Sącząc tereré w Paragwaju

Tereré w upalny dzień

Gran Chaco to druga najmniej dostępna część Ameryki Południowej (zaraz po dżungli amazońskiej). Przemierzam ten gigantyczny odludny obszar autobusem osobowo-przemytniczym. Autobus jest zdecydowanie przeładowany, panuje tłok, w każdym wolnym kącie poupychane są torby i walizki o nieznanej zawartości. Pasażerowie stoją kilkanaście godzin w ścisku. Dostrzegam cierpienie na twarzy otyłych kobiet z dziećmi i torbami na kolanach. W gorącym i dusznym powietrzu unosi się nietypowa mieszanka potu, smrodu pieluch i przestarzałego wnętrza autobusu. Po drodze przechodzimy kilka kontroli antynarkotykowych oraz zakręconą i powolną odprawę graniczną. W powietrzu wciąż unosi się omawiany smród pieluch. Po dwudziestu kolejnych godzinach jazdy przez pustkowie nasz wehikuł dojeżdża do Asuncion, stolicy Paragwaju.

Spójrz w około, a przynajmniej co druga osoba będzie miała przy sobie wielki termos oraz guampę z bombillą, czyli charakterystyczny kubek z metalową słomką. Po tym najłatwiej poznać, że jesteś w Paragwaju. To przyborniki do picia tereré, tutejszego narodowego napoju.

Tereré zostało wynalezione przez rdzenną ludność Guarani zamieszkującą dzisiejszy Paragwaj i zachodnią Brazylię. Przez wieki napój ten był nieodłącznym elementem życia społecznego. I nadal jest. Wychodząc z domu mieszkańcy z reguły napełniają swój termos lodowatą woda z dodatkiem ziół takich jak mięta lub trawa cytrynowa. Planując dłuższy wypad, większość z nich zamiast wody użyje lodu, a niekiedy głównym składnikiem będzie orzeźwiający sok z cytrusów.

Guampa tradycyjnie wykonana jest ze zwierzęcych rogów, najczęściej rogu woła lub byka, a bombilla to metalowa słomka z dziurkowanym filtrem na końcu. Guampa napełniana jest do około 2/3 suszonymi liśćmi yerba mate. Tak, to prawie ta sama mieszanka liści jak w przypadku przygotowywania gorącej mate, niezwykle popularnej w Argentynie. Następnie guampa zalewana jest zimną wodą z termosu. Gotowy napój pijemy wspólnie z grupą towarzyszących nam osób.

Tereré doskonale orzeźwia, to sposób na przetrwanie typowych 40-45°C upałów w Paragwaju. To zarazem ważny rytuał społeczny, jednoczący ze sobą ludzi, tworzący nowe znajomości i budujący wzajemne zaufanie. Widok dzieci, dorosłych i osób starszych w przeróżnych sytuacjach: siedzących, w autobusie, idących, prowadzących pojazd czy pracujących w sklepie ma zawsze cechę wspólną. Wszyscy popijają tereré. Podobnie wszechobecni są sprzedawcy lodu, ziół i niezbędnych akcesoriów.

Paragwajczycy słyną z ich długich, rozciągających się sjest, które nierzadko rozpoczynają się w okolicy południa, a trwają nieustannie nawet do zachodu słońca. Szczególną ostoją tej beztroskiej codzienności jest paragwajska prowincja.

Rozmowna dziewczynka na rowerze

Ybucuí to spokojna wioska, w której przyjaźni i gościnni ludzie chętnie nawiązują do rozmowy. Na szczęście w języku hiszpańskim. Rdzenny język Paragwaju to guarani, rozumiany przez 90% populacji.

Prawie wszyscy Paragwajczycy mówią po hiszpańsku, ale ciekawostką jest to, że dzieci uczą się guarani dopiero w wieku 5-6 lat. Starsze dzieci i dorośli, używają dwóch języków wymiennie. Prawie doskonała dwujęzyczność to dość niezwykłe zjawisko, przypuszczalnie unikatowe na skalę światową.

