W głębi peruwiańskiej puszczy

 

W głębi peruwiańskiej puszczy

Mieszkanka wioski Tingo

Tłumy szaleją, pojawiają się fajerwerki (ale bardziej skromne, niż w innych częściach świata), a muzyka dobiega z kilkunastu różnych źródeł. Rozpoczyna się odliczanie: diez, nueve, ocho, …tres, dos, uno! Nowy rok zawitał do peruwiańskiej miejscowości Mancora. Zrzucamy ubrania i wbiegamy do ciepłego Pacyfiku, aby wśród wzburzonych fal z perspektywy wody podziwiać świętujący tłum turystów z Peru i innych części świata.

Tak na prawdę, Mancora to centrum komercji i niskiej jakości usług turystycznych nastawionych na szybki zysk. To gigantyczne oblężenie wygląda zupełnie, jakby dokładnie każdy chciał spędzić Nowy Rok właśnie tutaj. Ceny pokoi są czterokrotnie zawyżone, na szczęście z ratunkiem pojawia się namiot. Poza tym, ze względu na ilość ludzi brakuje wody w całym mieście, a czasami ledwie kropiąca woda w kranie jest słonawa.

Oczywiście można tutaj się dobrze bawić, spotkać ciekawych ludzi, a poza plażą z falami, doszukując się kolejnych pozytywów, w wielu miejscach serwuje się ceviche.

Ceviche to niewątpliwie jedna z nadmorskich specjalności kulinarnych. Istnieje tyle odmian, ile rodzajów owoców morza – ceviche de camaron (z krewetkami), ceviche de molusco (z małżami), ceviche de pulpo (z ośmiornicą), z surowymi rybami i inne, podawane w świetny sposób, razem z czerwoną cebulką nasączoną sokiem z limonki, warzywami i chrupiącą kukurydzą canchita, która przypomina dmuchany pop-corn w łusce.

Być może w innej porze roku można odnieść lepsze wrażenie, ale obecnie Mancora nie ma w sobie zbyt wiele z prawdziwego Peru. Zdesperowani próżnością tego miejsca opuszczamy je w nadziei odnalezienia tego, czego szukamy.

Na tropie Peru

Mancora

Wobec braku autobusów w połączeniu z kosmicznymi cenami noworocznych taksówek postanawiamy przejść się z plecakami poza granice miasta. Po półtorej godziny zatrzymuje się ciężarówka z drewnianą, w pełni zabudowaną naczepą. Opierając się o ścianę pustego wnętrza widzę tylko niebieskie niebo i wielka dziurę w podłodze z widokiem na kręcący się wał napędowy. Z kilkoma przesiadkami dojeżdżamy do Chiclayo, gdzie w trójkę, wraz z przypadkowym Peruwiańczykiem odnajdujemy hospedaje na noc.

Na śniadanie jemy rosół z kukurydzą i sporym kawałkiem mięsa, który po dalszej analizie okazuje się być świńskim nosem! Danie główne to cabrito, mięso z młodej kozy zapiekane w zielonym sosie warzywnym z białą fasolą, ryżem i ostrą zieloną przyprawą. Do picia dostajemy cebada, czarny sok na bazie jęczmienia z dodatkiem cukru, wanilii i limonki.

Chachapoyas

Plaza Mayor, Chachapoyas

Chachapoyas to przyjazne miasteczko w prowincji Amazonas położone na wysokości około 2200 metrów, gdzieś w głębi peruwiańskiej puszczy. Ze względu na górzysty teren, Chachapoyas jest znacznie odizolowane od pozostałych części Peru. A sprzyja to poznawaniu ludzi i doświadczeniu w wyjątkowy sposób miejscowej kultury.

Los Troncos to bar, sklep i lokalny producent alkoholi, likierów i win na bazie aguardiente. Zaprzyjaźniamy się z właścicielem, jego bratem i kuzynem Edwinem. Próbujemy różnych odmian wzmacnianych win: mora (z jeżyn), sauco (z czarnego bzu), uvo (z winogron), a także mlecznego likieru na bazie kawy i kokosa.

Odwiedzamy halę produkcyjną na strychu budynku. To zadziwiające, że w warunkach zbliżonych do domowych możliwe jest pomieszczenie zakładu produkcyjnego, sali sterylizacyjnej, dwóch tysiąclitrowych zbiorników z mlekiem i aguradiente, kilkunastu fermentorów i beczek z syropami. Jest także oddzielne pomieszczenie na butelkowanie i etykietowanie. Dzienna produkcja Los Troncos to w przybliżeniu 120-150 butelek, ale powolna atmosfera panująca w barze na parterze nie sprawia wrażenia, aby sprzedaż była tak znaczna.

