Skip to content
Travel stories to discover

Snowboard latem

Tradycyjne stroje austriackie

Snowboard latem? Nic nie stoi na przeszkodzie. Wystarczy znaleźć chętnych, którzy w środku lata zamiast wylegiwać się plaży wyciągną spod łóżka zakurzony snowboard. Taki właśnie pomysł pojawił się w połowie lipca, czyli okresie na ogół rzadko kojarzonym ze sportami zimowymi. W gruncie to będzie wycieczka w Austriackie Alpy i do południowych Włoch, której celem poza jazda na snowboardzie jest odwiedzenie kilku miejsc. Jadąc niemieckimi autostradami już wczesnym wieczorem dojeżdżamy do Austrii. Na całej trasie nie doświadczamy żadnych utrudnień ani spowolnień ruchu. Pierwsza zła wiadomość na temat Austrii – bez wcześniejszych poszukiwań i rezerwacji nawet tanie hotele potrafią być drogie. Mimo tej przypadłości uda nam się uśrednić dzienny budżet w okolicach €35 za noc. Nieco drożej niż w decydując się na pobyt w jednym Gasthaus przez tydzień (rzadko kiedy kosztuje to powyżej 20€ za noc). Taka opcja niestety nie wchodzi w grę, gdyż zależy nam na swobodzie przemieszczania się i mobilności.

Lodowiec Hiuntertux

Na dole zielona trawka, a na górze dwa metry śniegu…

Ostatni miesiąc był bardzo pogodny, ale przeddzień dotarcia na lodowiec Hintertux wezbrała ulewa, niespotykanie intensywna jak na tą porę roku. Pada bez przerwy, cały wieczór, całą noc, a także następnego dnia o poranku, gdy już jesteśmy w drodze do dolnej stacji wyciągu. Czy tam, na górze, został jeszcze jakikolwiek śnieg? Wszyscy tracą nadzieję. Już sam spacer od samochodu do kasy (aby kupić skipass) możliwy jest tylko przy użyciu snowboardu jako parasolki. Niewiele pomogło, bo i tak prawie całkowicie przemokłem. Ciężkie krople letniego deszczu leją się niespotykanie, bez opamiętania. Kupujemy skipassy na jeden dzień (32€) no i wsiadamy do gondolki. Cały czas pada, ale sam fakt pomyślnego dotarcia na lodowiec powoduje, że mimo mizernej pogody jesteśmy szczęśliwi. Podjazd składa się z trzech etapów. Górna stacja. Jesteśmy na Hintertuxer Gletscher na wysokości 3250m.

I tu następuje pierwsze, wielkie zaskoczenie. Warunki na tej wysokości są idealne. Na dotychczasową dwumetrową warstwę śniegu spadło jeszcze ponad pół metra świeżuteńkiego puchu. Doskonale! Cały deszcz ciemiężący tereny położone w niższej części pasma górskiego na naszej aktualnej wysokości spadł w formie śniegu. Pod puchem solidna warstwa ubitego śniegu. Czy można chcieć więcej? Rewelacja. Mamy właśnie lipiec, a warunki snowboardowe są lepsze się niż kiedykolwiek. Dotyczy to nie tylko perfekcyjnych warunków śniegowych, ale także dostępności wyciągów. Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że spadło tu tyle nowego śniegu. Brak chętnych do jazdy, pustki na stokach, zostawiam pierwszy ślad (ratraki na szczęście nie zdążyły przygotować tras). Poza maniakami sportów zimowych jest tu też pokaźna gromadka pieszych turystów. Szczególne moje zainteresowanie wzbudza pewna grupka licząca około piętnastu osób. Wszyscy w turbanach na głowie, ubrani jak podczas ekspedycji na biegun polarny, wyglądali na mieszkańców rejonu Bliskiego Wschodu. W ciągu dwóch godzin, kilkukrotnie wysiadając z wyciągu, widziałem ich stojących ciągle w tym samym miejscu, z niedowierzaniem w oczach dotykających rękoma śniegu. Cieszyli się jak dzieci. Ile radości sprawia obserwowanie tego egzotycznego zjawiska – śniegu. W dodatku latem.

Hopa snowboardowa na lodowcu Stubai

Ten niespodziewany opad śniegu na Hintertuxie okazał się być szokiem dla wszystkich. Dotyczy to także ratraków, urządzeń odpowiedzialnych za usypanie hop i przygotowanie elementów freestyle’owych w jednym z najlepszych snowparków w austriackich Alpach. Z tego względu niestety zbytnio nie poszaleliśmy w snowparku. Niestety deska zakopuje się w głębokim śniegu.

