Ostatni rybak w Phnom Penh

Przerwa w pracy

Phnom Penh to prawdopodobnie jedyna stolica na świecie bez oficjalnego transportu publicznego. Ma to pewne skutki uboczne. Połowa mieszkańców to kierowcy tuk-tuk, czyli azjatyckich riksz. Idąc ulicą ciężko zignorować dobiegające zewsząd i pełne entuzjazmu nawoływania „tuk-tuk. cheap cheap for you my friend” lub „special price for you my friend”. Dochodzimy do dzielnicy przy jeziorze Boeng Kak oblężonej przez backpackersów, hippisów i zagubionych podróżników wszelkiej maści. Przyjechałem tutaj, by odnaleźć ostatniego rybaka na znikającym jeziorze w środku stolicy Kambodży.

Ulica, na której mieszkamy jest całkowicie zalana. Jedyny sposób by dotrzeć do budynków położonych przy jeziorze to brodzenie w wodzie po kolana. Co ciekawsze, wszystkie sklepy, restauracje i hoteliki są czynne jak gdyby nic się nie zmieniło!

Poświęcam cały poranek na zapoznanie się z sytuacją w okolicach Boeng Kak. Za parę tygodni jezioro to całkowicie zniknie z mapy. Skutecznie zasypywane piaskiem ma stanowić grunt pod olbrzymie centrum handlowe, pierwsze w Phnom Penh. Brodzę w wodzie, przemierzam różne zaułki slumsów. A jest tu wszystko, wliczając ścieki i śmieci.

Poznaję młodego chłopaka, sprzedawcę i palacza opium. Jest godzina szósta trzydzieści, Miang zaprasza mnie do siebie. Mieszka razem z 18-letnią siostrą i jej dwuletnią córką. Ku memu trochę przewidywanemu zaskoczeniu, młody chłopak sięga po aluminium, fajkę i zaczyna palić opium. Nie łamiąc norm grzecznościowych, udaje mi się odmówić, a jednocześnie obserwuję, jak palacz coraz bardziej oddala się od rzeczywistości. Przed chwilą rozmawialiśmy o tym jak mieszkańcy godzą się z faktem, że za parę miesięcy ich domostwa przestaną istnieć. Teraz słyszę tylko postrzępione mamrotanie, nie mamy na to wpływu, …będzie ciężko, …trzeba sobie radzić. Aż mój rozmówca całkowicie odpływa i chyba już nie wie, że też tu jestem.

Poranna wizyta u palacza opium

Podążam wokół jeziora, przemierzam liczne, częściowo pozalewane ulice, stoiska i budynki. Widzę całe rodziny żyjące przy torowisku. Wzdłuż nieczynnych od lat torów rozmieszczone są sklepy, biegają kury i gęsi, a co kilka kroków walają się przemysłowe odpady, rury, pręty i druty. Te miejsca również niedługo znikną.

Widzę tysiące ton piasku, dziesiątki sztuk ciężkiej maszynerii, buldożery, koparki, ciężarówki. Jezioro robi się coraz mniejsze. A to oznacza coraz mniej miejsca dla rybaków wciąż udających się tutaj na połowy.

Poznaję ojca i syna płynących jedną z dwóch ostatnich pagód na Boeng Kak. Cały sprzęt jaki posiadają to przeciekająca łódka, sieć rybacka i konewka do wylewania nadmiaru wody. Dziś udało się złowić kilka ryb i złapać parę krabów. Co będzie dalej? Już za parę tygodni niż więcej niż pustynia.

Korzystam z uprzejmości i przeprawiam się razem z rybakami na drugą stronę jeziora. Mój tyłek przemaka od mokrej sieci rybackiej, ale ten sprytny manewr zaoszczędza mi sporej przeprawy przez zarośla.

Czerwoni Khmerzy

 

Zalane slumsy

Postanawiamy przejść pieszo całą stolicę. Mijamy liczne świątynie, pałac królewski, muzea oraz niechlubną pamiątkę, byłą szkołę przerobioną na więzienie S21, miejsce tortur i eksterminacji inteligencji przez aparat bezlitosnego reżimu Czerwonych Khmerów.

Niestety, ale ostatnia część rozłożonej na wiele stuleci historii Kambodży jest czarna i krwawa. Reżim Czerwonych Khmerów w latach 1975-79 doprowadził do ludobójstwa, jednego z najbardziej brutalnych w historii ludzkości. Szacuje się, że ciągu tych pięciu lat wymordowano dwa miliony ludzi, co w przełożeniu na ówczesną populację Kambodży odpowiada około 25-30% całego społeczeństwa.

