Rowerem przez Beskid Żywiecki


Rowerem przez Beskid Żywiecki


Pustynia Żywiecka

Idea wyjazdu jest prosta: pojeździć rowerem po górach. Poza tym wszystko niech odbywa się bez większego planu. Znajdziemy się tam, gdzie zaprowadzą nas górskie szlaki i poznamy te mieścinki, które znajdą się na naszej drodze. Najważniejsze jednak: zobaczyć coś nowego. Oczywiście wyjazd to także okazja na włączenie zdrowego trybu życia, czyli podreperowanie kondycji i nasycanie się pięknem natury. Natury, którą mamy niemalże na wyciągnięcie ręki. No to jedziemy.

Wybieramy się w czwórkę, to jest w składzie: ja, Mati, Tost i Pawełek. Z trudem, ale skutecznie udaje nam się upchać z czterema rowerami i pełnym ekwipunkiem do stosunkowo ciasnego Peugota 206.

Typowe zastosowanie takiego auta to jazda po mieście i robienie zakupów. Można jednak czasem zrobić wyjątek i czasem zebrać się na większą przejażdżkę. Wyjeżdżamy z Poznania dość późno, więc zatrzymujemy się jeszcze na noc we Wrocławiu. Kolejnego dnia kierując się na południowy-wschód  docieramy do Brennej. Jest to strategicznie położona mieścinka w południowej części województwa śląskiego. Strategicznie położona, ponieważ jak się okaże później, w zasięgu jednodniowej wycieczki znajdziemy wiele interesujących i wartych uwagi miejsc.

Malutka chatko-altanka ze studnią

Mieszkamy w malutkiej, ciemnej i ciasnej chatko-altance, udostępnionej po znajomości przez wujka Pawełka. Lokum to od razu zdobywa nasze uznanie. Z urządzeń elektrycznych – jedna działająca lampka oraz wysoko mrożąca (chcesz, nie chcesz: mrozi wszystko, w tym także pomidory!) lodówka. Wody bieżącej – brak. Jest studnia. To jedyne co nam pozostało zamiast prysznica. Zdobyte doświadczenie na naszej skromnej, trawiastej działce. Aby się wymyć w zimnej wodzie prosto ze studni (mającej około czterech stopni Celsjusza), najlepiej zastosować terapię szokową. Ktoś wylewa na ciebie wiadro zimnej wody. W myślach krzyk. To czas, aby się namydlić. Potem drugie wiadro do spłukania. Tym razem jest już łatwiej. I czyściej.

Nasz typowy rozkład dnia wyglądał tak: poranek nastawał


Na polanie pod drzewem

w momencie, gdy pojawiła się pierwsza zmotywowany ochotnik do obudzenia pozostałych. Pierwsza czynność to przejażdżka do pobliskiego sklepiku na poranne zakupy – świeże pieczywo, wędliny, pomidory. Na ogół, w trakcie krojenia pieczywa, miła sąsiadka udostępnia nam czajnik wrzątku. Dzięki temu pierwszy posiłek obfituje także w gorącą herbatę. W trakcie śniadania ustalamy trasę do pokonania na dany dzień i z reguły już przed dziewiątą jesteśmy w drodze. Nie sposób uniknąć kilku zagadnień logistycznych. Wybieramy takie szlaki, aby ograniczyć do minimum ilość powtarzanych tras. Staramy się każdego dnia zobaczyć coś nowego. Unikać ulic i nie podprowadzać roweru pod górkę. Z tym ostatnim był problem, bo jednak przeceniliśmy Beskid Żywiecki i  nachylenie tutejszych górskich ścieżek. Zdarzały się odcinki wyjątkowo intensywnie pnące się w stronę szczytu. Jak wiemy, efektywna jazda na rowerze dodatkowo zakłada minimalną potrzebę hamowania przy zjeździe z górki. Bijemy rekordy prędkości, udało mi się rozpędzić do ponad siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Wytracać energię? Nie ma sensu. Czasem jednak to jedyne rozwiązanie, aby uniknąć bliskiego spotkania z wyrośniętym dębem na zakręcie!

Mimo dużego wysiłku i zmęczenia, każda jedna z naszych wycieczek była warta zachodu. Wjeżdżamy na okoliczne szczyty, między innymi zdobywamy Czantorię, Klimczok oraz Skrzyczne. Po drodze odwiedzamy okoliczne miasteczka. Szczyrk, jeden z bardziej znanych w Polsce kurortów zimowych. Zarówno narciarskich jak i snowboardowych. Położona nieco dalej Wisła to kolejna klimatyczna miejscowość. Ciekawostka – stąd pochodzi nasz słynny skoczek Adam Małysz. Innego dnia odwiedzamy miejsce, gdzie ważone i rozlewane jest jedno z najbardziej cenionych i uznawanych polskich piw. Nazwa złocistego trunku zawdzięcza swoją nazwę miejscowości Żywiec.

