Praca w piekle

 

Praca w piekle

Szesnastoletni górnik w Potosí, Boliwia

Prawie pięć kilometrów nad poziomem morza zobaczyłem piekło. Warunki pracy i poziom bezpieczeństwa boliwijskich górników sprawia, że kopalna Cerro de Potosí to jedno z tych miejsc na świecie, gdzie bezpośrednią konsekwencją podjęcia pracy jest utrata zdrowia. To nie klimatyzowane pomieszczenie, ale 40 stopniowy zaduch i ciasne, wąskie korytarze wypełnione szkodliwymi gazami i pyłami. To nieustanna praca w środowisku, w którym łatwo zemdleć i nabawić się przewlekłych chorób. Górnicy z Potosi nie narzekają na swój los i odnoszą się z szacunkiem do swojego zajęcia. Nie myślą o tym, czy po śmierci pójdą do nieba, bo już za życia doskonale poznali piekło.

Kopalnię Cerro de Potosí odwiedzam razem z przewodnikiem, niegdyś lokalnym górnikiem. Po drodze zatrzymujemy się w sklepie z dynamitem i innymi niezbędnymi akcesoriami do pracy w kopalni. Zaopatrujemy się w drobne podarunki dla spotykanych górników, w tym także liście koki (dodające energii), wodę i soki (gaszące pragnienie).

Odwiedzamy zakład z przemysłowymi maszynami do ekstrahowania rudy i pozyskiwania czystych metali. To pracochłonny proces, ale nawet w panujących tutaj stosunkowo spartańskich warunkach, poddany jest znacznej automatyzacji.

Przed wejściem do kopalni przewodnik uprzedza, że górnicy nie używają zwrotów takich jak „buenos dias”, „gracias”, czy „por favor”, lecz zasób ich słów bardziej pokrywa się ze zwrotami używanymi przez kierowców ciężarówek i murarzy. Przekonuję się, że to prawda w momencie napotkania pierwszych górników transportujących wózkiem worki rudy wzdłuż wąskiego tunelu.

Każdy z górników szuka tutaj swojego szczęścia. A owe szczęście w tym przypadku przybiera postać czystego złota i czystego srebra. Podkreślając to dążenie do poszukiwania czystych minerałów, dodam, że to także element tutejszych wierzeń.

Z tego względu w ostatni i pierwszy piątek miesiąca górnicy spotykają się przy (swoją drogą, niezwykle paskudnym) pomniku El Tio – boga kopalń. Obdarowują go papierosami, liśćmi koki i czystym alkoholem (97%), który sami też piją, bo zgodnie z wierzeniem, jaki alkohol pijesz, takie złoża znajdziesz. Nie pijąc czystego alkoholu, nie oczekuj żyły złota. Przyznam, że przez moje gardło ledwo przechodzi skromny łyk tego trunku, a gdy już myślę, że mam to za sobą, przewodnik mówi „Górnicy nigdy nie piją tylko raz. Pomóżmy więc im i wypijmy po raz kolejny za znaleziska”. Moja krtań cierpi w płomieniach.

Inne z wierzeń mówi, że kobiety nie mogą zostać dopuszczone do pracy w kopalni, bo „pachamama” (matka natura) zrobiłaby się zazdrosna i nie dałaby górnikom dostępu do złóż.

Ścieżka kariery

Wąskie korytarze Cerro de Potosí

Świeżo upieczony górnik, często jeszcze 14- lub 15-letni chłopiec przez pierwszy rok pracuje jako pomocnik. W zamian otrzymuje małe wynagrodzenie, lecz oddaje wszystkie znaleziska swojemu mistrzowi. W drugim roku oddaje 50% kopaliny, a zysk ze sprzedaży pozostałej połowy ląduje w jego kieszeni. W trzecim roku, z reguły, zdobywający doświadczenie górnik dokonuje kilku inwestycji, nabywa niezbędny sprzęt, dynamit, mistrzowi oddaje już tylko 15%, a zdecydowana większość tworzy jego zysk. Górnicy z czteroletnim doświadczeniem pracują w pełni na własny rachunek, wówczas średnie zarobki kształtują się na poziomie 3000 Bs, czyli około 350 euro.