Pod pretekstem ochrony obywateli przed rzekomymi atakami USA ewakuowane są wszystkie największe miasta. Stolica Phnom Penh staje się opustoszałym miastem duchów. Inteligencja, zamożni, obrotni i posiadający wysoki status społeczny zostają w brutalny i podstępny sposób sukcesywnie wymordowani. A totalitarny reżim narzuca swoją utopijną wizję dezurbanizacji kraju mającej doprowadzić do powrotu narodu do tradycyjnych wartości, pracy u podstaw – i bycia niezależnym od zagranicy.

Inne oblicze miasta

Przeprawa przez jezioro Boeng Kak

Miasto stosunkowo późno budzi się do życia. O 6 rano ulice są jeszcze puste. Nie do pomyślenia w prowincjonalnych marketach i mniejszych miasteczkach rozsianych po całym kraju.

Russian Market to wielki miszmasz, a zarazem świetne miejsce, aby dokupić brakujący ekwipunek podróżniczy i spróbować nowości kulinarnych zapominając o tym, że na zewnątrz jest ulewa (do momentu aż przecieknie dach targowiska, pojawią się strumienie wody, a przy niektórych stoiskach powstaną głębokie po kostki kałuże).

Decyduję się na odważny spacer i próbowanie ulicznych przysmaków. Degustuje podejrzane kawałki mięsa (nie wiem jakiego pochodzenia), jem rosół ze stężonymi kostkami krwi wieprzowej o konsystencji zbliżonej do kruchej galaretki i szukam miejsca na deser.

Owoce w słodkiej śmietanie ze strączkami i lekko skiśniętym mlekiem to pierwsza opcja. Na ulicy spotykam również stoiska sprzedające fruitshake. Równowartość dwóch lub trzech ćwierćdolarówek zamienia się w rewelacyjny napój z mieszanymi owocami: durianem, rambutanem, dragon fruit, mango i papają, do tego odrobina cukru waniliowego, słodkie mleko skondensowane i surowe żółtko. Wszystko razem zmiksowane z kruszonym lodem, który nadaję całości ujemną temperaturę. Zapewniam, że wystarcza, aby zamrozić mózg w upalny dzień!

Pozostaje tylko wyrobić wizę do Laos

Dochodzę do ambasady laotańskiej. Poza ekipą remontową nikogo tutaj nie ma. I nikt nic nie wie. Dopiero po pół godzinie odnajduję zagubionego pracownika. Na ścianie widnieje ogłoszenie z 2005 roku, mówiące że obywatele Polski (oraz kilku innych krajów) są zwolnieni z obowiązku wizowego. Pytam, czy to aktualne – obudziła się we mnie garstka nadziei. Pracownik upiera się, że jednak muszę złożyć podanie i zostawić tutaj paszport. Nie odpuszczam lekko, więc po moich naciskach, pracownik przynosi z biura nową kartkę z napisem „2009” (pomijając fakt, że mamy rok 2010) i nakleja to na miejsce ogłoszenia z 2005. Płacę dodatkowe $10 za express service, aby móc opuścić stolicę o poranku.

Kobieta z papierosem w ustach rozładowuje kosze z warzywami

Wolne popołudnie. Myślę, czy by w końcu nie pójść do fryzjera. Szukam i szukam, a po odwiedzonych dziesięciu salonach ladies only, trafiam do jedenastego. Garstka wystylizowanych nastolatków, z powodzeniem mogących konkurować z Backstreet Boys wykonuje świetną robotę. To pięciogwiazdkowy serwis. A na uwieńczenie całości, pomalowany na zielono reprezentant fryzjerskiego boysbandu wyjmuje brzytwę i mimo faktu, że sam jeszcze nie ma zarostu – goli moją brodę idealnie i profesjonalnie. Początkowy stres przeistacza się w zaufanie. Nigdy nie byłem strzyżony przez zwariowanych azjatyckich nastolatków, ale i oni sprawiają wrażenie, jakbym był ich pierwszym europejskim klientem.

W drodze do Stung Treng mijam pozalewane obszary północno-wschodnich prowincji Kambodży. Na miejscu okazuje się, że Stung Treng to przyjemne miasteczko ulokowana nad rzeką Mekong. Wstaję o świcie, aby obfotografować budzące się do życia targowisko i ludzi zajmujących się transportem rzecznym na Mekongu. Przygoda musi trwać dalej!

październik 2010

kh phnom penh