W poszukiwaniu śniegu i reniferów

Spacerując wzdłuż wybrzeża

Po spędzonej zimie w Ameryce Południowej zaczęła znowu marzyć mi się zima, ale taka prawdziwa. Niestety, ale w marcu śnieg w Alpach już się skończył. Pojawił się alternatywny pomysł. Razem z Matim załadowaliśmy żółtego busa sprzętem zimowym do pełna i wyruszyliśmy do Norwgii w poszukiwaniu śniegu. Od samego początku nie było łatwo, bo podczas rutynowej kontroli przed wejściem na prom okazało się, że zapomniałem dowodu rejestracyjnego. Reakcja niemieckiego policjanta była dość oczywista… “Ah so! Das ist nicht gut!“. Zupełnie wbrew moim oczekiwaniom, zerknął on tylko na numery, coś tam przedzwonił, sprawdził, pogadał i na koniec życzył nam szerokiej drogi i udanych wakacji. To solidny argument, aby choć trochę zmienić zdanie o niemieckim “Ordnung muss sein” i niemalże zerowej elastyczności w sytuacjach “niestandardowych”. Czyli jednak ruszamy!

W Oslo pełna wiosna, ale mieszkańcy stolicy są do tego stopnia zdesperowani, że jeżdżą na nartach w błocie i po trawie. Mieszkańcom stolic czasem trudno zaakceptować rzeczywistość.

Jedziemy dalej, w Sjusjen tuż przy Lillehammer pozostała jeszcze jakaś namiastka śniegu. I tu pomocna uwaga dla biegaczy stylem łyżwowym, śnieg w torach dla stylu klasycznego jest pełen klistru, bo topnieje, a ta lepka maź zostaje. To, aby nartą do skate’ingu nie wjeżdżać do torów to lekcja, którą się nauczyliśmy na własnych błędach. Koszt: kilka godzin zmagania się z usuwaniem nadmiernej warstwy lepkiego kleju w warunkach polowych.

Poszukujemy dalej. Gålå, to miejsce gdzie niegdyś spędziłem cały sezon zimowy. Pamiętam, że jeszcze w kwietniu padał świeży śnieg, a niektóre drogi były wciąż nieprzejezdne. Tym razem nic tylko połacie pożółkłej trawy i reanimowane przez ratraki trasy. Mimo wszystko dobrze jest zobaczyć starych znajomych znajomych, szefa i to miejsce, po raz kolejny wywołujące sentyment.

Dopiero Skeikapmen odnajdujemy to czego szukaliśmy. Świeży śnieg, idealnie przygotowane trasy, prawie zero ludzi. Kolejne 5 czy 6 dni zatrzymujemy się tutaj. Kampujemy w busie, gotujemy obiady na mrozie, zamarzamy w nocy, zamarza nasza woda, przyprawy, wczorajsze spahghetti i yerba mate. Trzaskamy dobre 40 km dziennie, poranna sesja z częstą premią specjalną wieczorem. Spożywamy mnóstwo energii w solidnych trzech albo czterech obiadach jakie jemy dziennie, ale to i tak nie wystarcza, aby pokryć 6-8 tysięcy kalorii dziennego zapotrzebowania.

Każdego dnia odkrywany nowe tereny, a po tym niecałym tygodniu odnoszę wrażenie, że przemierzyliśmy każdy zakamarek Skeikampen. Biedne i pozbawione śniegu Gålå i Kvitfjell. Ruszamy dalej na północ.

Oppdal, tu pojawia się kolejny wielki opad śniegu. Zakopujemy się autem, ale na szczęście trafiamy na dobrych ludzi chętnych do pomocy w ratowaniu busa z zaspy śnieżnej.

Mknąc po świeżym puchu

Mijają kolejne dni. W międzyczasie warto wziąć prysznic na łonie natury, często zimną wodą na mrozie, co jest wersją dość ekstremalną, gdy pomyślę sobie o beztroskich kąpielach nad wybrzeżem Portugalii. Żałuję, że nie wziąłem mojego zimowego śpiwora, bo temperatury w nocy dochodzą do -15°C.

