uwieńczamy kąpielą w gorących źródłach.

Parę dni później w poszukiwaniu kolejnych andyjskich wiosek jadę do Jaji. Do celu prowadzi spektakularna, kręta i niebezpieczna droga z widokiem na bezkresne doliny otoczone masywnymi zielonymi szczytami. W Jaji spotykam się z małym rozczarowaniem. Architektura jest ciekawa, budynki pasują do siebie kolorystycznie, jednak poza paroma sklepami z pamiątkami, wszystko jest wymarłe. Do tego stopnia, że nawet nie udaje mi się znaleźć miejsca, aby napić się kawy. Dziwny to fenomen, ale ten marazm to chyba charakterystyczna cecha wszystkich górskich miejscowości, zupełnie nie przejętych tętniącymi życiem dolinami.

Andyjskie zbocza to ciekawa odskocznia, ale w razie potrzeby wystarczy wrócić do Meridy i znów znaleźć się w centrum wydarzeń.

grudzień 2011

merida