Skip to content
Travel stories to discover

KUM – Karpacki Ultramaraton 208km w 4 dni

208km, 8954m przewyższenia i 4 dni znakomitej biegowej przygody

KUM to czteroetapowy bieg górski prowadzący ze Szczawnicy do Wisły. Nowe i jakkolwiek dobrze zapowiadające się imprezy biegowe często mają problem ze zdobyciem należnego im zainteresowania. Szczególnie przy pierwszej edycji. Wyszukiwanie takich perełek jest niezwykle ciekawe i daje możliwość spróbowania czegoś nowego poza utartym szlakiem na biegowych mapach świata.

Organizatorzy bardzo pomysłowo zaplanowali logistykę i całą formułę biegu. Na początek, transportujemy się z mety na start minibusem dla zawodników. Dzięki zastosowaniu tego tricku, po czterech dniach górskich zmagań dotrzemy z powrotem do Wisły.

W drodze do Szczawnicy wesoły i rozmówny kierowca pokazuje nam parę dodatkowych atrakcji po drodze. A to dom Małysza, a to muzeum Małysza, podstawówka, do której chodził, jego dom rodzinny i miejsce, w którym się wychował. Przychodzi też czas na malowniczą panoramę Tatr, wielki kompleks browaru Żywiec czy kuriozalną kapliczkę, którą kiedyś wybudowano w jednej z wsi w ciągu jednej nocy omijając w ten sposób przepisy dotyczące pozwoleń budowlanych. To wszystko oglądamy w ciągu blisko 3 godzin jazdy przez karpackie bezdroża. Nawet z perspektywy samochodu bardzo przeraża mnie ten dystans i już wiem, że nie będzie łatwo wrócić do Wisły podobną trasą, ale prowadzącą przez pasma górskie. Przed nami do pokonania 200 kilometrów i blisko 9000 metrów przewyższenia.

Nocujemy w Szczawnicy. Każdego dnia wstawać będziemy o 6 rano, aby się spokojnie spakować, nadać bagaż na metę bieżącego i start kolejnego etapu, zjeść obfite śniadanie, trochę rozbudzić ciało i umysł, a także zapoznać się z kolejnym etapem trasy podczas porannego briefingu. Start punktualnie o 8.

Etap 1. Szczawnica – Rabka Zdrój

Pierwsze 7km to mocne podejście żółtym szlakiem, który prowadzi nas ze Szczawnicy. Noc pozostawiła po sobie rześkie, zimne powietrze. Wraz ze wzrostem wysokości szybko się jednak rozgrzewamy. Biegniemy przez Dzwonkówkę i w Jaworzynce przesiadamy się na szlak zielony. W Tymanowej czeka na nas pierwszy punkt odżywczy, a tuż po nim, kolejne megaostre podejście na Lubań. W około 1/3 trasy mamy już ponad połowę przewyższenia zaplanowanego na dziś. Można by przypuszczać, że trudniejsza część za nami, szczególnie uwzględniając strome podejścia i zejścia po kamiennych ścieżkach wymagających pełnego skupienia. Na zielonym szlaku pojawia się też sporo chaszczy, zarośli, paproci i innych zielonych niespodzianek – jak kolor szlaku by to sugerował, jest on rzeczywiście zielony.

Druga część dnia jest nieco łatwiejsza, ale uwzględniając zmęczenie równie trudno jest trzymać tempo z początku dnia. Zaliczamy ostatni bufet w Turbaczu (na 45km) i dalej lecimy już spokojniej przez Stare Wichry i Maciejową. Po drodze prawdziwy folklor i piękne krajobrazy. Są pasterze doglądający swoje owce, kozy i krowy, a także rozległe pola w trakcie żniw. Dobiegamy do Rabki Zdrój, gdzie czeka na nas obiad i czeskie piwko w restauracji Retro. Etap pierwszy zaliczony: 63km / 2874m D+.

Etap 2. Rabka Zdrój – Zubrzyca Górna

Zgodnie z codzienną procedurą wyruszamy o 8 rano. W Rabce pogoda dopisuje, więc biegnę na lekko, podobnie jak większość osób. Zakładamy, że nie będzie padać i że nie będzie zbyt zimno na trasie. Na rozgrzewkę mocny podbieg 600-700 metrów do Lubonia Wielkiego. Po dobrym starcie tracę kilka pozycji na zbiegu, który dla wczorajszych mięśni stanowi spore wyzwanie. Trudno sprawnie przemieszczać się po kamieniach na stromej ścieżce i panować przy tym nad prędkością.

 

Wbiegamy do Jordanowa. Nawet niewielkie miasteczko sprawia wrażenie metropolii po wybiegnięciu z lasu, do którego szybko można się przyzwyczaić. Dobiegamy na drugi punkt żywieniowy w Bystrej, skąd rozpoczyna się drugi mocny podbieg do Okrąglicy przez Halę Krupową. A tam klops! Ktoś prawdopodobnie pozrywał taśmy i inne oznaczenia trasy. Gdyby nie track z GPS’a i zapamiętane z odprawy technicznej słowo-klucz „zawijas”, praktycznie nie byłoby szans na zauważenie ostrego skrętu o prawie 180 stopni na ok. 38 kilometrze.

