Tysiąc wzgórz na rowerze


Mzungu w rwandyjskiej wiosce

Zmęczeni długą podróżą poszukujemy butelki zimnego piwa. W tajemniczych zaułkach Kigali odnajdujemy jedynie ciepłe i cierpkie wino bananowe. Przed nami jeszcze pięć godzin jazdy autobusem do Gisenyi, miasta na zachodnim kresie Rwandy. Robi się ciemno, odczuwam tylko nieustanne strome zjazdy i podjazdy. Od jutra na najbliższe tygodnie naszym jedynym środkiem transportu stanie się rower. Na ścianie w pokoju hotelowym odpoczywa ćma wielkości telefonu komórkowego. No tak, to Afryka. Pora iść spać. Całą noc pada, jak to dobrze, że dziś nie musimy spać w namiocie.

Nie ma lekko

Wulkaniczne dziury na drodze, brak oświetlenia i pusty plac pełen kałuż, nazywany tutaj rynkiem prowadzą nas do centrum Gisenyi. Tajemnicza perkalowa zasłona zakrywa wejście do tutejszego baru. Siadamy wygodnie na plastikowych krzesłach i w końcu zamawiamy zimnego Primusa, długo wyczekiwane rwandyjskie piwo.


Wszechobecne dzieciaki

Nasza przygoda rozpoczyna się wzdłuż jeziora Kivu, które zachwyca charakterystycznym pumeksowo-wulkanicznym krajobrazem. Mijamy górzyste tereny porośnięte intensywną zielenią i zgrabnie wkomponowane w tło gliniane chatki.

Zaczyna się ciężki podjazd. Cały czas pod górkę w towarzystwie równikowego słońca, które boleśnie przypala plecy. Nachylenie 10%, chwilę później zwiększa się do 12%. Ile można? Niekończące się podjazdy to właśnie typowe ukształtowanie terenu w Rwandzie.

Z pomocą młodego rowerzysty znajdujemy nocleg u rwandyjskiej rodziny w miejscowości Mahoko. Nasz nowopoznany tłumacz mówi, że z musimy jednak jeszcze poczekać na gospodarza domu, ponieważ żona chce, aby to mąż oficjalnie przyjął nas w gościnę. Trwające chwile niepewności zostają rozwiane, gdy pojawia się mężczyzna o życzliwym uśmiechu, mówiący w języku kinyarwanda "czujcie się jak u siebie w domu!". Nasi gospodarze to młode małżeństwo z trójką małych dziewczynek.


Dzieci opiekują się młodszym rodzeństwem

Gospodyni przydziela nam duży kąt w pokoju i rozkłada słomianą matę. Przysiadają się dzieciaki, a gdy tylko zdążymy się rozpakować, zostajemy zaproszeni do stołu. Pojawia się gotowane mleko, ryż oraz gulasz z fasoli, warzyw i skórek kurczaka na ostro. Gospodarz jest kierowcą autobusu i jak na rwandyjskie realia wiedzie się im całkiem nieźle. Rwanda to kraj, w którym nauczyciel zarabia miesięcznie 50 dolarów, a niekiedy tylko on jest żywicielem dziesiątki potomstwa.

O poranku cała rodzina i sąsiedzi nas żegnają. Mijamy kolejne niezliczone wioski i bez wyjątków, zawsze wzbudzamy zainteresowanie wśród mieszkańców. Szczególnie dzieci nie pozostają obojętne, co sprawia, że często towarzyszy nam cała procesja od wioski do wioski.

Podczas postoju w jednej z przypadkowych wsi dochodzi do bójki między dwoma pijanymi chłopami, ale na szczęście, gdy kamienie idą w ruch, komuś ostatecznie przemawia do rozsądku i nastaje spokój. Kończymy więc suszoną rybę, pieczone ziemniaki i ruszamy dalej.


Przerwa w porze deszczowej

Zmrok dopada nas w wiosce Mukamira. Standardowo pojawia się komitet powitalny – mnóstwo dzieci i kilka kolorowo ubranych kobiet. Pytamy o możliwość spędzenia tutaj nocy i dochodzi do pewnego nieporozumienia. Mieszkańcy zakładają, że mzungu musi spać u innego mzungu i najwyraźniej nie dopuszczają innej możliwości.  Banda kilkudziesięciu dzieciaków zaprowadza nas do zaszytego w głębi wioski domku. Jak się okazuje, mieszka tutaj Tressa, bardzo przyjazna Amerykanka z Texasu, która od ponad pół roku uczy języka angielskiego w tutejszej podstawówce.

