Powrót z dalekiej północy

 

Powrót z dalekiej północy

Kavringtinden (1289m), Lyngsalpene

To już kolejna przygoda z yellow busem, który dotarł na skraj Portugalii, spędził norweską zimę w temperaturze -40°C, a tym razem dojechał kilkaset kilometrów na północ od koła podbiegunowego. Spędzam parę dni w Tromsø ze znajomymi i poznając uroki miasta, określanego jako “Paryż Północy”, oczekuję przylotu Matiego, mojego towarzysza podróży. Mamy do pokonania prawie 4000 kilometrów. Przypuszczam, że jesteśmy dobrze na to przygotowani. Posiadamy potrzebny sprzęt i zaopatrzenie, które pozwolą nam przetrwać kilka tygodni w warunkach, jakie panują na dalekiej północy.

Na dobry początek jedziemy do Lyngen, czyli rejonu znanego również jako Alpy Północne. Moim głównym zamiarem jest przyjechać tu kiedyś zimą, aby poszaleć na snowboardzie i telemarkach, ale myślę, że warto również zobaczyć to miejsce późnym latem.

Upatrzyliśmy już projekt dzisiejszej trasy. Wspinamy się na Kavringtinden (1289m), przechodzimy dalej do Kvalvitfjellet i obserwując rzeźbę terenu, zamiast schodzić w dół, postanawiamy wykonać olbrzymią pętlę po szczytach gór. W rzeczywistości pętla okazuje się dużo większa niż sądziliśmy, a nasze czekolady, batony i chałwa, czyli pozornie nadprogramowy zapas energii, kończą się zdecydowanie przed czasem. Wykończeni energicznie, mamy przynajmniej dostęp do krystalicznie czystej wody, spływającej z lodowców do górskich jezior.

Cały czas towarzyszy nam otwarta przestrzeń, surowy, subarktyczny klimat i widok na coraz to dalsze, zaśnieżone pasma gór. To miejsca zupełnie nie tknięte działalnością człowieka. Łatwo tutaj przepaść, kompletnie się zaszyć. Można też zauważyć, że góry są już dość spracowane, stare i rozsypujące się. Lyngsalpene to jedne z najstarszych gór Europy.

Z naszej planowanej kilkugodzinnej trasy powstaje intensywna, dziesięciogodzinna wędrówka z elementami wspinaczki. W górskim terenie pokonujemy ponad 23 kilometry, spalając 4,500 kCal.

Opuszczamy koło podbiegunowe

Każdego dnia postanawiamy nocować w innym, odosobnionym miejscu i w miarę możliwości nad wodą. W ten sposób codziennie odnajdujemy nowe scenerie, a każda z nich jest wyjątkowa, bo tworzy odmienny nastrój ze względu na zmieniające się fiordy, rzeki, wodospady, jeziora, roślinność i góry.

Wstajemy o poranku i przygotowujemy śniadanie. W zależności od miejsc, do których trafimy, pokonamy więcej kilometrów busem lub nieco zwolnimy, poświęcając więcej czasu na górskie szlaki, wędrówki i rozkoszowanie się norweską przyrodą.

Przerwa techniczno-obiadowa

Pod wieczór przygotowujemy improwizowany obiad, często znajdujemy na szlaku grzyby, które w zależności od ilości, stają się dodatkiem, przystawką lub daniem głównym. Mamy cały zapas sosów, makaronu, przypraw, mięsa, co daje wiele potencjalnych kombinacji przyrządzenia potraw na jednym palniku w trzech garnkach. A planując nawet obiad na dwa dni i tak z reguły zjadamy to za jednym razem. To przez te tysiące kalorii wytracane w ciągu dnia na chodzenie po górach.

Z dnia na dzień, przemieszczamy się na południe, a gdy coś przykuje naszą uwagę, zatrzymujemy się i poznajemy bliżej to miejsce. To niewątpliwa zaleta Norwegii, że bez jakiegokolwiek planu miłośnik przyrody zawsze znajdzie coś ciekawego.

Pogoda z reguły nam sprzyja, ale to nie ona decyduje o naszych planach. Mając przed sobą ciekawą trasę nie rezygnujemy, tylko idziemy w deszczu. Ubrania zawsze wyschną, jak nie jutro to kolejnego dnia. Stąd też wynika potrzeba częstych przerw technicznych, które jednocześnie stają się przerwami obiadowymi.

Prysznic na stacji benzynowej to z jednej strony luksus, ale lepiej zapada w pamięć okazja, aby wykąpać się w jeziorze lub wejść do rzeki o temperaturze 7ºC. Do wszystkiego da się przyzwyczaić lub znaleźć na to rozwiązanie. W tym wypadku najlepsza metoda to bezpośrednio po intensywnym wysiłku, niech będzie to pół godzinny bieg, zacisnąć zęby i od razu wskoczyć do lodowatej wody.

