Spojrzenie z Etiopii


Delikatna etiopska uroda

W centrum Addis Abeby, tuż przy głównej ulicy Bole Road udaje nam się znaleźć przesympatycznego Etiopczyka, właściciela Renault 4, który podwozi nas na dworzec autobusowy. To zabytkowe auto ma niepowtarzalny klimat. Sprzęgło w postaci ręcznej wajchy, pozioma skrzynia zmiany biegów, na tablicy rozdzielczej znajduje się tylko prędkościomierz, a z dodatkowych akcesoriów jest jeszcze kierunkowskaz, kierownica i dwie lampki kontrolne. Prawdziwy klasyk. Wsiadam do autobusu do Shashemene. Obok mnie przysiada się Maseret, młoda nauczycielka wychowania  fizycznego ze stolicy, która dorywczo zajmuje się masażem sportowym. Nasza rozmowa zaczyna się od tajemniczych zbiorników wiszących na sznurkach przy drodze.

Dowiaduję się, że ensira, wspomniane pojemniki, dzięki umieszczeniu w sakwie z rośliny kacha nabierają właściwości termicznych i pełnią w ten sposób funkcję naturalnych, tradycyjnych lodówek. Podróż mija szybko, bo Maseret z pasją opowiada o przeróżnych znamionach etiopskiej kultury.

W Shashemenne po zmroku przechadzamy się miasteczkiem i przypadkiem trafiamy na mecz. Dziś Brazylia dokopie Chile 3:0. Wszyscy są w dobrych humorach, nieustannie wznoszone są toasty piwem Benedel. Pod koniec wieczoru zaprzyjaźniony już szef baru załatwia nam nocleg.

W 1948 roku cesarz Haile Selassie I podarował rastafarianom fragment ziemi w okolicy Shashemenne . Osiedliła się tutaj więc społeczność Ruchu Rastafari, głównie są to przybysze z Jamajki. Warto odwiedzić muzeum poświęcone Haile Selassie i Bobowi Marley’owi, twórcy jedynej muzyki, której mogę słuchać na okrągło. Nie jestem osobą kojarzoną z odwiedzaniem muzeów, ale to jest wyjątkowe. Kustosz mnie oprowadza, a gdy już zwiedzimy wszystkie eksponaty, zasiadamy na zewnątrz. Nasza rozmowa się przedłuża i przeistacza w jamajski relaks.


Bratanka Mohameda, Ziway

Kontynuując podróż, wsiadam na domowej produkcji wózek podpięty do małego osiołka (tutejsza taksówka) i jadę na dworzec. Na ulicy panuje duży ruch, są tu dziesiątki innych osiołków zupełnie beztrosko przemieszczających się środkiem jezdni, pasterze owiec, biegnące barany, stado krów watussi, a pomiędzy nimi przeciskają się wyładowane tiry, samochody, ciężarówki i właśnie moja taksówka z osiołkiem.

Dojeżdżam do Wondogetnet, skąd pieszo kieruję się szutrową ścieżką pod górę. Grupka wyrostków bezsensownie znęca się nad biednym osłem, któremu brak siły, aby iść dalej pod górę. Zwierze ma kilka świeżych ran, z których wystają przekrwione mięśnie. Dzieciaki celowo uderzają kijem właśnie w te miejsca. Prawda jest taka, że osioł nie umie okazywać emocji, ani nie ma możliwości buntu. Czy tak trudno się domyślić, że po prostu jest zbyt zmęczony, aby zwiększyć tempo?

Mijam kobiety noszące chrust na opał, to jeden ze sposobów, aby utrzymać rodzinę. Co kilkaset metrów, na małych stoiskach młode dziewczyny sprzedają pieczone kolby kukurydzy, awokado, czasem prażone nasiona jęczmienia, paprykę lub mango. Tak wygląda spokojne życie na prowincji.

Wondogotnet w języku amharskim oznacza “wspaniały raj”. Idę w stronę gorących źródeł. Okazuje się, że woda w sposób naturalny osiąga tutaj temperaturę 85ºC. Gorące źródło miesza się ze strumieniem zimnej wody, aby w ten prosty sposób uzyskać optymalną temperaturę. Wskakuję więc pod legendarny prysznic Haile Selassie, dokładnie ten sam i w tym samym miejscu, gdzie przebywał władca Etiopii podczas swoich wizyt w Wondogetnet.

