Przerwa na wyspie Ko Samet

Nowy dzień budzi się do życia

Zmęczony Bangkokiem postanawiam na kilka dni ewakuować się na wyspę Ko Samet. To ostatnia okazja złapać trochę lata przed powrotem do Europy. Szybko zdaję sobie sprawę, że znajduję się na linii frontu. To wyspa na której toczy się walka między nietkniętą i bezbronną przyrodą, a postępująca i bezlitosną masową turystyka, zabierająca coraz większe obszary naturalnego piękna.

Poświęcam cały dzień na przemierzenie wyspy wzdłuż przemieszczając się wschodnim brzegiem na południowy kraniec. Teren jest bardzo zróżnicowany. Piaszczyste rajskie plaże, gęsta dżungla w interiorze, przeróżne formacje skalne nad i pod wodą.

Korale, fale, ostre skały, niekończące się zaułki dzikiej wyspy przeplatane luksusowymi enklawami dla zachodnich turystów. Są ludzie, którzy spędzają wakacje właśnie tak, z ogłupiającym spojrzeniem sącząc drinka na plastikowym leżaku. Zupełnie bez pomysłu, że kawałek dalej jest dzika wyspa, skały i fantastyczne tereny.

Po intensywnym wysiłku od świtu do wczesnego popołudnia osiągam cypel na południowym krańcu. Wspinam się na punkt widokowy i podziwiając całą zatokę, wypatruję kolejnych miejsc do nurkowania na zachodnim brzegu wyspy.

To trudny i wyczerpujący teren. Wchodzę do wody i ze względu na niedostępne, skaliste wybrzeże, muszę pozostać w wodzie przez kolejne półtorej kilometra, okazyjnie chwytając się korzeni drzew i ostrych skał wymagających wspinaczki. Po godzinie udaje mi się wrócić na ląd. Idę boso po ostrych, drobnych kamieniach. W pełni wykończony śpieszę się, by zdążyć przed zmrokiem. Udaje się to na styk. Zdecydowanie źle oszacowałem trudność tej wyprawy. Szczególnie uwzględniając zaledwie 1 butelkę wody na osiem godzin tropikalnego słońca. Powrót po ciemku byłby nie tyle utrudniony, co ze względu na trudny teren, praktycznie nie możliwy.

O poranku wracam do parnego Bangkoku po moją zamówioną pamiątkę z Azji. Pozostaję jeszcze kilka dni i wspominam cały wyjazd. To były wspaniałe dwa miesiące pełne wrażeń. Po całonocnym oczekiwaniu na przesiadkę w Katarze, ląduję w sparaliżowanym nagłym opadem śniegu Berlinie. A to sprawia, że w ciągu zaledwie 2 dni z środka lata przeniosłem się w sam środek zimy, tym sprytnym sposobem omijając nudną i deszczową jesień. Pora rozpocząć sezon zimowy w Austrii!

th ko samet