Skip to content
Travel stories to discover

Na tropie wulkanów w Chile

chile-731

Znajdujemy się w Cunco, małej miejscowości w rejonie Araucanía w Chile. Jak słusznie nazwa wskazuje, to tereny porośnięte drzewami araukariowymi.

chile-491

Robimy zapasy i ruszamy w stronę jeziora Colico. Wychodząc z miasteczka zatrzymuje się obok nas pierwszy napotkany samochód. To gigantyczny, przeładowany terenowy pickup Dodge RAM 2500 – maska samochodu jest prawie na wysokości głowy.

chile-499

Benjamin, kierowca przekonany o mocy tego drogowego potwora, przewozi na pace i w przyczepie łącznie 11 ton cementu. Jakby było mało, oferuje nam podwiezienie. Ładowność prawie jak w ciężarówce!

Benjamin okazuje się być wyjątkowo gościnny. Zaprasza nas do swojej posesji. Zatrzymujemy się na obiad, pokazuje nam ekologiczną elektrownie wodną na potrzeby gospodarstwa.

chile-501

Rodzina Benjamina kładzie na rozwój turystyki. Dzięki bliskości przyrody i aurze pozwalającej się dobrze czuć miejsce to jest kapitalne.

chile-503

Wnętrze domu pełne jest pamiątek z podróży i akcesoriów outdoorowych. Mają tu nawet kajaki wiszące nad stołem w jadalni! Na zewnątrz znajdują się konie, gorące jacuzzi i prywatna linia brzegowa wraz z usypaną plażą i miejscem piknikowym. Skaczemy do jeziora Colico z pomostu i rozglądamy się po idyllicznej okolicy.

Okazuje się, że w Chile plaże są publiczne, jednak dojście do nich może być prywatne, co stanowi interesujący paradoks.

chile-507

chile-512

chile-517

Zbaczamy ze szlaku, gubimy się, ale znajdujemy niewielką polanę przy rzece na nocleg. Przy ognisku do nogi przykleja mi się pijawka. Idąc spać, zastanawiam się tylko, ile ich będzie pod namiotem po całonocnej ulewie. To także test na nieprzemakalność namiotu z chilijskiego supermarketu. Zgodnie z oczekiwaniami, namiot tego testu nie zalicza.

O poranku czekamy, aż deszcz się nieco uspokoi i ruszamy. Po paru kilometrach marszu ponownie wzbiera ulewa, wkrótce jesteśmy całkowicie przemoczeni.

Na niedomiar złego musimy jeszcze przekroczyć lodowatą, porywistą rzekę sięgającą po uda. Robimy się totalnie wyziębieni. Dochodzimy do pewnej opuszczonej budowli, która kiedyś być może stanie się górską chatką. Składamy się w śpiworach i trzęsąc się z zimna, przemoczeni, czekamy kilkanaście godzin na kolejny dzień.

chile-522

chile-526

chile-531

chile-543

Rozpalamy ognisko i spędzamy większość poranka susząc ubrania. Tym razem pojawia się słońce.

chile-554

chile-558

chile-567

Pod wieczór dochodzimy do wodospadu Ojos de Caburgua. Zostajemy zahipnotyzowani przez trzy strumienie wody wpadające do turkusowej rzeki.

W okolicy znajduje się jeszcze kilka innych wodospadów, my odwiedzamy Bellavista i jeszcze jeden, którego nazwa niestety mi uciekła.

W drodze na wulkan Villarrica

chile-606

Na niezbyt ruchliwej drodze do Pucon po raz kolejny spotykamy się z chilijską gościnnością. Podjeżdża rozklekotany jeep pozbawiony kilku szyb. Poznajemy Omara, emerytowanego Chilijczyka francusko-włoskiego pochodzenia, który zjeżdża do doliny średnio raz na dwa tygodnie, aby zrobić pranie i spotkać się ze znajomymi. Omar podwozi nas do miasta i zaprasza na kawę w kawiarni prowadzonej przez znajomego.

Przy okazji odnajdujemy lokalny nocleg i agencję (prowadzoną przez Francuzów), z którą będziemy wchodzić na wulkan Villarrica.

chile-594

Kolejnego dnia rozpoczynamy podejście. Z całej grupy tylko ja ze Światkiem rezygnujemy z wyciągu, aby pokonać pierwszą część podejścia na wulkan. Doganiamy grupę po 45 minutach, a całe wejście zajmuje nam około 3.5 h. Pogoda jest rewelacyjna. Jedyne zachmurzenie to dym wydobywający się z wulkanu. Na szczycie zaglądamy do wnętrza drzemiącego krateru. W powietrzu unosi się woń siarki.

chile-610

chile-616

chile-620

chile-621

chile-627

chile-641

chile-647

Okazuje się, że 3 Marca 2015, zaledwie kilka miesięcy po naszej wizycie doszło do pierwszej erupcji wulkanu od roku 1971. Nie wiadomo, co lepsze: być za wcześnie czy się spóźnić?

Na pewno plusem przybycia przed czasem możliwość zjazdu po śniegu ze szczytu do podnóża wulkanu.

Tańczący z lwami morskimi

Jakimś dziwnym trafem docieramy do miejscowości Valdivia. Główna atrakcja to spotkania oko w oko ze znanymi już nam lwami morskimi. Tym razem mamy okazję trochę się z nimi podroczyć i przekonać się, jak niepokojąco szybko potrafią się przemieszczać, gdy się wskoczy na ich terytorium – drewnianą platformę i próbuje je naśladować. Adrenalina gwarantowana!

chile-664

chile-672

chile-679

Nad jeziorem Llanquihue

Kontynuujemy w stronę Puerto Varas, bardzo zadbanego miasteczka w bawarskim stylu, który niewątpliwie zawdzięcza niemieckim osadnikom z lat 1850-tych. Miasto jest malowniczo położone nad jeziorem Llanquihue. Spędzamy w tej okolicy kilka dni.

chile-694

Zdecydowanie największe wrażenie wywiera wodospad Saltos del Petrohue. Potężny nurt wody przeciska się przez wąski kanion uformowany przez lawę. Porośnięte zieloną roślinnością góry doskonale kontrastują z turkusowym jeziorem Lago Todos los Santos, ośnieżonym wulkanem Osorno i błękitnym niebem z kilkoma rozmazanymi białymi chmurami.

chile-714

Krystalicznie czysta, spieniona woda nabiera jasnoniebieskich odcieni – w jednym z zacisznych miejsc wskakujemy do orzeźwiającej wody. Wieczorem wypijamy pożegnalne piwo nad brzegiem jeziora w Puerto Varas i ruszamy w drogę. Każdy z naszej trójki w swoją stronę.

chile-723

Scroll To Top