Około dwa tysiące kilometrów przed metą (czyli w połowie drogi) tłumik zaczyna wydawać podejrzany dźwięk. Naprawiamy go przy pomocy taśmy i aluminiowej puszki po piwie, ale z czasem i to nie pomaga, robi się coraz głośniej. Przerdzewiałe pęknięcie jest już na tyle duże, że środkowa część tłumika po dotknięciu ręką – odpada. Zrzucamy więc niepotrzebny balast.

Przejeżdżamy przez Lofoty – tyle razy słyszałem tą nazwę, więc może to moje wygórowane oczekiwania, albo po prostu każdy inny fragment Norwegii jest bardziej interesujący.

Gålå po raz drugi

Tak na prawdę, to co najciekawsze w Norwegii, to daleka północ. Opuszczając koło podbiegunowe i jadąc dalej na południe, przez pewien czas krajobraz staje się dość monotonny, ale już w Oppland i cały czas dalej w stronę południowego zachodu można spędzić cały dzień w dowolnie wybranym, przypadkowym miejscu po drodze.

Tereny są niesamowite, zupełnie baśniowe! Domy z drewna lub grubych bali, dachy pokryte mchem, porośnięte trawą. Totalna dzicz i podobnie jak żyjący tutaj ludzie, swoim powolnym życiem. Mleczarze, krowy, owce! Kanki z mlekiem! To esencja norweskiej tradycji.

Z wielkim sentymentem i podekscytowaniem odwiedzam Gålå, miejsce na zboczu doliny Gudbrandsdal, gdzie spędziłem zimę pracując między innymi jako instruktor snowboardu. Zatrzymujemy się u mojego byłego szefa Jakoba. Późnym latem, to przeurocze miejsce wygląda zupełnie inaczej, niż pokryte śniegiem w sezonie zimowym. Jakob pożycza nam rowery i w ciągu dnia przejeżdżamy rundkę wokół góry Valsfjlellet. To niesamowite zobaczyć dokładnie te same tereny, które półtora roku temu nieustannie pokonywałem na nartach biegowych w trakcie zaśnieżonej zimy.

A korzystając z okazji kupuję klasyczny zestaw do telemarków – przyda się na następny sezon.

Kjeragbolten, czyli Kamyczek

W poszukiwaniu natchnienia 1000 metrów (lub 25 sekund) nad Lysefjorden

Przejeżdżamy przez kolejne malownicze tereny: Buskerud, Telemark, Aust-Adgder i dojeżdżamy do Rogaland Fylke . Nasz cel to Lysefjorden. To chyba jedyne planowe miejsce, które chcieliśmy zobaczyć od samego początku wyprawy.

Kjeragbolten to głaz, który z niewyjaśnionych przyczyn utknął pomiędzy dwoma ścianami fiordu. Jest to o tyle niezwykłe zjawisko, że wejście na ten spektakularny kamień jest stosunkowo bezpieczne i nie wymaga żadnego dodatkowego sprzętu. Jednak widok i świadomość, że moment nieuwagi oznacza około 25 sekundowy spadek swobodny z 1000 metrów pozwala poczuć dreszcz emocji i adrenalinę.

Jesteśmy tutaj w pochmurny, śliski i wietrzny dzień. Robię pierwsze podejście podpierając się rękoma i zaczynam się trząść ze strachu. Wycofuję się, czekam pół minuty i ochłonąwszy myślę: “drugie podejście musi się udać” – w rzeczywistości to tylko psychologiczny strach, ale udaje się go pokonać.

Nagle schodzi gęsta mgła i robi się coraz ciemniej. Błądząc po płaskowyżu natrafiamy na mnóstwo szczelin, niebezpiecznych uskoków, ślepych zaułków, niespodziewanych wyrw i stromych, często śliskich powierzchni.

Gubimy się w drodze powrotnej i tylko za sprawą nawigacji udaje się z wielkim trudem odnaleźć drogę, którą tutaj przyszliśmy. Przypuszczam, że idąc w pogodny dzień wytyczonym szlakiem (którym my szliśmy tylko przez część trasy) to zupełnie inna przygoda. Dla odmiany postanowiliśmy dodać odrobinę improwizacji i z tego względu, chyba właśnie wyprawa na “kamyczka” stanie się doświadczeniem, które najbardziej zapadnie mi w pamięć z całego wyjazdu.

Przemoczeni, w błocie po kolana, wyziębieni i z ulgą na sercu, że udało się trafić do bazy po ciemku, znajdujemy pobliski wodospad i tuż przed snem wypijamy rewelacyjnie smakujące zwycięskie piwo domowej produkcji.

O poranku dojeżdżamy do Kristiansand, wsiadamy na ekspresowy prom do Hirtshals i po dwóch godzinach jesteśmy w Danii. Zatrzymujemy się w Odense u Lasse i Rie, znajomych, z którymi pracowałem w Gålå.

Ostatnie kilkaset kilometrów do celu prowadzą nas duńskie i niemieckie dwupasmowe autostrady, na których ze względu na duże prędkości, nie sposób zagłuszyć muzyką przypominający o sobie brak tłumika. Włącza się tęsknota do krętych, wąskich i stromych norweskich bezdroży.

wrzesień 2011

back