Portugalska odyseja

 

Portugalska odyseja


Sanktuarium na mrocznym przylądku Cabo Espichel

Pokonujemy kręte górskie ścieżki w porośniętym bujną roślinnością parku Serra Da Arràbida. O zmroku dojeżdżamy na pełen grozy przylądek Cabo Espichel. W ciężkiej, mokrej mgle ukazują się zarysy opuszczonych zabudowań. To kultowe miejsce pielgrzymek i powstałych na przestrzeni wieków legend. Zmysły rejestrują tylko przytłumione światło latarni morskiej i psychodeliczne, przenikliwie donośne sygnały sygnalizatora mgłowego. Samotnie, w bezkresie nocy sceneria ta przyprawia o gęsią skórkę.

Nad ranem mgła się utrzymuje, ale wkrótce pogoda się poprawia i powietrze staje się klarowne. Naszym oczom ukazuje się kompleks sakralny usytuowany tuż nad stromym klifem zatopionym w Oceanie Atlantyckim.

Budzi się kolejny dzień, sprzedawca pamiątek rozkłada kram i pojawia się kilku rowerzystów. Zastanawiam się, jak takie przyjemne miejsce mogło kiedykolwiek wzbudzić uczucie grozy. Przechadzamy się kredową drogą, dochodzimy tuż nad skaliste wybrzeże i podziwiamy fale roztrzaskujące się z impetem o potężny klif.

Kolebka demokracji

Odwiedzamy dwór w Sesimbrze. Można tu zauważyć szczątki zamku, siedzibę alkada, cmentarz, targowisko, część mieszkalną i wielki zbiornik wodny na wypadek oblężenia. Wszystko daje wyobrażenie o tym, jak żyli tutaj ludzie kilkaset lat temu.

Król Sancho I ustanowił spis praw i obowiązków dla nowych osadników w Sesimbrze już w roku 1201, czyli krótko po odzyskaniu Portugalii z rąk arabskich.


Czas wolny w parku Serra Da Arràbida

Ustalono potrzebny nowej cywilizacji kodeks karny, gwarantujący ukaranie tego kto dopuści się morderstwa, kradzieży, gwałtu czy porwania. ‚Kto posiądzie bądź ukradnie cudze bydło, zapłaci królowi 60 solidi i dwukrotną wielkość straty właścicielowi’. Uformowano również przepisy celne dotyczące dóbr nie wyprodukowanych przez mieszkańców Sesimbry. Stworzony w ten sposób system porządku funkcjonował przez stulecia, a ciągłe jego ulepszanie i stosowanie nowych praw stanowi protoplast dzisiejszych ustrojów monarchicznych i demokratycznych.

Sintra to położone na wzgórzu kolejne zabytkowe miasto. Spacerujemy górską ścieżką Caminho de Santa Maria prowadzącą do zamku Castelo dos Mouros. Mijamy liczne fortyfikacje, ukryte przejścia w gęstwinie lasu, kamienne mury i schody. Będąc tutaj łatwo odnieść wrażenie podróży w czasie do epoki średniowiecza. Zamek pełnił istotną funkcję strategiczną, a dzięki licznym punktom obronnym dorobił się plakietki „nie do zdobycia„. Zapas wody sięgający nawet tysiąca metrów sześciennych zapewniał samowystarczalność zamku na długi okres oblężniczy.

Baśniowe Óbidos

Wjeżdżając do Óbidos pierwsze co rzuca się w oczy to zabytkowy akwedukt z 1575 roku . Przydatna konstrukcja ma ponad dziesięć kilometrów długości (z czego około pięć kilometrów znajduje się pod ziemią). Akwedukt prowadzi z ujęcia w Usseira aż do fontanny na Plaza de Santa Maria w centrum miasta.


Pousada do Castelo, portugalski luksusowy hotel

Zamek wraz z pokaźnym dworem otoczone są potężnymi murami obronnym wykonanymi z lokalnie dostępnych materiałów: piaskowca i marmuru. Przechadzamy się wąską ścieżką po górnej części fortyfikacji, aby zobaczyć zarys miasta. Na murach w wielu miejscach brakuje kamieni, trzeba wówczas wykonać większy krok, a na zwężeniach i przy blankach w momencie podmuchu silnego wiatru dobrze zachować dodatkową ostrożność. Niektóre odcinki znajdują się kilkanaście metrów nad ziemią, a przejście ma szerokość półtorej długości łokcia.

W Óbidos zachwycają uliczki wysadzane dużymi kamieniami oraz intensywnie niebieskie, bordowe i kremowo żółte fasady porośnięte różowymi kwiatami i pnączami.. Na ścianach domostw umieszczane są oryginalne, ręcznie ilustrowane kafelki.

Miasto to jest zdecydowanie popularne wśród odwiedzających Portugalię, ale mieszkańcom specjalnie nie zależy na obecności turystów. Doskonale zachowała się tutaj atmosfera rycerskiego dworu, w którego murach kryje się wiele tajemnic. Ponury deszcz w Óbidos potęguje tutaj baśniowy, średniowieczny klimat.