W barze


Mistrzostwa Świata na małym ekranie

W ostatnich tygodniach naszą planetą zawładnęła atmosfera Mistrzostw Świata w Południowej Afryce. Bez wątpienia również w Etiopii, która jest przynajmniej w połowie drogi z Europy do centrum wydarzeń.

Zasiadam z grupką localesów w tutejszym barze. W trakcie meczu w jednym z kluczowych momentów następuję przerwa w dostawie prądu. Nastaje cisza. Mam ochotę coś powiedzieć, ale jestem w szoku. Nikt z pośród dwudziestki Etiopczyków się nie irytuje, nikt nie przeklina, ani nawet nie komentuje sytuacji. Kibice cieszą się, że mogli chociaż obejrzeć większość pierwszej połowy. Nikt nie zakładał, że uda się również obejrzeć drugą część meczu. To jak w życiu, cieszmy się tym co jest, nie marnując czasu na tęsknotę za rzeczami, których być może i tak nigdy nie będziemy posiadać.

Późniejszym wieczorem pojawia się prąd. Z jedynego głośnika, lekko przytłumiona, unosi się melodia z mało znanej płyty Boba Marley’a. Siedzę w barze w półmroku sącząc rewelacyjnie chłodne piwo St. George’s. Problemy dzisiejszego świata na szczęście nie dosięgają człowieka zaszytego głęboko w etiopskim buszu pośród tutejszej ludności. Ostatnio mam zdecydowaną słabość do takich miejsc.

Dziś nie padało w ciągu dnia, a zakładam, że w porze deszczowej musi to nastąpić. Niepewna sytuacja co do potężnej ulewy sprawia, że w zamian za drobny napiwek rozbijam namiot pod drewnianym gankiem przy barze.

Mieszkańcy Abisynii

Mocne espresso z odrobiną spienionego mleka przyrządzone w zabytkowym włoskim ekspresie do kawy na dobry początek dnia. W kawiarni spotykam dwie Etiopki, Amel o arabskiej urodzie i lekko ciemniejszej karnacji, a także Yordanos o rysach typowych dla Afryki równikowej. Etiopia, podobnie jak pozostałe kraje Półwyspu Somalijskiego i Sudan charakteryzuje się dychotomią etniczną, religijną, a nawet językową, bo mimo iż amharski jest językiem oficjalnym, blisko 1/3 ludności posługuje się językiem Oromo. Mimo tych różnic, Etiopczycy dobrze się dogadują (lub wystarczająco dobrze, na tle innych, niehomogenicznych krajów).

Mieszkańcy dawnej Abisynii trudnią się przed wszystkim pasterstwem. Z rzadka spotykam kobiety z motykami lub mężczyzn z maczetą, co jest powszechnym widokiem krajach takich jak Rwanda czy Kongo.

Pasterze hodują krowy, w zależności od potrzeby są to albo mlekodajne krowy watussi z wielkimi, szeroko rozstawionymi rogami lub “zwykłe” krowy, tutaj przeznaczane głównie na mięso. Szczególnie w małych miasteczkach i wioskach spotykam mnóstwo zwierząt hodowlanych błądzących bez pasterza. Samotne owce, kozy i barany, nawet na głównej drodze krajowej to standardowy widok.

Ziway

Południowa Etiopia to rejon nafaszerowany jeziorami. Mimo, iż swoim kolorem nie zachęca do kąpiel, to najlepsze wrażenie robi na mnie jezioro Ziway. Po drodze poznaję Mohameda, świeżo upieczonego absolwenta szkoły ponadpodstawowej. To raj dla miłośników ptaków, których jest tu mnóstwo, od małych, niewinnych niebieskich zimorodków po gigantyczne marabuty żywiące się rybami.