Ten dzień przypomina trochę rajd na orientację, znowu gdzieś się gubię, trasa prowadzi zakosami wzdłuż oznakowanego szlaku, ale niekiedy łatwo przeoczyć zarośnięte przejścia i można przez pomyłkę wbiec na drogę dla pojazdów leśnych. Na szczęście z pomocą lokalnych drwali odnajdujemy końcówkę trasy prowadzącą do Zubrzycy. Na zbiegu pojawia się kilka kałuż i trochę błota, ale w końcu dobiegamy do mety. Kolejny dzień i 51km / 1828m D+ zaliczone.

Etap 3. Zubrzyca Górna – Korbielów Zdrój

Oczekiwana przez wszystkich w ciągu dnia burza na szczęście się pośpieszyła i przeszła w środku nocy. Jest nadzieja, że tego dnia uda się ominąć część opadów. Wybiegamy z Zubrzycy Górnej, mijamy skansen z zabytkowymi drewnianymi domami i narzędziami rolnymi (de facto, cała grupa się tu trochę zagubiła, więc to takie fakultatywne zwiedzanie w biegu). Biegniemy leśnymi i polnymi ścieżkami do Krowiarek. Stąd czeka nas główna atrakcja dnia: podbieg na Babią Górę. Nigdy na Babiej nie byłem, ale sporo o tym tajemniczym miejscu słyszałem więc to dla mnie wyjątkowe wydarzenie. Przedzieramy się przez gęstą mgłę prowadzącą nas do szczytu przez magiczny świerkowy las. Wraz z wysokością, świerki przemieniają się w kosodrzewinę. Podejście na Babią zajmuje mi równą godzinę.

Na szczycie dopadają nas niosące przenikliwy chłód wiatry. Mgła i wąskie kamienne ścieżki podtrzymują otoczkę tajemniczości na temat przebiegu dalszej części trasy, która prowadzić będzie wzdłuż granicy polsko-słowackiej. Ciekawostką jest fakt, że tędy przebiega również Wielki Europejski Dział Wodny. W zależności, po której stronie spadnie deszcz, woda ta trafi do Morza Czarnego lub do Bałtyku. Naturalnie, dotyczy to nie tylko deszczu.

Po grani masywu babiogórskiego zdobywamy Małą Babią Górę, dobiegamy do Przełęczy Jałowieckiej Południowej i na Jałowcowy Garb. Zaczyna padać i robi się błotniście, pozostałą cześć dzisiejszego etapu pokonuję raczej spokojnie, aby też zaoszczędzić siły na czwartą, ostatnią część KUM’a. Odbijamy na Westce w stronę Korbielowa. Na samej końcówce trzeba zachować czujność, bo prowadzi nieco zakręconym żółtym szlakiem. Dzisiejszy dystans to teoretycznie tylko 36km i 1864m przewyższenia, ale jednak nie było lekko. Trzeci dzień daje się we znaki.

Etap 4. Korbielów Zdrój – Wisła

Dziś wielki finał. Startujemy z Korbielowa w stronę Wisły. Ostatnia szansa – a wręcz konieczność, aby zużyć wszystkie pozostałe siły. Na początek agresywne podejście z ok. 500m do ponad 1300 m n.p.m. To okazja, aby chociaż przez chwilę być na dobrej pozycji, nim standardowo zacznę tracić na odcinkach płaskich i zbiegach. Ocieramy się o zbocza Pilska i znów biegniemy wzdłuż granicy polsko-słowackiej. Często zmieniamy szlak, ale przemieszczamy się po grani. Przeważa teren szutrowy i lekko kamienisty. To częściowo chronione obszary kilku małych rezerwatów. Przebiegamy przez Halę Miziową, Palenicę i Trzy Kopce, a następnie kontynuujemy na zachód do Hali Rysianki. Tam istotny skręt w lewo, który łatwo przeoczyć. Dalej zbiegamy przez pola i szutrowe ścieżki, rozpoczyna się nieco improwizowana część trasy, gdzie z łatwością można się zgubić. To oczywiście nie pierwszy raz, ale tym razem sprawa jest poważniejsza niż zwykle. Lądujemy w Ciścu i z braku pomysłu co robić dalej, dzwonimy po pomoc techniczną KUM. Szybko pojawia się Rafał, który wyciąga nas z tarapatów i pokazuje właściwą trasę. Na tym etapie moja lewa noga już ma zdecydowanie dość i przez opuchliznę wygląda coraz gorzej. Ze zwykłego biegu bym się raczej wycofał. Ale to ostatnie 50 kilometrów niezwykłego KUM’a więc warto jednak zacisnąć zęby i przeboleć do końca. Przedzieramy się przez innowacyjną trasę poprowadzoną poza szlakiem przez chaszcze i łąki, aby trafić na elegancką asfaltową drogę biegnącą przez las do drugiego punktu żywieniowego.