Alcobaça

Nie wszystkie drzwi są wystarczająco wysokie

Pierwsi mieszkańcy Alcobaça osiedlali się w dolinach rzek Alcoa i Baça, skąd też dzisiejsze miasto zawdzięcza swoją nazwę. Mosteiro de Alcobaça to cysterski monaster postawiony w XII wieku za czasów pierwszego króla Portugalii. Konstrukcja wnętrza jest bardzo prosta, w większości to surowe, przestrzenne komnaty zamieszkałe niegdyś przez mnichów. Długość 220 metrów zapewnia monumentowi status największego kościoła w kraju.

Wieczorny spacer. Szkliste od siąpiącego deszczu chodniki odbijają światło ciepłych pomarańczowych latarni miejskich. Ścisłe centrum jest zadbane, ulice i ganki przed wejściem do lokali posprzątane i wyczyszczone. Postawiony w tym miejscu nigdy bym nie podejrzewał, że znajduję się w Portugalii. Szukam więc akcentu portugalskości poza centrum.

Wchodzę do baru prowadzonego od kilku pokoleń przez tą samą rodzinę. Za przeszklonym kontuarem z ekspozycją domowego wyrobu serów znajduje się serdecznie uśmiechnięta, nieco otyła kobieta w średnim wieku. Zachęca do wypicia popularnego w całej Portugalii piwa Sagres. Zasiadam na plastikowym krześle przy drewnianym stoliku. Pod sufitem zawieszony jest telewizor kineskopowy, toaleta znajduje się na dole, razem z sala bilardowa porośniętą pajęczyną  i dodatkowym pomieszczeniem na przyjęcia okolicznościowe. Ale dzisiaj jestem tu jedynym gościem.

Inne przygodne zakątki


Minimalistyczne wnętrze Mosteiro de Alcobaça

Podróż bez konkretnego planu jest najbardziej elektryzująca. Mijamy kolekcję ustawionych w rzędzie zabytkowych busów. Przecieram oczy i patrzę jeszcze raz. To stadko volkswagenów T1 i T2 produkowanych w latach 1949 – 1979. Zawracamy. Cieszące się bardzo dobrą opinią legendarne hippi-busy dziś niestety mają raczej wartości sentymentalną niż użytkową. Ze względu na ich wiek, koszty utrzymania stają się większym wydatkiem niż kupno jednego z godnych następców nieśmiertelnych ogórków.

Mijamy malownicze, pełne spokoju wioski poprzeplatane winnicami i drzewami oliwkowymi. Listopad to pora wczesnych zbiorów oliwek zielonych, które zostawione na drzewie nabrałyby czarnego koloru. Obserwuję całe rodziny pracujące w polu do późnego popołudnia przy ich zbiorze. To zajmujące i jednoczące zajęcie na ciepłą listopadową jesień.

Przygodne boczne drogi prowadzą nas w stronę jaskiń. Pierwszy fragment jaskini Grutas de Alvados został odkryty 100 lat temu. Od tamtej pory miejsce to stanowiło schronienie dla pasterzy zaskoczonych przez nagłe załamania pogodowe. W roku 1964 kilku pracowników kamieniołomu Serra dos Candeeiros zostało zaskoczonych przez dziwny dźwięk kamieni wpadających w małą szczelinę. Zauważono, że mija duży odstęp czasu do momentu uderzenia o dno. Grupa śmiałków przy wzajemnej asekuracji opuściła się wraz z latarkami do wnętrza tajemniczej pieczary.

W ten sposób odkryto drugą, znacznie większą część jaskini. Setka ludzi pracowała przez dwa lata, aby połączyć oddzielone komnaty i udrożnić tunele. Wnętrze jaskiń zostało zagospodarowane, a rozsądnie umieszczone instalacje oświetleniowe podkreślają naturalne piękno wnętrza.

Osad ze skał wapiennych formuje podziemne formacje skalne. Podziwiamy stalaktyty i stalagmity, które niekiedy w konsekwencji przyrostu 1 cm na 100 lat tworzą stalagnaty. W odwiedzanej jaskini jedynym endemicznym źródłem wody jest deszczówka, która przepływając przez różne warstwy skalne zabiera łączące się z nią pierwiastki i minerały. Uzyskany w ten sposób skład determinuje kolorystykę, wytrzymałość i układ warstw powstających formacji skalnych.


Grutas de Alvados

Na naszym szlaku pojawia się wpisany na listę UNESCO klasztor Santa Maria da Vitória w Batalhi. To kolejna imponująca budowla. Łuk potężnego portalu wejściowego ozdobiony został 78 ręcznie rzeźbionymi statuami królów, świętych i proroków. Zadziwia precyzja i jakość wykonanych detali do złudzenia przypominająca rzeźby ścienne z arabskiego zamku la Alhambra w Granadzie.

Połowa listopada niesie za sobą silną falę deszczu. Odwiedzamy San Sebastian, miasto w kraju Basków inspirująco opisywane przez Ernesta Hemingway’a w książce Słońce też wschodzi. Szczerze przyznam, że liczyłem na surfing w tej mekce północnego półwyspu Iberyjskiego, ale pogoda zdecydowanie nie przemawia nawet za wchodzeniem do zimnej wody. Przyznaję, że fale w południowym Algarve zdecydowanie mnie pod tym względem rozpuściły.


Cabo Espichel

listopad 2009