Ścieżką przebiega zając, a nad nim przelatuje wielkie ptaszysko, trzepocząc skrzydłamii skutecznie sieje zamieszanie w całej okolicy. Pasą się tu konie, osiołki i kozy. To malownicze miejsce, a z tymi wszystkimi zwierzętami sceneria wygląda autentycznie jak z raju. Mimo wszystko Mohamed odradza mi rozbicie namiotu. Jego jednoznaczna odpowiedź ‘because a crocodile may disturb you‘ jest wystarczająco przekonywująca. Wybieram więc opcję numer dwa, czyli nocleg u Mohameda.


Marabuty nad jeziorem Ziway

Hoteela Hara Dambal staje się moim ulubionym barem w miasteczku. Za niecałego dolara najadam się potężną porcją njera i nigdzie się nie spiesząc kontynuuję picie najtańszego piwa w Afryce. Duży kufel kosztuje 5.5 birra, czyli dokładnie 40 centów.

Wieczorną porą odwiedzamy z Mohamedem i jego przyjacielem miejscowe bary, trafiamy również do khat house, gdzie poznaję Abdela, zmelanżowanego Etiopczyka o pokruszonych i pożółkłych zębach. Abdela wraz z trójką znajomych i siostrą Beza przesiaduje tutaj paląc na przemian sheshe i przeżuwając khat, psychotropową roślinę zawiniętą w liście bananowca.

To miejsce wygląda jakby każdy z obecnych spędził tutaj ostatnie kilkanaście godzin bez zmieniania pozycji. Dołączam więc do tej grupki. To z pewnością dobra decyzja. Po paru godzinach trudno się stąd wydostać. Abdela zaprasza mnie na swój ślub i chce oddać mi swoją siostrę. Sympatyczna właścicielka Salam uśmiecha się i mówi, abym koniecznie wrócił tu jutro rano. Co też czynię o poranku.

W drodze

Wyruszam na północ w stronę Addis. Mam czas, więc pierwszą część trasy pokonuję pieszo. To zawsze dobry sposób, by zobaczyć więcej po drodze. Rozmawiam z wiejskimi sprzedawcami arbuzów i cebuli. Spotykam tutejszych rowerzystów, ale najbardziej zaskakuje mnie Igor Yamongulov, który również wydaje się być zaskoczony moją obecnością. To Rosjanin od kilku miesięcy samotnie przemierzający Afrykę na rowerze. Ma już sporo przygód za sobą i właśnie gdzieś w Etiopii przypada półmetek jego podróży do Afryki Południowej.

Chwilę później.

Prawdziwa biblijna postać, Etiopczyk z osiołkiem i domowej produkcji wózkiem podwozi mnie kolejne parę kilometrów. Jadąc z etiopską rodziną  nie mogę się nadziwić, jak uprzejmi i przyjaźni są tutejsi ludzie. Znalazłem darmowy transport nawet zupełnie go nie szukając.

Ostatecznie wsiadam do przeładowanego minibusu, jadącego w stronę Addis Ababa. Siedzę z przodu jako drugi pasażer tuż przy grubej Murzynce, która zajmuje swoje i pół mojego siedzenia. Czuję się zdominowany i nie mający prawa głosu w tej sytuacji.

Jej rola ogranicza się do serwowania liści khat naszemu kierowcy, aby przypadkiem nie zasnął. To zioło działa pobudzająco nie tylko na stan ciała, ale także na wyobraźnie. Podziwiam więc akrobatyczne popisy wyprzedzania przy prędkości ponad 120 km/h jadąc przez wioskę i dosłownie dryfując pomiędzy dziećmi, osiołkami i kozami. Często kierowca zmusza auta z naprzeciwka do hamowania i zjeżdżania na pobocze. Właśnie prawie przejechał kilka osób.

Szybko przekonuję się, że to kompletny świr, który wyznaje tylko jedną zasadę – zero szacunku dla innych uczestników ruchu. Żeby nie być gołosłownym dodam, że kierowca nieustannie trąbi na bogu ducha winnych pieszych spokojnie idących poboczem, czyli jego zaplanowanym torem wyprzedzania od prawej strony. I tak bez końca, jak w grze komputerowej z pięcioma zapasowymi życiami. Mimo wszystko ufam i wierzę, że za godzinę będę w Addis.

lipiec 2010

ethiopia