Targowisko w Bujumburze


Stoisko mięsne na targowisku w stolicy Burundi

Grupa rzeźników tnie maczetami kościste kawałki wołowiny. Nie słyszę wrzawy niezrozumiałego dla mnie języka kirundi, dociera do mnie tylko trzask kruszących się kości i rejwach nadpobudliwych much. Tworzy się lekko napięta atmosfera, nikt nie życzy sobie, aby krzątał się tu biały człowiek z aparatem w ręku. Najzwyklejszy uścisk dłoni, przyjazny uśmiech i wymiana kilku zdań rozładowują stres.

Odwiedzamy targowisko w stolicy Burundi. Jak w każdym tego typu miejscu, szukając, znajdziemy wszystko. Piwo bananowe, żywe jaszczurki, zagraniczne whisky, śmierdzące tandetną gumą chińskie trampki, czterdzieści odmian roślin strączkowych i pękate worki mąki, obok których przechodząc, można się zakrztusić.

Kupujemy świeże owoce, warzywa i przyprawy. Uzupełniamy zapasy piekielnie palącej papryki pili-pili, która towarzyszy nam jako uniwersalny dodatek do wszystkich potraw. Wraz ze Światkiem jesteśmy entuzjastami ostrych przypraw, ale afrykańska pili-pili bije wszystkie rekordy. Zgodnie stwierdzamy, że trafiając na świeży i dorodny egzemplarz, nie jest możliwe zjedzenie jednej papryki w całości bez efektów ubocznych.

Dostrzegam kilkanaście ustawionych w rzędzie kobiet. Wszystkie zajmują się sprzedażą mandarynek i jednocześnie  karmią dzieci piersią. Opuszczamy targowisko tylnym wyjściem.

To co dostrzegam jest dalekie od jaskrawych, pełnych życia kolorów kojarzonych z Afryką. To strefa odrzucona i zapomniana przez społeczeństwo. Inwalidzi, umysłowo chorzy, osoby niepełnosprawne, dzieci z wodogłowiem i ludzie cierpiący na różne, często nieuleczalne choroby, wszyscy ściśnięci na tym małym placu. Sześciolatek mogący przemieszczać się tylko z pomocą rąk uczepia się nogi mzungu. Przypuszczalnie, ani jutro, ani pojutrze nie będzie tu nikogo, kto podaruje mu kilkaset franków i napisze o tym, co zobaczył. Chciałbym, żeby nasz świat nie tylko dowiedział się o takich miejscach, ale także nie zapominał o ich istnieniu.

burundi