Zupełnie po ciemku

    Okolice Żywca to bardzo malownicze tereny. Znajdziemy tu nietypowe jezioro – o tej porze roku (późne lato) jest na wpół zasuszone. Popękane, bagniste brzegi i woda ledwie widoczna gdzieś w oddali. Prawie jak na pustyni. To nasza najdalsza i jak się później okaże najdłuższa wycieczka. Mati z Pawełkiem pojechali nieco szybciej, więc wracam razem z Tostem. W drodze powrotnej zrobiło


Punkt widokowy w drodze na Klimczok

się zupełnie ciemno. Mało tego – skończyło nam się jedzenie (mieliśmy tylko kilka bananów i pół butelki wody). Co zrobić, gdy do pokonania są jeszcze dwa szczyty, a jesteśmy dopiero w połowie pierwszego? Nie sposób się cofnąć, a  idąc do przodu też nic nie widać. Co jakiś czas rozglądamy się i sprawdzamy, czy nie zboczyliśmy ze ścieżki. Dlaczego akurat dziś jest nów i zachmurzone niebo? Nic nie widać, totalnie nic nie widać! Czy ta ścieżka istnieje, czy my nią jeszcze idziemy i gdzie ona w ogóle jest?. Nie mam pojęcia w którą stronę się kierować. Mimo to staramy się iść pod górę, w nadziei, że znajdziemy tam jakiś nocleg.

Nie było lekko, ale po ciężkich zmaganiach pojawia się promyk nadziei. W okolicach szczytu (Skrzyczne 1257m) spotkaliśmy bacę z latarką, który na nasz widok rzekł „Oooo, ale wos noc dopodła!". Wskazał nam drogę prowadzącą do schroniska. Na miejscu zdajemy sobie sprawę, że nierealne byłoby dojechanie tego samego dnia aż do Brennej. Wymagałoby to wejścia i zejścia z jeszcze jednego szczytu całkowicie po omacku, wśród czyhających na ofiarę ostrych, nieregularnie porozrzucanych kamieni wielkości kuli do kręgli. Na miejscu, po odświeżeniu się (nazwijmy tak lekkie opłukanie się i wysuszenie mokrych od potu koszulek suszarką do rąk w toalecie), siadamy w saloniku na parterze strzechy. Jest baca, jest i paru innych turystów zagubionych tej nocy (celowo i niecelowo), z którymi szybko nawiązujemy kontakt i prowadzimy interesującą rozmowę. To niezapomniany wieczór pod znakiem regeneracji sił, sączenia zimnego piwa (na szczęście) i wysłuchiwania różnych, góralskich opowieści.

Kraków. Stolica Małopolski


Wykorzystanie bagażnika: idealnie na styk

Nazajutrz wracamy do Brennej. Na miejscu, w czwórkę, zgodnie stwierdzamy, że dziś jedziemy do Krakowa. Szybko się zbieramy i jedziemy do stolicy Małopolski. Warto dodać, że Kraków niegdyś pełnił funkcję stolicy Polski – i to kilkukrotnie, jednak po raz ostatni zaledwie do schyłku XVIII wieku.

Możliwe, że to częściowy zbieg okoliczności. Jakiś czas temu poznałem Ewelinę, sympatyczną dziewczynę, która mieszka w Krakowie. Zadzwoniłem z propozycją spotkania i umówiliśmy się wieczorem na Starym Rynku.

Mając Ewelinę za lokalnego przewodnika zwiedzanie nocnych zakamarków miasta nabiera innego wymiaru. Na pewno innego, niż gdyby to było obce miejsce. Poznajemy klimat miasta, architekturę i przepełnione, tętniące życiem lokale w okolicach Starego Miasta. Wstępujemy na piwo do kilku ciekawszych miejsc. Późniejszym wieczorem nasza znajoma niestety nas opuszcza. A my się gubimy, przepadamy w głębi wąskich uliczek. Pozornie. Gdziekolwiek jesteś w dużym mieście, zawsze można znaleźć coś ciekawego. W ostatnim odwiedzanym pubie trafiliśmy na stół z szachami. Po rozegranej nocnej partyjce zrobiło się na prawdę późno. Pora spać.

Następnego dnia poznawanie miasta zaczynamy od Sukiennic. Są liczne stoiska z produktami lokalnego rzemiosła i manufaktury. Wyroby tekstylne, porcelanowe, drewniane i metalowe. Różnorodne i kolorowe, pamiątki i figurki.  Na szczególną uwagę zasługują stoiska z szachami. Ile wzorów, rozmiarów, kolorów, styli, materiałów i technik wykonania! W dodatku, w przystępnej cenie. Spojrzałem i już wiedziałem. Taki drewniany, ręcznie rzeźbiony, masywny i solidny zestaw szachów to coś, czego od dawna potrzebowałem. A przy okazji: idealna pamiątka z Krakowa.  Ponownie spotkaliśmy się z Eweliną. Tym razem zaprowadziła nas do wielkiego Aqua Parku, gdzie spędziliśmy parę godzin ścigając się na różnych zjeżdżalniach. Większość uwagi oczywiście przypadło na najszybszą z nich, nazwaną Kamikaze. Totalny odlot, zdecydowanie polecam!

Podsumowując. Dużo pojeździliśmy na rowerach, w dodatku po naprawdę ciekawych terenach. Odwiedziliśmy też (po raz pierwszy!) urokliwy Kraków. Są miejsca, które często się pomija planując wakacje (a nawet się pomija w ogóle "myśląc" o wakacjach). Mam na to pewną teorię. Wyobraźmy sobie, że mamy coś pod ręką, dostępnego na zawołanie. Po co w ogóle sobie zawracać tym głowę, skoro zawsze będzie okazja, aby z tego skorzystać lub to zobaczyć. Ewelina oprowadzając nas po Zamku przyznała, że ostatnio widziała Wawel ponad osiem lat temu.

Wrzesień 2003