Nie wiem kto w tym momencie jest bardziej zaskoczony. Chyba jednak Tressa. Zostajemy na noc. Jest prąd. Jest woda. Jest nawet gorąca woda na kawę. Nie ma to jak przypadkowa znajomość w sercu dzikiej Afryki.

Opuszczając wioskę skoro świt nie wzbudzamy zbędnego zainteresowania, bo każdy o tej porze ma jeszcze swoje zajęcia. Kobiety w polu, dzieci w szkole, a mężczyźni – różnie to z nimi bywa.

Kto pyta nie błądzi


Sprzedawca świeżej jagnięciny

Mieszkaniec Afryki uzna za nieetyczne nieudzielenie odpowiedzi. Do Gakenke jedzie się około godziny autobusem. Ciężko określić precyzyjny dystans, ale podczas rowerowej tułaczki na przestrzeni jednego kilometra słyszymy wymijające odpowiedzi: "trzy kilometry", "z górki i jesteście", "dwadzieścia kilometrów", "pół godziny" i "niedaleko".

To teoria. W praktyce jeszcze tam nie dotarliśmy, zastaje nas ciemność i zewsząd dobiegają odgłosy tropikalnych insektów. Otacza nas mgła, spada widoczność i ochładza się powietrze. Nastaje klimat niepewności. Dostrzegam sylwetki wyłaniające się z mgły po naszej stronie drogi. To policja, a za nimi żołnierze z karabinami. Ufff… mijają nas bez słowa.

Ostatkiem energii wspinamy się na szczyt. Dojeżdżamy do Kitty, koleżanki Tressy, prosto na potrawę z soczewicy i gorącą herbatę. Z lenistwa i przemęczenia nikt nie myśli o moskitierach. Malaryczne komary podobno gryzą tylko między 1 a 4 w nocy.

Czas i luz

Afrykańczycy mają dużo czasu i pełen luz. Wiernie towarzyszą nam inni rowerzyści, który dostosowują swoje tempo podróży robiąc razem z nami przerwy na odpoczynek.  Jak ktoś się podłącza do naszej karawany, to tak, aby przynajmniej na kilka godzin stać się jej częścią. Co się stanie jak mieszkańcy dojadą do celu parę godzin później? Odpowiedź jest prosta: nic.

Na drodze pojawia się sprzedawca pieczonej kukurydzy. Stoi bezczynnie, być może myśli, bądź też nie. Może coś sprzedam, może nie… Jedyny znak jego wykonywanej pracy to leniwe obracanie kolb na rozżarzonych węgielkach co pięć, dziesięć minut. Przypuszczam, że oderwany od rzeczywistości sprzedawca nawet nie zauważył, że kupiliśmy od niego trzy kolby i wydał nam resztę!

Tej nocy nie pada, a oznacza to początek pory suchej.

Przypadkowe przygody


Dziewczynka z awokado

W miejscowości Gako Cell trafiamy do przyjaznej rodziny. Ojciec i syn przemeblowują swój sklep w taki sposób, aby dało się przenocować. Schodzi się całe sąsiedztwo, dziewczyny plotkują przy palenisku w pokoju za zasłoną, my zaś pijemy Primusa na ganku z gospodarzem i jego synem.

Tego wieczoru w moim notesie pojawia się parę tuzinów praktycznych zwrotów w kinyarwanda. Gospodarze są pełni podziwu, gdy tylko udaje nam się poprawnie sklecić jakieś zdanie w tutejszym języku.

Droga idzie mozolnie, więc przed zmierzchem zatrzymujemy się w losowym miejscu przy Rwanda International Transit Parking. Chwila negocjacji i rozmowa z szefem parkingu sprawia,  że nieugięty strażnik zdejmuje nas z muszki swojego kałasznikowa i wpuszcza na teren parkingu. Od teraz jest naszym uzbrojonym ochroniarzem.

Okazuje się, że w Rwandzie brakuje zbiorników na paliwo. Z tego względu często zdarza się, że kierowcy wielkich cystern muszą tu czekać dwa tygodnie, aż gdzieś znajdzie się miejsce na ich rozładunek. Tanzańskie ciężarówki są potężne. Te potwory drogowe ważą niekiedy ponad 70 ton, mają 22 opony i 5 osi.