W rzeczywistości jest to klimatyczne miejsce, więc w prawie każdy kolejny wieczór spędzany w Chachapoyas zahaczamy o Los Troncos, aby wypróbować nowych smaków i porozmawiać z przyjaznymi ludźmi.

Amazonas

Młoda Peruwianka, prowincja Amazonas

Odwiedzamy kanion Huancas. Czarny ptak o rozłożystych skrzydłach fantastycznie szybuje na niebie i jedynie balansując sylwetką podąża w wybranym przez siebie kierunku. Mimo znacznych rozmiarów, nie jest to jednak kondor, których populacja w tym rejonie została wyeliminowana. ze względu na częste ataki kondorów na młode cielaki.

W dolinie kanionu płynie rzeka, a rozległy płaskowyż na szczycie porośnięty jest jaskrawozieloną trawą. Przebijające się przez odległe chmury deszczowe słońce tworzy olbrzymią tęczę na niekiedy niebieskim niebie.

Przemierzamy najprawdziwsze peruwiańskie bezdroża. Odległości pomiędzy okolicznymi miasteczkami są kolosalne, a drogi niewiarygodnie kręte, zalane, pełne dziur, niekiedy błotniste.

W takich warunkach mieszkańcy tej prowincji normalnie funkcjonują . Uprawia się tutaj wiele odmian kukurydzy, juki, fasoli i ziemniaków. To podstawowe składniki lokalnej diety. Na drodze spotykam ludzi obładowanych tobołami, oblepionych błotem poganiaczy koni i osłów, ale moją największą uwagę zdobywa staruszka, prawdopodobnie 75 letnia Peruwianka, która przygarbiona, obładowana ciężkim pakunkiem chrustu na plecach z dwiema torbami juki w rękach wspina się pod górę niekończącego się stromego błotnistego podjazdu. I przychodzi mi na myśl, że tą lub podobną czynność wykonywała codziennie przez ostatnie 70 lat swojego życia.

Odwiedzamy małe miasteczko Lamud. To licząca 7000 mieszkańców stolica prowincji Luya-Lamud. Stąd kierujemy się w stronę Pueblo de los Muertos, starożytnej, pochodzącej z około 700 roku n.e. wioski kultury pre-Inków. Pokonujemy niebezpieczne przejścia, aby dotrzeć do miejsc obrządków religijnych i przechowywania sarkofagów. W tych położonych nad przepaścią, wyodrębnionych glinianą ścianą kwaterach znajdują się ścienne inskrypcje, a także kości (prawdopodobnie ludzkie) i tradycyjne narzędzia, jak na przykład wielki kamień z moździerzem do mielenia kukurydzy.

Wzbiera silna ulewa, a zbliżając się do Karajia, droga staje się grząskim i śliskim błotem. Karajia to starożytne sarkofagi, które w niewytłumaczony sposób znalazły się na stromej ścianie kanionu. Zadziwiająco trwała jest też farba do malowideł, którą pozyskiwano z owadów żywiących się barwnymi sokami owoców podobnych do granadia. Wyraźny kolor przetrwał kilkanaście wieków w nienaruszonym stanie.

Kolejnym obrazkiem z deszczowej pory jest młode peruwiańskie rodzeństwo, sześcioletni brat idzie z młodszą siostrą pod jedną kurtką, razem grząską polną trasą, a przemoczona, ubrudzona w błocie, ale uśmiechnięta dziewczynka na nasz widok powtarza z radością buenas tardes, buenas tardes!

Dojeżdżamy do Valle de Huaylla Belen, zielonej doliny, przez którą płynie rzeka w niespotykanie regularnych, naturalnych serpentynach. Tworzy to żywą, surrealnie baśniową scenerię.

Kuelap

Potężne mury cytadeli Kuelap

W małej miejscowości Tingo z łatwością odnajdujemy hospedaje. Podchodzi do nas śmiała dziewczyna z czapeczką z daszkiem założoną tył na przód, która na pierwszy rzut oka wygląda, jak sprzedawca wycieczek na Kuelap. W rzeczywistości to Ana, nieziszczalnie odważna Kolumbijka. Szybko się zaprzyjaźniamy i zupełnie spontanicznie, nasz wspólny obiad przeistacza się w kameralną, ale szaloną imprezę wraz z właścicielami hospedaje.