Następnego dnia wybieramy Stubai, inny austriacki lodowiec. Warunki podobnie jak na Hintertuxie – idealne. Tutaj część tras została już uklepana przez ratraki w ciągu nocy, ale to akurat nie interesuje snowboardzistów. Ostro sobie jeździmy po terenach freeride’owych, po połaciach dziewiczego, półmetrowego puchu. Z dala od wyciągów i oficjalnych tras. Rewelacja. Trzeba tylko uważać na miejscami wystające bryły lodowe. W nietypowych miejscach wiatr poodsłaniał ich fragmenty.  Na jednej z naszych tras budujemy skocznie. Później tego dnia udaje nam się odnaleźć jeszcze jedną, lepiej wyprofilowaną, dzięki czemu lepiej wybijającą.

Granica wiecznego śniegu

Z reguły powyżej linii wiecznego śniegu w ciągu dnia temperatura utrzymuje się nieco poniżej zera. Jeśli tylko pojawia się słonce temperatura automatycznie wzrasta, a refleksy świetlne odbijane przez śnieg stają się niebezpieczne. W takich warunkach rozsądny człowiek o jeździe bez kremu oraz gogli powinien od razu zapomnieć. Promienie słoneczne odbijają się od powierzchni śniegu, przez co są dużo bardziej intensywne niż nam się wydaje. Na snowboardzie jesteśmy już pełni wrażeń. Pora udać się do Wenecji.

Wenecja, czyli miasto na wodzie

We Włoszech przy pierwszej okazji zatrzymujemy się na mocne włoskie espresso. Czysta perfekcja, nic dodać nic ująć.  Na celowniku Morze Adriatyckie. Musze przyznać, że woda w morzu jest zdecydowanie za zimna, aby się w niej swobodnie wykąpać. Jednak przełamujemy się i tym sposobem udaje się doświadczyć  zmiany klimatu o dobre sto osiemdziesiąt stopni. Następnego dnia docieramy do Wenecji. Wększość uliczek stanowią tutaj kanały, którymi pływają gondole – inny wariant tych spotykanych w górach. Miasto posiada swój niepowtarzalny klimat, a to za sprawą wspomnianej sieci kanałów (niekiedy śmierdzących), ale naprawdę urokliwych. Szczególnie wieczorem. Do najciekawszych miejsc w Wenecji zdecydowanie należy zakwalifikować plac św. Marka (Piazza San Marco).  Samoczynnie plac ten stał się także głównym obiektem odwiedzanym przez turystów.Część budynków mieszkalnych nie posiada wyjścia na ulicę – można tam dotrzeć tylko łódką. Ciekawe, jak sobie radzą mieszkańcy, gdy zabraknie łódki, a trzeba iść na zakupy?

Angela, recepcjonistka z naszego hotelu

Zmieniając temat i lokalizacje, wynosimy się na włoską prowincję. Wystarczy lekko wychylić nos, aby dostrzec dużo sympatycznych Włoszek. A czasem nawet nie trzeba w ogóle nigdzie się wychylać. Nam najbardziej przypadła do gustu recepcjonistka z hotelu Angi o bardzo zmysłowym uśmiechu i unoszącym się, ale subtelnym akcencie, który nieodłącznie towarzyszył każdemu zdaniu jakie wypowiadała po angielsku. Bardzo miła i uczynna osoba. Poleca nam kilka ciekawych miejsc do zobaczenia w Fosso, typowej, włoskiej, małej mieścince, gdzie mieści się nasz hotel.

Ostatnim etapem naszej wycieczki jest wizyta w południowych Niemczech w rejonie Schwartzwald, tuż przy granicy szwajcarskiej nad jeziorem Bodensee. Dlaczego akurat to miejsce? No właśnie, tak się złożyło, że moja siostra Luiza akurat przebywa u niemieckiej rodziny w ramach wakacyjnego programu wymiany uczniów. Miejsce bardzo spokojne, panuje niezakłócony spokój i harmonia. W tej malowniczej okolicy znajduje się też bardzo pokaźne jezioro. Jakiś tydzień przed naszym przyjazdem, gdy Luiza ze znajomi z wymiany płynęła żaglówką po jeziorze, wezbrała się porywista wichura. W pewnym momencie łódka wywróciła się i wszyscy wylądowali w zimnej (poniżej 10˚C) wodzie . Na szczęście nikt nie ucierpiał i wszyscy się uratowali, a o wydarzeniu napisała lokalna prasa.

Wenecja

Podsumowując:

Na snowboardzie można jeździć cały rok. Jednak trzeba mieć odrobinę szczęścia, aby odbywało się to w idealnych warunkach. Alpy są warte uwagi snowboardzisty przez cały rok. Chociażby ze względu na potężne lodowce.

Lipiec 2004

Scroll To Top