Oaza 101 na izraelskiej pustynii

Doskonała noc przy pełni księżyca na pustyni 101

Potworny skwar na południowym skraju Izraela. Kąpiel w Morzu Czerwonym to ostatnia okazja na odrobinę orzeźwienia. Wyruszamy na północ w stronę Morza Martwego. Widoczność przy pełni księżyca pozwala na pedałowanie po zmroku. Kontynuujemy, a gdy spadają siły, znajdujemy przypadkowe miejsce na pustynny nocleg. Następnego dnia, jeszcze o poranku, odnajdujemy oazę położoną dokładnie na 101 kilometrze drogi przecinającej Izrael z południa na północ. Uzupełniając zapasy i wodę poznajemy Daniela, który sprzedaje mrożoną kawę i lody. Widząc nas, czyli dwójkę przemęczonych rowerzystów zapytał tylko: „Chłopaki, jak macie ochotę odpocząć to mamy w naszej oazie basen. Chodźcie, zaprowadzę was”.

Nie byłem w stanie to uwierzyć do momentu, kiedy ujrzałem głęboki, zadbany i opuszczony, autentyczny basen. Skacząc do wody z trampoliny zrozumiałem, że to dzieje się na prawdę, a my mamy szczęście. Basen na środku pustyni, kto by pomyślał!

Uzupełniamy po raz kolejny zapasy w sklepie. Czekam na zewnątrz, podchodzi do mnie kobieta i pyta „Czy jesteś Duńczykiem?”. Odpowiadam –„Nie, jestem z Polski”. I tak zaczęła się nasza rozmowa. Mieszko wychodzi z zakupami, a gdy już mamy w nienaturalny sposób uciąć rozmowę i pojechać dalej, poznana postać mówi, „Chodźcie chłopaki do mnie, pokaże wam mój teleskop”. I tak się zaczęło!

Wienie to niespotykanie gościnna i inspirująca postać. Z pochodzenia Holenderka, pełna energii i chęci do życia 60-letnia entuzjastka nieba, gwiazd i słońca, wszystkiego związanego z astronomią. Gdy tylko warunki atmosferyczne nie pozwalają na oglądanie przestworzy, jej alternatywne hobby to poszukiwanie skamieniałości w mało znanych pustynnych zakątkach.

Wienie na izraelskiej pustyni

Wienie w swoim pustynnym pałacu

Zaczęło się od niewinnego, paromiesięcznego wyjazdu na wolontariat, jakieś 40 lat temu. Wienie mówi o sobie, „mam ten problem, że jak gdzieś mi się podoba, to wcale nie mam ochoty wracać”. Krótki wyjazd przedłużył się więc o kilkanaście lat. Po tym okresie zamieszkała w Egipcie, jakiś czas w Maroku i znów w Izraelu. Pasje, chęć poznawania, przyroda, podróże, spokój, język hebrajski, arabski – wszystko to łączy się w jedną całość i tworzy wyjątkową codzienność otaczającą Wienie.

Mała przytulna chatka, pomysłowy półpustynny ogródek i oryginalne dekoracje są tylko przykrywką dla potężnego teleskopu i drugiego, mniej potężnego pozwalającego oglądać słońce w ciągu dnia. To tutaj po raz pierwszy podziwiam gigantyczne eksplozje solarne, o których wcześniej tylko gdzieś słyszałem. Gołym okiem widzę zjawiska o mocy tysięcy bomb atomowych!

Zaczęło się od symbolicznej beduińskiej herbatki, ale nasze rozmowy przedłużają się do zmierzchu i decydujemy się nocować parę kilometrów dalej na pustyni. Tym razem odnajdujemy miejsce, w którym nie ma żadnych śladów cywilizacji, żadnej nawet poświaty na niebie. To prawdziwe pustkowie z księżycowym krajobrazem.

Zostawiamy rowery i wspinamy się w blasku księżyca na najwyższą górę w okolicy. Drobne kamienie ciągle się usypują, a że miejscami jest stromo, jest również ślisko i niekiedy bardzo niebezpiecznie!

Obserwujemy szybko przemieszczający się na niebie punkt. To stacja orbitalna przelatującą z załogą dokładnie o 20:12 nad naszymi głowami. Wszystko zgodne z informacjami od Wienie. Kolejne niesamowite doświadczenie, które może spotkać człowieka na pustyni, na której podobno nic się nie dzieje.

To zdecydowanie najbardziej magiczna noc z całego wyjazdu. Śpimy w śpiworze pod gołym niebem i otacza nas absolutna pustynna cisza.

Spędziliśmy tu tyle czasu, że znów kończy nam się zapas wody i musimy cofnąć się do oazy. Przypadkiem znów spotykamy naszą znajomą, która tym razem zaprasza nas na kawę. Na pożegnanie dostajemy wielkiego melona i karton płatków czekoladowych.

Próba pustynna

Tak jest, jesteśmy w Izraelu!

Postanawiamy nie robić postoju, więc gdy słońce stoi w zenicie przeprowadzamy test wytrzymałości pustynnej. Jest ponad 40°C, ale raczej bliżej 50°C. Z powodu upałów nieustannie topią mi się dętki w rowerze! W ciągu jednego dnia łatamy je kilkanaście razy!

Widziałem kiedyś ludzi mdlejących na pustyni Mojave w Arizonie i wydawało mi się wtedy, że goręcej już być nie może. Dziś czuję się jakbym był na płonącej patelni w piekarniku. Każdy ma swoją wytrzymałość, ale po tych kilku godzinach, gdy tylko pojawia się pierwszy cień, musimy zrobić przerwę.

Okazuje się, że energii wystarcza nam, aby dojechać do Hatzeva i zatrzymać się u Johny’ego i jego syna Benjamina, znajomych Wienie. Włączając w to innych krewnych, to liczna duńska rodzina, która powoli przemieszczając się konwojem wielkich przyczep w kilkanaście lat dojechała z Europy do Izraela. Postanowili osiedlić się dokładnie na pustyni i swoją działalnością organizują tutaj liczne akcje i projekty pomocy humanitarnej.

Mamy szczęście i kolejny raz trafiamy na przyjaznych ludzi. Zbieg okoliczności chciał, że dziś przeprowadzana jest tutaj próba generalna przedstawienia, które będzie wystawiane w Masadzie w święta Wielkanocne. Poznajemy wolontariuszy z Danii i innych części świata. No i oczywiście udaje nam się załapać na ucztę i nocleg w beduińskim namiocie.

Ostatni odcinek naszej rowerowej tułaczki prowadzi prosto do największej depresji świata. Dojeżdżamy nad Morze Martwe. Zażywamy kąpieli i robiąc to po raz pierwszy, przyznam, że to niespotykane uczucie unosić się na powierzchni wody. Dodam, że należy bardzo uważać, aby woda nie dostała się do oczu. To niemiłe doświadczenie, nie tylko ze względu na wysoką zawartości soli, ale także wielu innych rozpuszczonych (i podejrzanych!) substancji, których stężenie ciągle wzrasta w skutek nieustannie ubywającej wody. Spotykamy się z Kasią i Ohn’em i wracamy razem nad Morze Śródziemne. Pozostaje nam kilka dni na nadrobienie zaległości, Ohn zawsze ma dużo do powiedzenia na prawie każdy temat.

O wczesnym poranku wsiadam w samolot, zamykam oczy i przypominają mi się dobrzy ludzie, których tutaj poznałem, a także cisza i wolność pustyni 101. Tak właśnie zapamiętuję Izrael.

kwiecień 2011

101