Zasiadam na ganku przypadkowej knajpy i rozpoczynam tradycyjną już, wieczorną grę w karty z moim przyjacielem. Podjeżdża do nas 4-letnia dziewczynka na rowerze, zatrzymuje się i zagaduje do rozmowy. Fantastyczne w języku hiszpańskim jest to, że w przeciwieństwie do kilku innych, nie mówiąc doskonale można z łatwością zrozumieć i być zrozumiałym. W pewnym momencie się zamyśliłem, a wesoła i śmiała dziewczynka spojrzała się na mnie z dołu zwracając moją uwagę, aby nagle podniesionym tonem spytać “Que te paso!?” (“Co z tobą się dzieje?”). Czasem sobie myślę, że niektóre dzieciaki potrafią być na prawdę zabawne (z całą pewnością niektóre).

O poranku ruszamy do parku narodowego Parque Nacional de Ybucuí, aby dotrzeć na wodospady, o których już od kilku dni marzymy smażąc się w bezlitosnym skwarze. Zaznajemy spokoju, kąpiel w rzece z chłodną orzeźwiającą wodą i naturalny masaż z wodospadu pozwalają zapomnieć o upale dającym się we znaki. Poznajemy przyjazną rodzinkę, podobnie jak my, biwakującą nad brzegiem rzeki. Zostajemy zaproszeni na asado, czyli wspólne grillowanie. Próbujemy carne de vacuno, niezwykle kruchego pieczonego mięsa wołowego, wieprzową kiełbaskę chorizo oraz morcilla mezclada, kiełbasę, której głównym składnikiem jest koagulowana krew wołowa.

Cały wieczór spędzamy rozmawiając przy ognisku. W międzyczasie pojawia się potwór z bagien, ale okazuje się, że to tylko gigantyczna ropucha, wielkości głowy dziecka. Robi się coraz spokojniej i ciszej, a gdy jest już zbyt późno, kładziemy się spać do namiotów. Tereré rzeczywiście sprzyja zawieraniu nowych znajomości.

Refleksje na temat świata

Moja krótka podróż przez Paragwaj przywołuje kilka refleksji. Odwiedzam Ciudad del Este.

Tama Itapiú, duma Paragwaju, widnieje na banknocie o nominale 100,000 guarani. Nowoczesne centrum dla odwiedzających zaprasza na bezpłatną prelekcję na temat elektrowni. Dowiaduję się, że ta olbrzymia elektrownia wodna, należąca po połowie do Paragwaju i Brazylii, zapewnia 80% energetycznego zapotrzebowania Paragwaju i blisko 23% potrzebnej energii dla Brazylii. Po seansie filmowym, razem z hordą turystów (zastanawiam się, skąd oni się wszyscy tutaj wzięli), wsiadamy w kilka wygodnych, klimatyzowanych autobusów, aby objechać i zobaczyć tą monstrualną, drugą największą tamę na świecie z bliska, zarówno od strony paragwajskiej i brazylijskiej. To gigantyczna, wieloletnia inwestycja finansowana z międzynarodowych funduszy. Mało który europejski kraj mógłby sobie pozwolić na podobną inwestycję.

Budowa tamy wymagała przesiedlenia około 10,000 rodzin żyjących wzdłuż zalewanej rzeki Paraná. Powstaje wysoka na 196 metrów, długa na prawie 8 km i o objętości 12.3 miliona m3 tama, która jest w stanie wyprodukować ponad 90 TWh energii rocznie, wystarczające, aby zapalić 171 milionów żarówek 60 watowych przez okres jednego roku. Koszt inwestycji, znacznie zawyżony przez marnotrawstwo, korupcje i łapówki, to prawie 20 miliardów dolarów.

Rozmawiamy tutaj o miliardach, ale tego samego poranka obserwowałem ludzi żyjących w jednej z bocznych uliczek w pobliżu dworca. Słyszałem płacz dzieci. Ktoś szedł rozpalić ognisko i zagotować butelkę wody na poranną herbatę. Rozstawione prowizoryczne foliowe namioty zamieszkują tutaj całe rodziny. Czyja to wina, że urodzone bezpośrednio na ulicy dzieci prawdopodobnie już tutaj zostaną i dadzą początek kolejnemu pokoleniu. Może to starsze pokolenie, nieodpowiedzialnie powiększające rodzinę? Może to skorumpowane i niedbałe państwo, zapominające o najbardziej potrzebujących? A może apodyktyczny kościół, uparcie forsujący swoje utopijne przekonania? A może to wina nas samych, obojętnych?

A może nie trzeba szukać winnych, przecież świat nigdy nie był sprawiedliwy.

luty 2012

terere