Wliczając w naszego tripa ostatni dzień na trasach w okolicy Tronheim, szacuję, że łącznie w ciągu tych dwóch tygodni pokonaliśmy ponad 400km na nartach.

Odwożę Matiego na lotnisko, a sam przemieszczam się kolejny tysiąc kilometrów, aby odkryć, że na dalekiej północy jest jeszcze więcej śniegu. A to oznacza dodatkowy miesiąc na nartach.

W życiu idealnie jest znaleźć równowagę, między pracą, podróżami, obowiązkami i przyjemnościami. Późna zima w Norwegii to idealny ku temu czas.

To także pora w sam raz, aby z localesami pojeździć na skuterach śnieżnych. Nie przypuszczałem, że te maszyny mają tak niespotykane przyśpieszenie. Czuję to w pełni, gdy w kilka sekund udaje mi się osiągnąć prędkość ponad 120 km/h na przykrytym śniegiem zamarzniętym jeziorze. Skuter to także idealna opcja, aby usprawnić podjazdy pod górkę i wykorzystać to do zjazdów na telemarkach.

Prawdę mówiąc nie sądziłem, że napotkam na tak doskonałe warunki śniegowe. Następnym razem na pewno zabiorę snowboard i narty skitouringowe, aby wykorzystać to w jeszcze większym stopniu. Mówię wam, jeśli pragniecie śniegu, daleka północ jest odpowiedzią, której szukacie.

Wyjątkowość wyspy Senja polega na tym, że to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie w maju można zjechać po świeżym puchu podziwiając piękne fiordy, zupełnie nie martwiąc się tym, że zrobi się ciemno, bo się nie zrobi, a dokładniej mówiąc, pierwsza ciemność nastąpi w sierpniu czyli za 3 miesiące. Dla chętnych na tego typu rozrywki polecam mojego przyjaciela, który zna się na rzeczy. Bent Vidar Eilertsen to lokalny gość, który prowadzi schronisko Senja Lodge & Mountainguides, na co dzień zajmuje się wspinaczką (zimową i letnią) oraz zjazdami freeride’owymi.

Śniegu powoli ubywa, a gdy przekraczając zamarznięte jezioro na nartach zapadam się po kolana w lodowatej wodzie, decyduję, aby ostatecznie zamknąć sezon.

W ciągu kolejnych kilku miesięcy mocno wkręciłem się w bieganie i chodzenie po górach – może to z pasji, a może z nudów, ale co innego można robić w miejscu, gdzie nie ma nic poza fiordem i górami? Skoro już o tym mówię, to skromnie muszę się pochwalić, że w tym przebiegłem ponad 1000 km, w tym pięciokrotnie maraton!

Inna strona Mefjord

Nastał sierpień, czuję się prawie spełniony, brakuje tylko… reniferów! No właśnie co z reniferami? W Norwegii zdarza się spotkać łosie, lemingi, wieloryby i foki, owszem zdarzają się też renifery, lecz w porównaniu do Finlandii, w Norwegii są one względną rzadkością.  Przyleciała do mnie w odwiedziny Marlene, znajoma z Austrii i postanowiliśmy wrócić przez Finalndię, aby wyznaczyć kolejną trasę łączącą południe z północą. W krainie Św. Mikołaja według danych statystycznych, (dodatkowo potwierdzonych przez nas empirycznie), jest dziesięć razy więcej reniferów niż ludzi, średnio każdego dnia spotykaliśmy ich kilkadziesiąt. Nie tylko na ciągnących się przez dziesiątki kilometrów odludziach, ale nawet w środku małych miasteczek!

Odkrywamy uroki kolejnego kraju, czasem tak, a czasem nie zaliczanego do Skandynawii. Przemieszczając się na południe, Finlandia robi się coraz bardziej cywilizowana. Zatrzymujemy się w Kuopio, Jyvaskila i w Helsinkach, poznajemy świetnych ludzi. Jednak przez zdecydowaną większość czasu towarzyszą nam tylko renifery. Może to dlatego jedyne słowo jakie zapamiętałem po fińsku, prawdopodobnie najbardziej pokręconym europejskim języku, to “poro”, wyraz przydatny na pustkowiach, ale i w knajpie zamawiając rewelacyjne mięso renifera.

 

ski

nord

finland