Laotańskie dzienniki motocyklowe

Podczas, gdy czterech kumpli podeszło do płotu, piąty schował się za drzewem

Bolaven Plateau to położony na wysokości 1000-1350 metrów płaskowyż w południowym Laos. To rejon słynny z malowniczych wodospadów, docierając do których natrafimy na drobno rozsiane wioski zamieszkałe przez plemiona mniejszości etnicznych. Pakujemy niezbędne minimum, wspólny ręcznik, pastę do zębów, zapasową koszulkę i śpiwór. Ruszamy na podbój Bolaven Plateau na naszym japońskim, niezniszczalnym mopedzie Suzuki 110cc, którego wytrzymałość zostanie poddana żelaznej próbie na trudnych i stromych odcinkach szutrowych.

Obfite opady deszczu i niższe, niż w pozostałej części kraju temperatury na płaskowyżu tworzą idealne warunki klimatyczne dla uprawy kawy. Większość plantacji laotańskiej kawy znajduje się właśnie na Bolaven Plateau w prowincji Champasak. Obecnie w Laos zbiera się około 15-20 tysięcy ton kawy rocznie, z czego 80% to wysokiej jakości Robusta. W konsekwencji dobrobyt większości rodzin wspomnianych mniejszości etnicznych zależy właśnie od produkcji kawy.

Od samego początku podziwiamy przyrodę i porozrzucane po okolicy wioski, gdzieś pomiędzy którymi znajdujemy Tad Paxuam, pierwszy wodospad na naszej trasie. Ludzie żyją powoli, nie zapominając jednak o codziennych obowiązkach, takich jak staranne suszenie ziaren kawy na rozłożonych przed domami matach.

Zwierzęta domowe beztrosko przechadzają się na otwartej przestrzeni w obrębie wioski. Wszystko tętni życiem, a wręcz obrazkowo dostrzegalne są dwa pokolenia, zarówno małe cielaki dojące mleko od krowy, szczenięta wiernie podążające za mamą, gromadka małych żółtych kurczaków, stadko gęsi, kilka kóz, a także świnie z młodymi prosiętami.

Niektóre z małych dzieci potrafią już same biegać, inne jeszcze chodzą na czworaka, ale wszystkie zaciekawione są obecnością gości. Niekiedy przy konfrontacji z białym człowiekiem odruchową reakcją jest płacz. I wtedy podobnie jak płaczące dziecko, też nie mam pojęcia co zrobić.

Pełnia radości na laotańskiej prowincji

Młode chłopaki z wioski Tiang Tatsung zabierają nas nad pewien wodospad. Skaczemy po wielkich, niekiedy nawet kilkunastometrowych kamieniach. Latając z aparatem i zapasowym obiektywem sprawia mi to spory problem, ale podziwiam młodych ośmio- czy dziesięciolatków, którzy bez problemu skaczą dwa metry w dal, albo półtorej metra w dół z kamienia na kamień. Moim oczom ukazuje się blisko stumetrowy wodospad. Zastanawiam się, jak to możliwe, że to miejsce nie jest opisane w żadnym przewodniku, ale cieszy mnie to, że nie ma tu absolutnie żadnych turystów.

Na noc zatrzymujemy się w przyjaznej wiosce położonej nad wodospadem Tad Lo. Dzień rozpoczynamy od marszu w górę rzeki. Kaskady wodospadu o świcie dostają niesamowitych refleksów świetlnych. Idąc dalej dochodzimy do odległej tubylczej wioski. I tutaj po raz kolejny – szok. Nie ważne jak bardzo odcięte od świata jest to miejsce, ale jak już jest prąd to musi być i satelita! To prawdziwa ciekawostka kulturowa, każde, nawet  najbardziej skromne gospodarstwo z bambusa kryte strzechą posiada własną satelitę!

