Travel stories to discover

Pochłonięty przez cross-country


Zimą na biegówkach dotrzesz wszędzie

W ciągu niespełna pięciomiesięcznej norweskiej zimy zdecydowanie większy dystans pokonałem na biegówkach niż samochodem, pociągiem, pieszo i rowerem razem wzięte. Biegówki, czyli narty biegowe, cross-country lub langrenn (norw.) to bez wątpienia duma i tutejszy sport narodowy. Tutejsze dzieci rodzą się saniach ciągniętych za narciarzem (pulk, po norwesku), aby już wieku dwóch-trzech lat stawiać pierwsze kroki na śniegu. Ostatnie dziesięć lat żyłem w przekonaniu, że wśród sportów zimowych liczy się tylko snowboard. Ta zima zmieni mój punkt widzenia.

Łatwo połknąć bakcyla biegówkowego. To ciekawy sport. Przede wszystkim już po paru dniach zaczyna dawać dużą satysfakcję, zapewnia możliwość solidnego zmęczenia się, a także dba o rozwój różnych partii mięśni. To także sport zawierający w sobie wiele elementów strategii. Które partie mięśni zmęczyć wcześniej, które przydadzą się na później.  W którym momencie zwiększyć tempo czy zmienić styl, aby cały czas jak najbardziej optymalnie wykorzystywać zapasy energii i efektywnie przemieszczać się do przodu.


Gålå i okolice to najlepsze tereny biegówkowe na świecie

Zarówno w wydaniu amatorskim na słoneczny niedzielny poranek jak i w bardziej wyczynowym, bez względu na pogodę, porę dnia, widoczność i teren to fantastyczna forma spędzania czasu. Wkręciłem się do tego stopnia, że po zaledwie miesiącu intensywnego, codziennego pokonywania tras, zarówno na oświetlonym torze jak i w trudnym terenie, we mgle i śniegu, za każdym razem próbując pokonać własne limity, walcząc ze zmęczeniem, zimnem, głodem i bezlitosnymi podjazdami pokonywanymi na jak najwyższych obrotach, stałem się bestią na nartach biegówkowych.

Gålå zapewnia ponad sto kilometrów przygotowanych tras, które pokonując w dwie strony zapewniają kilkaset kilometrów różnorodnych terenów. Z czasem i to nie wystarcza, więc gdy już kończy mi się zakres lokalnej mapy, zdobywam mapę topograficzną całego rejonu, aby samemu wytyczać mało uczęszczane trasy. To sport pozornie przewidywalny i mało ekstremalny, ale jednak potrafi zapewnić dużo wrażeń. Trzeba jednak znać swój limit, podejmować wyzwania w oparciu o posiadane doświadczenie i pamiętać, że w razie wypadku, nikt nie przyjedzie na ratunek. Na rzadko uczęszczanych bezdrożach można liczyć tylko na siebie.

W planowaniu trasy i nadaniu jej odpowiedniego wymiaru ograniczeniem jest tylko wyobraźnia. Oto kilka przykładów.


Kvitfjell osiągnięty (2 x 28 km)

Pełnia księżyca. Gdy zbliża się pełnia księżyca, do pełni szczęścia potrzeba jeszcze bezchmurne niebo. Postanawiam bez żadnego ekwipunku (w tym także bez oświetlenia) wyruszyć na dobrze znaną mi trasę. Księżyc i jego blask odbijany przez biały śnieg sprawiają, że jest jasno jak za dnia. Pustki na trasach, cisza i bezkres nocy dodają prawdziwej magii. To jak obcowanie sam na sam z pięknem nocnej przyrody.

Próba wytrzymałości. Pokonanie trasy 2 x 28 km w jak najkrótszym czasie, z Gålå do miejscowości Kvitfjell i z powrotem. Trasa pełna zjazdów i podjazdów obfituje również w inne trudności terenowe. Wyprawę urozmaicam wspięciem się na lokalny szczyt i punkt widokowy. W ciągłej walce ze zmęczeniem, szybkimi przerwami i możliwie intensywnym pobudzaniem pokładów energii moją 56 kilometrową trasę pokonuję w około 6 godzin. To wysiłek porównywalny do biegu o długości półtorej maratonu.


Dziewiczy śnieg do pokonany na nartach backcountry

Trasa w nieznane po ciemku. Innym razem wyczekałem całkowitej ciemności, aby ruszyć w trasę z trzema batonami Snickers i czołówką, bez zapasu wody i dodatkowych akcesoriów. Na mapie opracowałem trasę na około 25 km, z czego większość po całkowicie nieznanym mi terenie. Po około godzinie pogoda znacznie się pogarsza. Na mojej przeszkodzie pojawia się mgła ograniczająca widoczność i porywisty wiatr powodujący śnieżyce. Minąłem już Fagerhøi, ale nie udaje mi się dotrzeć do Vendalen, kolejnego punktu odniesienia. Co w tej sytuacji zrobić? Postanawiam przemieścić się kilka kilometrów do przodu, ale pogoda nie odpuszcza i zawierucha robi się jak szalona. Przerażam się, gdy widoczność zmniejsza się do kilkunastu metrów, a wiatr zasypuje moje ślady i nie widzę w terenie żadnych punktów odniesienia, aby kontynuować trasę lub zawrócić. W promieniu 2 kilometrów napotkałem tylko opuszczoną stodołę i szopę. Brak żywej duszy prawdopodobnie w jeszcze większym promieniu, przy czym na takim odludziu trzeba jeszcze wiedzieć w którą stronę się przemieszczać. Zjadłem już dwa batony i czuję niedosyt energii. Cały czas chodzi mi po głowie ostatni snickers, postanawiam więc go zjeść i wtedy zdaję sobie sprawę, że mogę liczyć tylko na siebie, nie ma tu nikogo, kto by mi pomógł odnaleźć drogę. Tylko temperatura -20ºC, zamieć śnieżna, całkowita ciemność i gęsta mgła. Postanawiam zawrócić. Licznymi próbami i przy odrobinie szczęścia udaje mi się odnaleźć prawie zasypaną drogę powrotną. W efekcie zamiast dokończyć brakujące 8 kilometrów kończące pętle, jestem zmuszony cofnąć się o pokonane już 17 kilometrów.

W końcówce sezonu poza zwykłymi biegówkami dołączam bieganie tradycyjne po górskich trasach. Łącząc przyjemne z pożytecznym, po takiej zimie czuję się przygotowany do zbliżającej się sześciotygodniowej wyprawy przez Afrykę Subsaharyjską na rowerze.

kwiecień 2010