Tam rozpoczyna się kolejne podejście, podłoże zmienia się na kamienisto-szutrowe, a przed naszymi oczyma wyrastają sięgające po horyzont górskie krajobrazy. Trasa szybko staje się widokowa. To dziki obszar, kolejne kilkanaście kilometrów pokonujemy w prawie całkowitym odosobnieniu. Przemierzamy rezerwat Baraniej Góry i wchodzimy na Magurkę. Zaliczamy po drodze wiele małych podejść i zejść. Na tym odcinku można w pełni kontemplować przyrodę i wpaść w trans biegowy bez obawy o przeoczenie jakiegoś istotnego skrętu – droga jest w większości przypadków tylko jedna. Dochodzimy do Przełęczy Salmopolskiej. Stąd już prawie z górki do Wisły żółtym szlakiem przez 3 Kopce Wiślane. W nogach, pomimo totalnego wykończenia, pojawiają się nieznane dotąd zapasy energii. Będąc już w Wiśle nieco przyśpieszam i ostatkiem sił wbiegam na metę. Dzisiejsze 60km / 2398m D+ pokonane.

Na mecie po czterech dniach

Satysfakcja z ukończenia tego czterodniowego biegu jest jeszcze większa niż sobie wyobrażałem w momentach kryzysu czy w trakcie samotnego pokonywania bezkresnych górskich przestrzeni. W głowie pojawia się euforia i błądzące myśli: czy to możliwe, że to już koniec? Na szczęście to koniec tylko tej edycji biegu, a fantastyczne wspomnienie całego KUM’a i tysięcy migawek z poszczególnych etapów biegu zdecydowanie będą przy mnie, kiedy tylko pomyślę o magii polskich gór. KUM to przygoda w 100% warta polecenia, wielkie pozdrowienia dla organizatorów i współbiegaczy za wyjątkowe 4 dni pełne wrażeń.

Sumaryczny dystans, uwzględniając ok. 3-6 km błądzenia to około 208km i 8954m przewyższenia.

A po biegu… pora na wakacje!

Logistykę dograliśmy znakomicie. Razem ze Światkiem reprezentując team Kongo Safiri przebiegliśmy ze Szczawnicy do Wisły. A tam już czekała na nas Ela ze swoją koleżanką Dominiką. Ela pokusiła się na start w półmaratonie górskim, biegu towarzyszącym rozgrywanym ostatniego dnia KUMa. I udało jej się zająć pierwsze miejsce na podium w swojej kategorii wiekowej. Prosiła też, abym podkreślił, że była jedyną osobą tej kategorii :)

Bus już spakowany, można wyruszać na wakacje. Kierunek: południowy wschód, ale bez szczegółów. Zobaczymy, gdzie nas poniesie droga i co się wydarzy dalej. Opuszczamy Polskę, przejeżdżamy Słowację i trafiamy do rezerwatu na Węgrzech. Drogę zachodzą nam lisy, sarny, jeże i łasice, brakuje tylko wilków i niedźwiedzi, ale i te rzekomo można tu spotkać. Nastaje zmrok i udaje nam się dojechać tylko do miejscowości Eger, o której nigdy wcześniej nie słyszałem. O poranku okazuje się, że to jeden z najpopularniejszych celów turystycznych na Węgrzech.

Moja lewa noga ma się coraz gorzej, jednak 208km dystans nie przeszedł gładko. Wierząc w wyjątkową odnawialną moc wód termalnych wybieramy się na lecznicze baseny, z których słynie Eger. Przypomina to trochę połączenie kurortu nadmorskiego i parku rozrywki. Oczywiście nie brakuje waty cukrowej, hamburgerów, frytek, kołaczy węgierskich i innych smakołyków uwielbianych przez kuracjuszy. Baseny nie pomagają, a moja noga coraz bardziej puchnie. To już trzeci dzień, więc pozostaje pójść do szpitala.

Po prześwietleniu okazuje się, że noga jednak nie jest złamana, ale jak to ujął lekarz „too much running”. Powiedziałem, że biegałem „nieco więcej niż zwykle”, ale nic o 200km nie wspominałem. Przypisał mi odpoczynek, polecił zimne okłady, codzienną dawkę tabletek na ból, maść kojąca opuchliznę i cierpliwość. Niestety, ale przez najbliższe dwa tygodnie wszystko będzie nieco utrudnione. Bez biegania, skakania i innych ekscesów.

Zwiedzamy miasto, cytadelę, kosztujemy węgierskiej kuchni i ruszamy dalej.

Nocujemy w rybackiej przystani nad jeziorkiem w Poroszlo. Gdyby nie tysiące komarów to byłoby to miejsce godne polecenia – ale jak to się mówi, nie grzejemy kapcia i ruszamy dalej :-)

 

Scroll To Top