Synaj na rowerze

Ukryta zatoka, półwysep Synaj

Tamar, dziewczyna spotkana na pustynnej oazie w Izraelu zmieniła nasze plany. “Jordania jest jak Izrael dwadzieścia lat temu, pojedźcie na Synaj, a zobaczycie coś zupełnie magicznego”. Pamiętam dobrze ten błysk w oczach i usta mówiące prawdę. Mija kilka dni i dojeżdżamy do Egiptu na naszych rowerach. Towarzyszy nam krajobraz czysto pustynny. Wokół wysokie góry, które tworzą męczące podjazdy. Na szczęście szybkie zjazdy zapewniają odrobinę ulgi. Popołudniowe słońce rzuca ciepłe, długie cienie na tajemnicze skaliste wybrzeże Arabii Saudyjskiej po drugiej stronie wąskiej Zatoki Aqaba.

Pod wieczór szukając miejsca na rozbicie namiotu poznajemy Hazara Toni. To dozorca budowy nowego hotelu. Budowa jednak stoi w miejscu, podobnie jak wszystkie inne przedsięwzięcia w związku z zamknięciem banków i zatrzymaniem finansowania inwestycji, ze względu na ostatnie zamieszki.

Rozbijamy więc namiot, ale Hazar po krótkim zastanowieniu się wychodzi na zewnątrz i zaprasza nas do środka. Po pięciu minutach pijemy już razem herbatę z mlekiem i palimy sziszę. Pojawia się Beduin Mr. Salem, który przynosi drewno opałowe. Zaznaczam, że drewno to służyć będzie zamiast węgielków do rozpalania wspomnianej fajki wodnej.

Śpimy w oddzielnym pokoju. Całą noc coś mnie gryzie, nie wiem czy to pchły, komary, czy może moja wyobraźnia, bo jest to niesłychanie gorąca noc.

Hazar oprowadza nas po okolicy, odwiedzamy jego miejsce pracy, budowę, którą co kilka godzin dogląda. Odwiedzamy też Mr. Salema, jego żonę i dziesięcioletnią córkę Hadigę. Mieszkają w zbitej z desek skromnej chatce po drugiej stronie drogi. Nie mają ani prądu ani bieżącej wody. Mr. Salem dogląda hodowli kóz i owiec, rozdzielając pomiędzy nimi stare pity i kawałki papieru zawierające celulozę. W klimacie pustynnym trudno o coś więcej.

Mr. Salem przygotowuje herbatę na palenisku, a Hadiga rzucając małe kamienie odstrasza podchodzące do ognia kurczaki. Rodzina mieszka tutaj od pięciu lat, razem z niewidomą babcią. Gdy zamieszki ustaną i ruszy budowa resortów, wszystkie okoliczne zabudowania pustelnicze zostaną usunięte i mieszkańcy będą musieli się stąd wynieść. Na szczęście Beduini są przyzwyczajeni do wędrownego trybu życia.

Żegnamy się z Hazarem i ruszamy 40 kilometrów w stronę miejscowości Nuweiba. Zakryta chustą muzułmanka zaprasza nas na śniadanie. Za około 10 funtów egipskich (równowartość €1.5) najadamy się w trójkę do syta. Pozytywnie zaskoczeni gościnnością, wracamy tutaj również na obiad. Popołudniu kobieta zaprasza Kasię do swojego domu, oprowadza ją i zdejmuje chustę pokazując twarz. Ja i Mieszko niestety nie możemy liczyć na tak bliski stopień znajomości.

Hazar spędza przeciętny dzień na paleniu sziszy

Wielbłądy chodzą po ulicy. Jest tutaj beer shop, a po drugiej stronie drogi znajduje się klimatyczny bar prowadzony przez Zolo, który przyjechał tutaj z Sudanu Południowego. Zolo proponuje nam special shisha. Czas mija niezauważalnie i gdy już jest ciemno pojawia się temat: gdzie będziemy nocować?

Zolo jest w stanie wszystko załatwić. Jego znajomy podjeżdża rozpadającym się fiatem 125. Podążając za autem w ciemnościach wyjeżdżamy poza miasto do opuszczonego pola z domkami ze strzechy. To proste konstrukcje, jest ściana, dach, dwie rozłożone na ziemi maty i zwisająca z sufitu na kablu prowizoryczna żarówka dająca ciepłe światło. Koszt to około $2 za noc na trzy osoby.

Od rana czeka nas 15 km podjazd z poziomu morza na wysokość około 1000 metrów. Robi się coraz goręcej, oddalamy się od wody, a wokół jest już tylko pustynia i jeszcze wyższe góry. Nagle, pośrodku dokładnie niczego pojawia się postać: idzie sobie Arab w turbanie, bez bagażu, pieszo, pozdrawia nas i spokojnym krokiem mija. Nie mam pojęcia o co chodzi. To środek pustyni!

Godzinę drogi dalej spotykamy inny pustynny przypadek. Jakieś opuszczone zabudowanie, zdezelowana restauracja i inny Arab z jeepem woła o pomoc. Wyciągam pompkę rowerową i pomagam mu napompować koło ze spuszczonym powietrzem. Wygląda to komicznie, ale operacja zakończona pomyślnie. Dzięki jego gościnności wsiadamy z rowerami do jeepa i jedziemy do Dahabu.

Odnajdujemy Bishibish Camp, miejsce, które polecam pod każdym względem. Świetny klimat, przystępne ceny, personel z którym można zapalić sziszę i pogadać wieczorem, a także bliskość do centrum miasteczka.

Na jednym z ulicznych straganów zamawiamy pitę ze smażoną jagnięciną i świeżymi warzywami. I to nasz błąd. Kolejne 33 godziny spędzamy w pokoju bez ruchu, kursując tylko między łóżkiem a toaletą.

Zdarzało mi się jeść rękoma z tubylcami z jednego kociołka w Kongo, żywiłem się przypadkowymi daniami w Indiach i surowym mięsem w Etiopii, ale takich historii jak to jedno danie w Egipcie nie miałem jeszcze nigdy.

Przekładamy nurkowanie na kolejny dzień.

Postanawiamy przejechać powrotny odcinek półwyspu autobusem i wsiąść na rower, w momencie, gdy trasa nie będzie się powtarzać. Podjeżdża po nas 55-letni Arab japońskim busem. Wskakuję na dach i razem montujemy rowery grubym białym sznurem.

Kierowca to spracowany człowiek, zmęczona przez życie i prawdopodobnie też słońce postać. W trakcie rozmowy okazuje się, że ma dwójkę dzieci i przed dwoma laty się rozwiódł. Po drodze mijamy identycznego busa, ale załadowanego bagażem – nie kłamiąc – na wysokość dwa i pół metra ponad dach! To prawdziwy mistrz i profesjonalista frachtu lądowego.

Odwiedzamy Hazara u którego nocowaliśmy. Szybko zaprzyjaźnia się również z naszym kierowcą. Kolejna wnikliwa kontrola graniczna i jesteśmy ponownie w Izraelu.

kwiecień 2011

sinai