Szutrowa droga prowadzi do kolejnej zagubionej wioski – być może tak na prawdę to my jesteśmy już zagubieni. Udaje mi się nawiązać kontakt z gospodarzem. To dobry człowiek, bez koszulki, który na chwilę znika w ciemności, aby pojawić się przyodzianym w oficjalny wojskowy w mundur z dosięgniętym karabinem w ręku.

Żona wojskowego nabija, po czym leniwie pali wielką fajkę z tytoniem. Ich dzieci są przyjazne nastawione, lekko nieśmiałe, ale tą nieśmiałość też da się opanować – nawet, gdy jak zwykle instynktowną reakcją na widok białego człowieka z brodą jest płacz.

Okolice Sekong wciąż osaczone są niezbadanymi obszarami z niewybuchami. Spędzam popołudnie z ekipą oczyszczającą te tereny. Ich praca to systematyczna rutyna, kijki z linkami ustawiane są w logiczny schemat, aby ułatwić kontrolę badanego obszaru, metr przy metrze z detektorem metalu. Zainteresowanych odsyłam do oddzielnego artykułu poświęconego problemowi niewybuchów w Laos – który jeszcze nie istnieje, ale powstanie niebawem.

Wodospad Tad Lo, Bolivean Plataeu

Odwiedzamy kolejny wodospad Tad Hua Khon i wkraczamy na drogę szutrową. Wokół panuje sceneria prawdziwej dżungli, której bezkres można pojąć tylko obserwując rozległe doliny i wzniesienia pokryte gęstwiną buszu. Mijamy pewien wodospad kaskadowy, lecz dopiero parę kilometrów dalej naszym oczom ukazuje się Tad Katamtok i jakbym miał to opisać najprościej, jest to liczące około sto metrów cudo natury. Ten ukryty w środku głębokiej dżungli wodospad wraz z otaczającą rajską scenerią to miejsce, które daje poczuć wszystkimi zmysłami ogrom i nieokiełzanie dzikiej, najdzikszej i nietkniętej natury. Patrząc z daleka, strumień wody tuż po opuszczeniu skalnej półki przypomina olbrzymie masywne krople. Po kilkudziesięciu metrach lotu woda rozprasza się na drobniejsze cząstki, aby z wielkim szumem na samym dole opaść niczym gęsta para wodna. A po zderzeniu z powierzchnią wody przemienia się w pianę. Majestatyczny, absolutnie niepowtarzalny widok. To miejsce to stuprocentowy żywioł i dzieło Matki Natury, bez żadnych zabudowań, linii elektrycznych czy śladów z reguły wszędzie obecnej cywilizacji.

Ze względu na wyjątkowe znalezisko, kontynuacja podróży na motorze nieco się przedłużą. Nie zdążymy już dojechać do naszego kolejnego celu przed zmierzchem. Jakość nawierzchni na dalszej drodze przypomina mi kongijskie szlaki handlowe, ale kresem sił, wygłodzeni i przemarznięci przy naszym świetle motocykla o mocy może dwóch świeczek, czyli prawie w kompletnej ciemności, dojeżdżamy do Paksong.

Kontynuujemy odwiedzanie wodospadów: Tad Yeuang, Tad Fane, oba z nich dość wysokie oraz Tad Yeuang, kaskadowy i Tad Fane, nieco wyższy z wielkim pionowym spadkiem. Tad Champi jest niski i szeroki, ale położpny w scenerii odciętej od świata oazy. Tad Itou to jedyny płatny wodospad, ale też warto się tu zatrzymać.

Myślę, że wodospadów wystarczy na jakiś czas. Wszystkie te cuda natury są niczym prywatne enklawy.

Brak turystów, pełna wolność działania i podejmowania kolejnych decyzji na szlaku motocyklowym zachęcają do rozkoszowania się Bolaven Plateau. A mój subiektywny wybór pada na Tad Katamtok, którego celowo nie umieszczam na zdjęciach, bo nic poza osobistą wizytą nie jest w stanie oddać tych wrażeń!

laos bolivean