Migawki z Kolumbii

Kolorowa grupa ulicznych muzyków

Na granicy Wenezueli z Kolumbią słyszę kilka pytań. “W twoim kraju mówi się po polsku, prawda?” – przytakuję. – “Więc gdzie się nauczyłeś się języka hiszpańskiego?” “W podróży i z książek”. Pytania stają się coraz mniej formalne, “Jak powiedzieć “buenos dias” po polsku?” – odpowiadam, że “dzień dobry”, pracownik próbuje powtórzyć, a następnie z uśmiechem na twarzy wbija pieczątkę do paszportu. “Witaj w Kolumbii!”. Myśląc o kwitnącym przemycie kolumbijskiej kokainy i prawie darmowej benzynie w Wenezueli, można powiedzieć, że to przejście graniczne jest zupełnie niestrzeżone.  Tylko moja dobra wola sprawia, że przekraczając granicę dopełniam formalności paszportowych.

Cucuta to kolumbijski odpowiednik meksykańskiej Tijuany, innymi słowy chaotyczne miasto przygraniczne. Na każdym rogu gra muzyka, kwitnie handel uliczny, a mimo tego, że panuje tutaj kompletny nieład, każda z obecnych w tłumie osób sprawia wrażenie, że wie dokąd zmierza.

Odnajduję bar, w którym pracują tutaj dwie kobiety, mama i jak przypuszczam córka, ale miejsce to jest odwiedzane raczej wyłącznie przez mężczyzn. Przy ścianie na przeciwko kontuaru znajdują się dwie kolumny skrzynek z piwem, a pomiędzy nimi pisuar. Trzeba zapomnieć o odrobinie prywatności, nie dopatrzyłem się też umywalki. To miejsce, w którym spluwanie na podłogę z pełnym wdziękiem i ostentacją jest na porządku dziennym, więc w trosce o mój plecak, stawiam go na krześle. Zasiadając przy plastikowym stoliku poznaję kilku stałych bywalców i rozmawiając na wszelkie lokalne tematy tabu, zbliża się późny wieczór.

Bogota na cztery sposoby

Centrum Bogoty

Po prawie dwudziestu godzinach w autobusie (wliczając w to osiem godzin opóźnienia) dojeżdżam do stolicy Kolumbii. Zatrzymuję się na kilka dni u znajomej, którą kiedyś poznałem w Kalifornii. To za spawą Jimeny, jej brata, kuzynów, kuzynek, rodziny i znajomych mam okazję poznać Bogotę z różnych punktów widzenia. A zaczęło się od tego, że granadia to owoc doskonały, a tinto to nie czerwone wino podawane w Hiszpanii, lecz kolumbijska czarna kawa.

Życie nocne. W Bogocie kwitnie życie nocne. To ośmiomilionowe miasto ma kilka obszernych dzielnic, w których można się dobrze zabawić. Zatrzymujemy się w pobliżu ulicy 82. Grupy znajomych, randkujące parki i rodzice z dziećmi przechadzają się świątecznie udekorowanymi ulicami. W pewnym momencie na jednym z deptaków zaczyna padać śnieg. Niestety, to tylko imitacja z piany, ale sprawia frajdę dzieciom i dorosłym. O prawdziwym śniegu można tutaj zapomnieć, chociaż wysokość około 2500 metrów nad poziomem morza sprawia, że wcale nie jest gorąco. Odnajdujemy bar Cerveceria Municpal, stopniowo pojawia się coraz więcej znajomych. Spędzamy wieczór w rytmach salsy, pijemy lokalne piwo Aguila i Poker oraz wódkę anyżową aguardiente. W pewnym momencie wszystkie lokale w centrum zostają zamknięte, ludzie wychodzą na zewnątrz i na ulicach w środku nocy pojawiają się szalejące tłumy, spragnione dalszej części wieczoru.

Niedzielny obiad u cioci. Niespotykanie gościnna ciocia Jimeny przygotowuje zupę sancocho z kukurydzą, ziemniakami, platanami. Zupę jemy zagryzając bananem. Danie główne to pieczony kurczak podany z gotowanymi fasolkami, yucą i awokado. Pijemy sok ze świeżych owoców lulu, papai i limonek. Na deser pojawia się tinto (czyli czarna kawa) i lody ze świeżymi truskawkami. To wspaniała tradycja regularnych spotkań rodzinnych, a zarazem kulinarna uczta. Eduardo, mąż jednej z kuzynek, wpada na pomysł, żeby wypić po kieliszku aguardiente na uzdrowienie – bo wczorajszej nocy kilka osób się przeziębiło. Tą czynność powtarzamy parokrotnie, a nasze popołudniowe konwersacje przeciągają się do zmierzchu.

