Skip to content
Travel stories to discover

Ukraińskie Zakarpacie – po drugiej stronie Bieszczad

Znajdujemy się na pograniczu Ukrainy, Polski, Słowacji, Węgier i Rumunii. Zakarpacie, należące dziś do Ukrainy, pozostawało na przestrzeni stuleci pod kontrolą państw ościennych, w tym Austro-Węgier, Czechosłowacji oraz Związku Radzieckiego. Stąd wielokulturowość tego miejsca i bogata historia. Z dzisiejszej perspektywy to przede wszystkim malownicza, niezwykle dzika i stosunkowo niedostępna kraina położona na południowych zboczach Beskidów Wschodnich.

W pewnym sensie niedostępność ta wynika z bardzo małej ilości przejezdnych dróg, a nawet te przejezdne są z reguły kiepskiej jakości. Dziwię się sobie, że miałem zastrzeżenia co do Rumuńskiej infrastruktury. Na Ukrainie jest łatwiej, nie da się uśpić czujności, bo trudno przejechać więcej niż kilkaset metrów by wpaść w dziurę. To nieustanny slalom i zwiedzanie, bo jadąc w porywach 20km/h raczej niczego po drodze nie przegapimy.

Gdzieniegdzie idzie dobra zmiana i pojawiają się ekipy remontowe. Jeszcze jest sporo do zdziałania.

Zapomniałbym dodać, że do naturalnych czynników spowalniających zaliczają się nie tylko dziury…

Zaopatrujemy się w wodę w źródłach o rzekomo leczniczych właściwościach. Podobno woda zawiera dużo żelaza. Nie mam ku temu wątpliwości, bo następnego dnia o poranku w obu plastikowych baniakach osadza się warstwa rdzy na dnie. Nie wiem czy to na pewno zdrowa woda, ale zobaczymy.


Warto tu przyjechać, aby pochodzić po górach. Podobno pojawiają się niedźwiedzie na szlaku, ale wyglądają przecież tak niewinnie i przyjaźnie – zupełnie jak ten z rezerwatu.

Przemieszczamy się i odkrywamy piękne rejony lustrzanego odbicia Bieszczad po ukraińskiej stronie. Jest tu nawet lepsza wersja tatrzańskiego Morskiego Oka.

Ukraińskie Morskie Oko.

Odnajdujemy je w Parku Narodowym Synewyr. To prawdopodobnie jeden z ciekawszych zakątków Zakarpacia. Miejsce ma olbrzymi potencjał turystyczny, ale brak infrastruktury i względnie trudny dojazd sprawiają, że miejsce to jest raczej rzadko odwiedzane, nie licząc garstki lokalnych turystów. Może dlatego to miejsce jest takie wyjątkowe.

W obecnych realiach Ukraina jest też bardzo przystępna cenowo. Niesłusznie omijana przez zagranicznych turystów, to przecież kraj bardzo bezpieczny, a ze względu na brak masowej turystyki, możemy liczyć na indywidualne doświadczenia. Tutaj wszystko nabiera wartości. Polecam więc korzystać z tymczasowych zawirowań walutowych i wspomóc bardzo słabą (tanią) hrywnę. Niech nasze wydatki trafią tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Optymalnie, bezpośrednio do ludzi.

Kilka godzin dalej (i kilkadziesiąt kilometrów później) dojeżdżamy do miejscowości Lumshory. Trafiamy do gospodarstwa prowadzonego przez młode małżeństwo. Dopiero przymierzają się do oficjalnego otwarcia, więc będziemy jednymi z pierwszych gości. To duże pole biwakowe, restauracja i główna atrakcja „czan” czyli ukraińska bania.

Czan to nietypowe doświadczenie. Starożytnie wierzono, że korzystanie z czana zapewnia wieczną młodość. Już od XVII wieku kąpiele w żeliwnej bani stosowano na różnego rodzaju schorzenia, a także aby wzmocnić kości. To właściwości mineralnej wody siarczkowej z potoku w Lumshory. Woda doprawiana jest mieszanką ziół i gałązek okolicznych roślin, a następnie napar podgrzewany jest do około 40 stopni, niekiedy nawet więcej. Gdy robi się przesadnie gorąco, wskakujemy do zimnego potoku tuż obok, bierzemy łyka piwa, wskakujemy do gorącej wody i tak w kółko.

Obsługa nadaje wyjątkowości temu doświadczeniu. Jakby podliczyć, to dla naszej dwójki zaangażowanych jest pięciu pracowników dbających o szczegóły. Czy woda jest już wystarczająco gorąca? Może przynieść jeszcze jedno piwo? O której będziecie gotowi zjeść kolacje? Może dołożyć kilka szczap do paleniska?
Tak właśnie mija wieczór, którego kwintesencją jest znakomita mieszanka grillowanego mięsa serwowana na kolację.

Pełen relaks, po którym dobrze się wstaje z samego rana.

Po obfitym śniadaniu, płacimy za wszystkie udogodnienia (około € 30) i jesteśmy gotowi ruszać dalej.

Taka lokalizacja to także idealne miejsce do pracy.


To tereny bogate nie tylko pod względem przyrodniczym i „odnowy biologicznej”. Natrafimy na tradycyjną architekturę drewnianą i kilka ciekawych zabytków, w tym dobrze zachowane kamienne zamki.


Opuszczając Zakarpacie warto odwiedzić Użhorod, stolicę obwodu zakarpackiego. To ciekawe historyczne miasto o przeważającej architekturze kamiennej. XVI wieczny zamek mieści Zakarpackie muzeum Krajoznawcze z kilkunastoma tysiącami eksponatów z różnych epok i dziedzin życia.


A po jego odwiedzeniu polecam spacer wzdłuż malowniczego wybrzeża rzeki Uż i wybór jednej z knajp na skosztowanie lokalnej kuchni.

Przekraczanie nietypowych granic czasem obfituje w ciekawe doświadczenia. Czy będą emocje, czy przyjdzie nam czekać w wielkogodzinnej kolejce lub utonąć w stercie formalności? Nic bardziej mylnego. W piętnaście minut wjechaliśmy na Ukrainę z Rumunii i również szybko z niej wyjedziemy w stronę Słowacji.

Ostatni tysiąc kilometrów

Pozostaje nam około tysiąc kilometrów do domu. Warto więc rozbić ten dystans na kilka dni i odwiedzić jeszcze kilka ciekawych miejsc na południu Polski.
W Magurskim Parku Narodowym udaje nam się zrobić kawałek sentymentalnej trasy biegu Łemkowyna.

Zahaczamy o Pustynię Błędowską i zatrzymujemy się u znajomych, aby spędzić trochę czasu w północnej części Szlaku Orlich Gniazd.

No i tym sposobem zamykamy kolejnego Eurotripa, ale nie ma obaw, na horyzoncie czekają kolejne przygody :)

Scroll To Top