Pytanie, czy to właściwe miesięczne wynagrodzenie za dwanaście godzin ciężkie pracy w tak trudnych i szkodliwych dla zdrowia warunkach.

Potosi to jedno z najwyżej położonych miast na świecie (średnia wysokość 4090 m), a kopalnia znajduje się w górze Cerro de Potosí (4824 m). Czasem określana mianem Cerro Rico („bogata góra”), ze względu, że historycznie opisywana była jako góra złożona z rudy srebra. Wydobywane srebro było przewożone z pomocą lam i mułów do portów, skąd ku Europie transportowała je hiszpańska flota.

Założone w 1546 roku Potosi, początkowo jako osada górnicza, szybko stało się jednym z najbogatszych i najlepiej prosperujących miast na świecie, z czasem również jednym z największych, o populacji przekraczającej 200,000 mieszkańców.

Według oficjalnych danych, w latach świetności wydobyto tutaj 41,000 ton czystego srebra.

Cena życia

Hiszpanie wprowadzili pojęcie mity. Siłę roboczą stanowili Indianie, rodzima ludność tego rejonu. W ramach mity obowiązkiem każdej wioski indiańskiej było dostarczenie rąk do pracy w kopalniach i wielkich gospodarstwach rolnych na okres jednego roku. Średnio był to co trzynasty zdrowy dorosły mężczyzna.

Uzyskani przymusowi pracownicy wykonywali najtrudniejszą pracę, czyli transport rudy z miejsca wydobycia do wylotu kopalni. Miliony istnień ludzkich zostały utracone w skutek wykończenia fizycznego, zatruć szkodliwymi gazami, a także zatruć rtęcią, używaną do ekstrakcji metalu z rudy. Hiszpania na tym nie spoczęła.

Aby zrekompensować wymierającą siłę roboczą, wydano dekret sprowadzenia kilkudziesięciu tysięcy afrykańskich niewolników. Ta sama praca wykonywana była również przez muły, które umierały po kilku miesiącach z wykończenia. Z czasem każde cztery muły zastąpiono dwudziestoma Afrykańskimi niewolnikami. Ci niekiedy pracowali non-stop przeszło 48 godzin i nawet popełniali samobójstwa, aby ich dzieci nie musiały dzielić tego samego losu.

Kilkaset lat później, czyli do dnia dzisiejszego włącznie, niewiele się zmieniło. Większość pracy wykonywana jest ręcznie, górnicy są nieustannie narażeni na szkodliwe gazy i pyły, dużo z nich już po kilku latach pracy choruje na pylicę płuc.

Dzisiaj jest razem z nami dziewczyna z Argentyny, która już po 20 minutach przebywania w kopalni osłabła i prawie zemdlała. Przemierzając wąskie korytarze wielokrotnie kaszlę tym ciężkim powietrzem. Trudno mi sobie wyobrazić przebywanie w tym miejscu – codziennie – przez kilkanaście godzin, wykonując tę cholernie ciężką pracę.

Niektóre źródła podają, że przeciętna długość życia boliwijskiego górnika to 40 lat. Rocznie w kopalniach w Potosi z powodu eksplozji, osunięć lub zatruć ginie 30 osób. Ciągłe niebezpieczeństwo to ryzyko zawalenia się niezabezpieczonych ścian i praca na wysokości (4800 metrów!), która oznacza ograniczoną ilość tlenu, a to potęguje podatność organizmu na szkodliwy pył, trujące gazy.

To nie średniowiecze, ale XXI wiek. Dokładnie tak może wyglądać początek kariery 14-letniego chłopca. Pora zastanowić się, co możemy powiedzieć Europejczykowi narzekającemu na swoją pracę. Czy rzeczywiście jest aż tak źle? Może warto zdjąć na moment koszulę w modną kratkę i przepracować godzinę w podobnym miejscu, aby docenić ten niedziałający ekspres do kawy i niekiedy nudne gapienie się w słupki i cyferki?

luty 2012

potosi