Wypad poza miasto. Jedziemy do miejscowości Chia, odwiedzić Claudię i Caroline, koleżanki Jimeny. Carolina prowadzi tutaj mały sklepik z modą, a na strychu w mieszkaniu ma małe studio – jest instruktorką tańca brzucha. Chia to małe miasto, zdecydowanie pozwala odetchnąć od zatłoczonej stolicy. Życie koncentruje się wokół placu w centrum miasta, do którego prowadzą brukowane deptaki. To także kolejna okazja poznać kolumbijską kuchnie. Patacones to pieczone platany,

częsty dodatek do dań obiadowych. Z innych ciekawostek, masato to napój na bazie sfermentowanego ryżu, który ma tak specyficzny smak, że problemem okazało się wypicie jednego kubka w cztery osoby.

Bogota na co dzień. Pora poznać Bogotę w świetle dziennym. Dziś spora część ulic jest zamknięta ze względu na manifestację przeciwko przemocy i terrorze organizacji paramilitarnej FARC.  Spacerujemy po spokojnym rejonie czerwonych, niebieskich i ogólnie kolorowych, wąskich uliczek La Candlaria. To miejsce często odwiedzane przez studentów, a mimo bliskości centrum, ceny są przystępne i wszelkie bary, czy  restauracje posiadają nutkę zaniedbania tworząc w ten sposób przyjemny klimat. Kolejne tradycyjne danie to tamal, potrawa z ryżem i kurczakiem zawinięta w liść bananowy, oryginalnie podawane również z gorącą czekoladą i paluszkami serowymi. Inna odmiana to tamal de pipian, czyli zastosowanie masy platanowej zamiast ryżu. Polecam obie wersje. Idąc pieszo trafiamy w końcu na la Macarena, okolice areny walki byków, a stąd wsiadamy w autobus, aby odwiedzić Usaquen. To dzielnica, która do niedawna była oddzielnym miastem, a obecnie stała się kolejnym miejscem spotkań i wieczornych rozrywek Rolos (mieszkańców Bogoty). Utrudnieniem w przemieszczaniu się po Bogocie jest powolny transport miejski. Brak tutaj metra, stąd zatłoczone ulice. Ale z tej perspektywy można zobaczyć znacznie więcej.

Jedną z ciekawostek jest punktowy podział Bogoty na biedne i bogate dzielnice. W tym systemie, każde z osiedli otrzymuje notę w skali od 1 do 6 i w zależności od tego ustalane są opłaty za gaz, prąd i wodę. Mieszkańcy biednych dzielnic są częściowo dotowani przez mieszkańców z bogatych części miasta, co z założenia ma przywrócić równowagę społeczną i zmniejszyć przestępczość.

Medellin

Każda pora dnia jest dobra, aby napić się aguardiente

Autobus z Bogoty do Medellin jedzie 16 godzin. Opóźnienie wynosi dokładnie dwukrotność planowych 8 godzin. Przekonuję się o tym, że czas podawany przez firmy transportowy to nie czas oczekiwany, ale czas minimalny. Nie jestem zwolennikiem wielkich miast, ale i tym razem odwiedzam metropolię w określonym celu.

Guy to mechanik silników samolotowych z Belgii. Mieszkał kilka lat na Antigui, spędził część życia w Stanach, Anglii, Meksyku i Hong-Kongu. Jak opowiada, w moim wieku chodził pieszo po Malezji i Birmie z trzydziestokilogramowym plecakiem wyładowanym ciężkimi obiektywami fotograficznymi. To były lata 70-te. Parę lat temu moi rodzice poznali Guy’a w Chile, a poznawanie Ameryki Południowej przygotowanym do mieszkania busem Iveco stało się jego codziennością i sposobem na spędzenie emerytury. Korzystając z okazji, że nasze trasy przecinają się dokładnie w Kolumbii, grzechem byłoby się nie spotkać.

