Poranny pociąg do Hsipaw

Przypadek chciał, że dojechałem do Mandalay o 3 nad ranem. Co można zrobić o tej godzinie? Chyba tylko stąd uciec. Wsiadam z moim plecakiem na moto-taksówkę. W ciemności nocy przemierzamy gigantyczne miasto w kierunku stacji kolejowej. Ku mojemu zdziwieniu już o tej godzinie panuje tu wielki chaos. Około 70 Birmańczyków stoi przy jednej kasie. Grzecznie ustawiam się za nimi, naiwnie wierząc, że 15 minut przed odjazdem pociągu wystarczy by kupić bilet.

Patrzy na mnie młoda dziewczyna i w pewnym momencie mnie chwyta, ustawia przed inną kasą, budzi kasjera i coś do niego mówi. Tym cudem po 5 minutach mam w ręku bilet. Koszt: 1700 kyatów, czyli niecałe pięć złotych. Co prawda dystans 100 kilometrów nie jest imponujący, ale czas na jego pokonanie, 12 godzin, już zdecydowanie robi wrażenie. W przeliczeniu na godziny jazdy to najtańszy przejazd pociągiem w moim życiu.

Zarówno pociąg jak i sama podróż nim to niespotykane zjawiska. Pasażerowie przewożą masywne ładunki, zestawy bagaży, worków, koszy i domowej produkcji „opakowań”, po których muszą stąpać kontrolerzy, a także wsiadający, wysiadający i idący do toalety towarzysze podróży.

Pokonujemy rozległe wyżyny i spokojnie sięgające po horyzont doliny. Tory prowadzą przez dżunglę, czasem przez tunel wydrążony w skałach, tuż nad skarpą albo przez historyczny wiadukt. To Goteik Viaduct, wysoki na ponad 100 metrów i długi na 750 metrów, wybudowany w 1901 jest drugim najwyższym mostem kolejowym na świecie. To chybotliwa konstrukcja, niedawno odnawiana, ale mimo wszystko pociąg zwalnia na czas przejazdu do tempa pieszego.

Jednym z zapadających mi w pamięć widoków jest dwójka chłopców pędząca za zwalniającym pociągiem w małej wiosce po drodze. W ręku mają 3 litrowy baniak z wodą i kubek. Sprzedają w ten sposób wodę siedzącym w pociągu pasażerom. Pociąg za chwilę ruszy, więc chłopiec napełnia czyjąś butelkę, w pośpiechu wylewając 90% wody na trawę, aby zdążyć podać ją przez okno i zarobić równowartość 10 centów. A kolejny pociąg będzie tu dopiero za 24 godziny.

Dotarłszy do Hsipaw

Zatrzymuję się w Yee Shin Guesthouse i wykorzystuję okazję, aby wyprać wszystkie ubrania jakie posiadam.

Udaje mi się wstać przed piątą rano, aby zobaczyć poranny market. Mieszkańcy okolicznych wiosek handlują świeżymi warzywami, ryżem, mięsem i przyprawami, jest też kilka stoisk z szarańczą i robakami.




Po śniadaniu wypożyczam motor, rzekomo o pojemności 1500cc, zarówno silnik maszyny jak i jej marka – Hong Ga – brzmią ciekawie. Nie wiem czy ktokolwiek coś takiego słyszał. Eksploruję okoliczne wioski zamieszkałe przez plemiona Shan. To rejon pracowitych ludzi, trudniących się tradycyjnym rzemiosłem.

Młody chłopak sprzedaje bambusowe, starannie impregnowane kapelusze. Kawałek dalej w domowych warunkach odbywa się produkcja jedwabiu z wykorzystaniem prostych narzędzi i drewnianych ramek do suszenia materiału na słońcu. W okolicy produkuje się również longyi, świece czy makaron ryżowy.

Wizyta w banku

Do nie dawna w Myanmarze używano tylko gotówki. Konta bankowe, bankomaty, karty i przelewy to nowość. Zmiany zachodzą, ale stopniowo. Standardowym widokiem po wejściu do banku są stosy pieniędzy – widoczne tuż za ladą. Tłum młodych pracowników nieustannie je przelicza, sprawdza i księguje. W mieście nie ma ani jednego bankomatu – według przewodnika Lonely Planet. Jednak wczoraj w nocy byłem światkiem historycznego wydarzenia. Przywieźli bankomat i będą go montować tuż obok mojego hotelu. Dziura w ścianie już jest, więc możliwe, że na dniach zostanie on odpowiednio ustawiony i podłączony.

Tymczasem w banku, pozornie prosta wymiana 100 euro jest procesem wymagającym kilku formalności. Pierwszy etap to weryfikacja. Mój lekko wygnieciony i strudzony tropikalną podróżą banknot nie przechodzi testu przez maszynę. Ekspedientka usilnie poddaje go testom i dopiero po jej około 150 próbie zorientowałem się, że jest zbyt uprzejma, aby dać mi do zrozumienia, że nie da rady. Przerywam jej więc i na szczęście udaje mi się wymienić inny banknot. W przeciwnym razie musiałbym czekać, aż zamontują bankomat.

Przypadkowe zaułki

W północnej części Hsipaw znajduje się „Little Bagan”, mini kompleks świątyń przypominający Bagan, albo nawet Angkor Wat ze względu na drzewa zarastające budynki. Oczywiście w wersji mikro.

Przeczekuję ulewę w klasztorze wykonanym z drzewa tekowego. Oprowadza mnie jeden z uczniów, a w pewnym momencie starszy mnich przejmuje inicjatywę, pokazuje mi wnętrze, a także zaczyna wprowadzać w fundamenty Buddyzmu. Jego poglądy sprawiają wrażenie ekstremalnych, szczególnie tłumaczenie, że całe współczesne zło to konsekwencja działań we wcześniejszym wcieleniu, zupełnie jakby nasz los został już gdzieś wcześniej ustalony.

Przed zmierzchem wybieram się jeszcze na błotniste, pełne gliny pola, w których ostatecznie mój motor grzęźnie i cudem udaje mi się zawrócić.


Następnego dnia chińska mniejszość narodowa w Hsipaw świętuje urodziny Buddy. Wierni przybywają, aby złożyć ofiarę. Polega to na przekazaniu dotacji (z reguły dość dużej, np. $6). W zamian otrzymują kolorowe, perforowane arkusze papieru, które starannie składają w pewnego rodzaju origami. Kilkanaście powstałych tak dekoracji układa się na tacy, a następnie wrzuca do paleniska – na szczęście i powodzenie.

Dozorca świątyni pokazuje mi zasoby biblioteczne, świetnie wydane nowoczesne publikacje, książki do nauki chińskiego i programy komputerowe przekazane przez rząd chiński.

W międzyczasie na ganku, jakże społecznym i towarzyskim miejscu, mężczyźni wysiadują i popalają cygara w oczekiwaniu na jedzenie, które kobiety przygotowują od rana. Mija kolejny dzień w Myanmarze…

hsipaw