Szef parkingu nas polubił i mimo, że nie zna ani słowa po angielsku, kupuje nam i swojemu tłumaczowi piwo! Do uzbrojonego ochroniarza podchodzi policjant i bierze od niego karabin. To obraz w stylu "pożycz na chwilę karabin, idę kogoś zastrzelić i zaraz ci go oddam".


Rowerowy lans w wydaniu rwandyjskim

Poranna mgła ogranicza widoczność, ale cały czas ostro pedałujemy. Mijamy bananowe gaje, eukaliptusy i wielkie ptaszyska ponad naszymi głowami. Wokół pasą się kozy i owce.

Zbaczamy z głównej drogi i podążając ceglaną ścieżką dojeżdżamy do przypadkowego gospodarstwa. Zatrzymujemy się w przyjaznej osadzie Karenge.  Zadbany ogródek, skromny murowany domek i dwie gliniane chatki zachęcają by się tu zatrzymać na noc. Po raz kolejny spotykamy się z niezwykłą gościnnością i serdecznością rwandyjskich rodzin.

Organizujemy węgiel i gliniane palenisko by przygotować obiad. Pieczone w oliwie ziemniaki z cebulą stały się nieodłącznym elementem naszej diety.

Cała okolica wsłuchuje się w radiową retransmisję meczu. Gdy odbiornik cichnie, na niebie pojawiają się tysiące gwiazd, a księżyc w zenicie niczym żarówka na suficie rozświetla pobliski staw z żabami. Cykady i niezliczone owady komponują się razem w pełną magii orkiestrę afrykańskiej nocy.

Wioska Pigmejów


Ręczne lepienie glinianych garnków w osadzie Pigmejów

Przed nami miejscowość Ruhango. Odnajdujemy gościnny ośrodek misyjny. Na stole pojawia się aromatyczna rwandyjska kawa z mlekiem prosto od krowy. Zostajemy zaproszeni na obfity obiad. Najadamy się do syta fufu, skrobiową potrawką z manioku, jest także sos ze szpinaku i oberżyny oraz krokiety z mąki duro i gotowana fasola.

Po obiedzie odwiedzamy osadę Pigmejów, czyli ludzi z mniejszościowego plemienia Twa. Przyglądamy się ich codziennym życiu, a niespodzianką staje się pokaz lepienia glinianych garnków. Umiejętne połączenie wprawnych rąk ze zmysłem artystycznym sprawia, że do produkcji tych wyrobów nie jest potrzebne koło obrotowe. Wystarczą dwie ręce i odpowiednia ilość gliny. Cena gotowych wyrobów wynosi jedynie 500-800 franków rwandyjskich, czyli około dolara.

W Ruhango odwiedzamy również ośrodek zdrowia, salę chorych, laboratorium malaryczne, salę porodową i pomieszczenie z małymi dzieciakami i świeżo upieczonymi mamami tuż po porodzie. Jak mówi rwandyjskie przysłowie, czarna kobieta oczekuje białego potomka. Przekonuję się, że to prawda, wszystkie noworodki są blade, a dopiero po kilku dniach ich skóra nabiera właściwego pigmentu.

Na południe


Transport bananów w Butare

Różowa poświata na niebie i słońce przedzierające się przez chmury zza horyzontu zachęca do pobudki przed szóstą rano. Narastające śpiewy ptaków i brzęczenie owadów zwiastują budzący się nowy dzień w Butare.

W okolicach południa zatrzymujemy się w pierwszym napotkanym sklepie. Jest kameralnie, czyli jak zwykle zbiera się tłum ludzi. Sklepikarz próbuje poprawić nasz komfort przepędzając drewnianą rózgą tłum ustawionych wokół dzieci. Mówię, że to niekonieczne, bo już się przyzwyczailiśmy do licznego towarzystwa przy każdym postoju. Ilość obserwatorów podwaja się co dziesięć minut i z całą pewnością wynosi już ponad setkę.

Zaprzyjaźniony sklepikarz zgadza się na umieszczenie nad drzwiami wejściowymi do sklepu naszej pamiątkowej tabliczki. Po szybkiej przymiarce bierze w rękę gruby, zardzewiały gwóźdź, a z braku młotka wbija go denkiem butelki po fancie w miękką, glinianą ścianę. Po raz kolejny w głowie pojawia mi się myśl "this is Africa!". I przyznam, że jeszcze stąd nie wyjechałem, a już chciałbym wracać.

maj 2010

rwanda