O poranku rozpoczynamy podejście do Kuelap. Początkowo przyjmujemy ultraintensywne, na progu morderczego tempo. To w efekcie wspinaczka z poziomu około 1800 metrów na ponad 3000 metrów n.p.m. Z czasem pojawiają się objawy zmęczenia. Wspinaczka do wioski Kuelap zajmuje nam około 3 godziny. Ana jest nie do pokonania. Na szczycie padam z wykończenia i w tym momencie rozpoczyna się ulewa.

Zwiedzamy fortecę, jej wysokie mury i zabudowania mieszkalne, gdzie mieścili się osadnicy cywilizacji pre-Inków. Pochodzenie cytadeli datowane jest na okres 900 – 1100 AD. Podczas deszczu mury nabierają szklistych refleksów, a różnorodna wegetacja i drzewa charakterystyczne tylko dla regionu Amazonas w Peru tworzą mistyczną, tajemniczą otoczkę wokół nieznanej nam cywilizacji. Niektórzy twierdzą, że Kuelap robi zdecydowanie większe wrażenie niż Machu Picchu.

Zatrzymujemy się u przypadkowej rodziny na mocną kawę z cukrem, aby odbudować siły na powrót. Dwie dziewczynki, córki gospodarza, każdego dnia potrzebują godzinę na dojście i półtorej godziny na powrót ze szkoły. To się nazywa budowanie formy, na pewno lepszy wariant, niż wysiadywanie tego samego czasu w londyńskim czy nowojorskim metrze!

Powstaje totalne, czyste, 100% błoto doskonałe. Jest absolutnie ślisko, całkowicie przemoczeni, w błocie ponad kostki, szukając skrótów odnajdujemy jeszcze trudniejszy wariant trasy. Końcówkę drogi powrotnej tuż nad urwiskiem, a następnie wzdłuż rzeki przemierzamy po ciemku, widząc tylko świetliki w znikomym blasku przebijającego się przez grube chmury księżyca.

O stopniu mojego zabrudzenia świadczą dwa fakty. Po pierwsze, wszystko jest całkowicie mokre, w błocie – po około dwudziestokrotnym moczeniu i wyciskaniu moich butów i skarpetek woda jest cały czas brązowa, więc odpuszczam sobie dalsze płukanie. Po drugie, usuwając błoto z tylnich kieszeni moich spodni natrafiam na martwą ćmę wielkości pudełka od zapałek.

Szukając drogi powrotnej

Yerbabuena

Trudno się wydostać z Tingo w kierunku na południe. Ostatecznie dobry człowiek, lokalny inżynier pracujący na okolicznych budowach, podwozi mnie swoim pick-upem do Yerbabuena. To maleńka wioska położona pomiędzy potężnymi szczytami gór w górze rzeki, której prąd jest tutaj znacznie silniejszy.

Leymebamba to kolejne małe miasteczko z placem w centrum, wokół którego skupia się spokojne życie mieszkańców. Tradycyjne zajęcie kobiet to haftowanie. Dowiaduję się, że niekiedy kilka tygodni albo nawet miesięcy trwa produkcja pojedynczych ozdobnych serwetek.

Ze względu na trudny teren konie są popularnym środkiem transportu. W drodze na punkt widokowy poznaję mężczyznę, który od 40 lat trudni się produkcją uprzęży dla koni i zaopatruje w ten sposób mieszkańców wiosek położonych wzdłuż doliny i na zboczach gór.

Poranny autobus zabiera mnie w dalszą część podróży. Asystent kierowcy rozdaje woreczki na wymioty oraz watę nasączoną nieznaną mi substancją. Spora część pasażerów ma problemy z aklimatyzacją i trudami wyboistej podróży.

To cena za siedmiogodzinną przeprawę przemieszczając się po krętych drogach, pokonując doliny, przemierzając rzeki, aby znów wznieść się na wysokość ponad 4000 metrów. Widoki są kapitalne, a piękno dziewiczego krajobrazu naruszają jedynie pustelnicze chatki i wąska szutrowa droga, miejscami wydrążona w litej skale, ale niekiedy tuż przy osuwiskach i śladach lawin błotnych schodzących w przepaść bez dna.

Przypomina mi to trochę pełną adrenaliny dwudziestogodzinną przeprawę do Doliny Kaszmiru w Indiach, ale de facto, status najniebezpieczniejszej drogi świata należy do pewnej przełęczy w zachodniej Boliwii. Ale nie ma obaw, tam też się wybieram i zamierzam podzielić się wrażeniami.

styczeń 2012

north