Spędzamy kilka dni w Medellin w ramach przygotowań do wspólnej przygody w środkowej części kraju. Medellin to położone w dolinie miasto otoczone górami. Z czasem rozrosło się to tego stopnia, że biedniejsze dzielnice zaczęły zajmować zbocza pobliskich szczytów. Władze miasta wpadły na doskonały pomysł. W Medellin, zupełnie jak w Alpach, funkcjonują trzy kolejki-gondolki dowożące mieszkańców w trudno dostępne części miasta, a także poza miasto, aby odetchnąć świeżym powietrzem.

Korzystam jak tylko się da z możliwości poznania nowego miejsca. Szlaki piesze w okolicznych lasach, dzikie zakątki i slumsy, odwiedzam przypadkowe bary i poznaję jeszcze bardziej przypadkowych ludzi. Zapracowani uliczni sprzedawcy smażą tłuste przekąski, chipsy i mięso nieznanego pochodzenia w głębokim oleju. Oficerowie policji zatrzymują się przy stoisku z płytami, aby kupić pirackie filmy.

Centrum miasta dekorują posągi z brązu przedstawiające niespotykanie grube postacie. Empanada de carne potrafi być piekielnie ostra i gorąca. Piwo w biedniejszych dzielnicach jest ponad dwukrotnie tańsze, a wieczorną porą kluby oblepiające granicę centrum miasta wypełniają spragnieni gołych dziewczyn Kolumbijczycy. W innych miejscach kumulują się szukający dobrej zabawy mieszkańcy miasta i na nich czekają dziesiątki lokali w rytmach salsa i merengue. Cafe Colombo to najbardziej wystawna restauracja w mieście, a także punkt widokowy na rozświetlone dzielnice. Każdego dnia z okazji zbliżających się świąt coś się dzieje. Huczne parady, fajerwerki, kolorowe lampki świecące w całym mieście, głośne koncerty i spektakularne dekoracje świetlne wzdłuż rzeki.

Chiva to zabytkowy autobus, którego prawie całe nadwozie wykonane jest z drewna. Wynalazek ten służy do transportu na terenach wiejskich lub jako przemieszczająca się po mieście imprezownia, pełna ludzi, drinków i muzyki. To co najlepsze zawsze zostaje na koniec.  Parque del Periodista – czyli “Park Dziennikarza” to jeden z ukrytych zakątków Medellin. W trakcie weekendu odbywa się tutaj otwarta uliczna fiesta, idealne miejsce, aby poznać ciekawych ludzi, napić się piwa i aguardiente na świeżym powietrzu, a nim się zorientujesz, pojawią się promienie wschodzącego słońca.

Na prowincji

Piedra del Peńol

Spędzamy parę dni poza miastem w mobilnym domu belgijskiego podróżnika. Jedną z odwiedzanych atrakcji jest Peńon de Guatape. To pokaźnych wymiarów kamień, wznoszący się na ponad 200 metrów z poziomu startowego.  649 schodków wypełniających naturalną szczelinę prowadzi na szczyt skały. Trasę tę pokonuję w 8 minut i docieram na punkt widokowy położony 2135 metrów nad poziomem morza. Moim oczom ukazuje się wspaniały baśniowy krajobraz z dolinami częściowo wypełnionymi sztucznym jeziorem utworzonym przez tamę hydroelektryczną Peńol-Guatapé.

Nasza podróż posuwa się do przodu, ale powoli. Towarzyszą nam utrudnienia związane z kiepskim stanem dróg w porze deszczowej, czy na przykład wywrócona ciężarówka pełna ryżu, która całkowicie blokuje ruch na kilka godzin na jedynej drodze łączącej stolicę z kilkoma głównymi miastami.

Pojawiają się też problemy z Iveco, w pewnym momencie wycieka płyn chłodniczy. Na szczęście w zupełnie przypadkowej wiosce odnajdujemy mechanika. To niedzielne popołudnie, więc nic w tym dziwnego, że owa postać jest już dość podpita. Najważniejsze, że samozwańczy mechanik i domorosły spawacz naprawia usterkę. My kontynuujemy naszą przygodę, a Fernando po dwóch godzinach pracy ponownie usiądzie przy barze, postawi kumplom kolejkę piwa i zamówi butelkę aguardiente, wypełniając pozostałą część słonecznego, niedzielnego popołudnia.

grudzień 2011

colombia