Kraina Alentejo


Wiatrak w Odeceixe

Droga na północ prowadzi przez małe miasteczko rybackie Vale dos Homens. Na targowisku rybnym kupujemy kilka dorad na grilla. To spokojne miejsce, ludzie z rzadka pojawiają się na ulicach. Spotkamy staruszka leniwe czytającego gazetę na drewnianej ławce w cieniu akacji.

Jeden niebiesko-biały wiatrak to obecnie wizytówka, duma i główna atrakcja turystyczna miasta Odeceixe. Mimo wszystko, miejsce to tchnie marazmem. Wywieszona tabliczka z godzinami otwarcia niczego nie zmienia. Nie ma tu nikogo kto by się kwapił wpuścić do środka dwójkę zagubionych przybyszów. Nie licząc kilku mieszkańców na ulicy oddanych beznamiętnej wymianie zdań to prawdziwie statyczna scena.


Fale roztrzaskujące się o skały dostępne tylko dla doświadczonych surferów

Przygotowanie i patroszenie ryb pochłaniają czas i przez nieuwagę przegapiamy zachód słońca. Na niebie pojawiły się już tysiące gwiazd. Uczucie przebywania w dziewiczych miejscach cały czas nam towarzyszy. A cywilizacja jest jedynie dostępna na żądanie.

Vilanova de Milfontes to zadbane miasto, a w odróżnieniu od innych miast jest zamieszkałe przez młodych ludzi i tętni życiem. Odwiedzamy zabytkowy fort Milfontes z lat 1599-1602, niegdyś chroniący przed atakami piratów, dziś to atrakcja turystyczna w rękach prywatnego inwestora.


Poranek na plaży w Alentejo

Kawałek poza miastem na Praia do Farol (pl. plaża przy latarni morskiej), czyli tam gdzie ledwo dostrzegalna ‚latarnia’ wygląda jak lampka przyczepiona do małego budynku, podziwiamy ponad trzymetrowe fale. Olbrzymie masy wody zupełnie jakby w zwolnionym tempie z hukiem roztrzaskują się o powierzchnię. Mijamy Malhão i tuż przy Ribeira da Azenha skręcamy w lewo, aby po paru kilometrach drogą szutrową dotrzeć w odosobnione miejsce nad oceanem. Kolejne dni przeznaczamy na poszukiwanie podobnych surfspotów.

Droga z obu stron porośnięta jest drzewami korkowymi. Po obdarciu grubej kory rdzeń drzewa ma ceglasty kolor. Pełna regeneracja i możliwość pozyskania kory po raz kolejny nastąpi za 9-12 lat. Średnio w cyklu życia każde drzewo wytworzy 12 partii korków, wykorzystywanych powszechnie w tutejszych winiarniach. Natura jest bardzo praktyczna i to nie ewolucyjny przypadek, że drzewa korkowe rosną tam, gdzie uprawia się winogrona.


Kora drzewa korkowego

Sines to zadbane portowe miasto. Odwiedzamy muzeum Vasco Da Gamma, aby poznać podróże wielkiego żeglarza. Urodzony w Sines i żyjący w latach 1469-1524 Vasco Da Gamma odkrył drogę morską do Indii. Ustanowił w ten sposób istotny dla rozwoju ówczesnych cywilizacji szlak handlowy. Swoimi zasługami zdobył uznanie całego świata, a w Portugalii uważany jest za bohatera narodowego.

Evora przypomina miasto-zabytek. Chodząc po ulicach w ścisłym centrum otoczonym murami poznajemy zakamarki i poszczególne eksponaty tego przypominającego wielkie muzeum miasta . Zasiadamy w punkcie centralnym na Praça do Giraldo. Moja krótka wymiana zdań z siedemdziesięcioletnim pracownikiem odpowiedzialnym za obsługę toalet jest bezskuteczna. Mimo szczerych chęci nie jestem w stanie zrozumieć ani słowa. Może to dlatego, że jest lekko podpity, mówi lokalnym dialektem i ucina końcówki i tak już ledwie zrozumiałych dla mnie portugalskich sylab.


Gdzieś w Portugalii

W Evorze warto zabłądzić. Odwiedzamy liczne obszary zieleni, hodowlę pawi, oglądamy budynki i ruiny budynków. W mieście znajduje się wybudowany w XVI wieku Aqueduto da Água de Prata, czyli ‚akwedukt srebrnej wody’. Użytkowa budowla sięga na odległość prawie dziesięciu kilometrów, a w jej miejskiej części, pomiędzy łukami zgrabnie wkomponowane zostały liczne kawiarnie i sklepy.

Opuszczamy centrum i trafiamy do przyjemnej restauracji Agruta, do której zaglądają tylko localesi. Obowiązuje system numerkowy, więc czekamy. Pojawia się tęgi kelner i zabiera nas w głąb restauracji. Nie ma co się długo zastanawiać, specjalność zakładu to franga no churrasco com batata frita z sałatką warzywną i sosem vinegrette. Vinho jarro, dzban domowego czerwonego wina to polecany przez kelnera dodatek do naszej gigantycznej porcji kurczaka z frytkami.

Megalityczna niespodzianka


Czas na porządne śniadanie

Zakupy. Pachnąca bagietka, jamon curado i chorizzo to portugalskie smaki.

Na zachód od Evory trafimy na neolityczne zabytki datowane na ponad 5000 lat p.n.e, czyli z kresu epoki kamienia. To nieprzypadkowy układ megalitów, wielkich głazów o charakterze kultowym i prawdopodobnie również znaczeniu astronomicznym.

Te dodatkowe kilka kilometrów przyprawia nas o kolejną przygodę. Stacji benzynowych po drodze brak, a wskaźnik paliwa od dłuższego czasu wskazuje zero i błaga, aby coś dolać do baku.

Cudów nie ma i parę kilometrów dalej kończy się paliwo. Przy dużej prędkości udaje mi się przejechać siłą rozpędu kilkaset metrów, co było dość złą decyzją, bo teraz z silnika unosi się niepokojący swąd spalenizny.

Pozostaje poszukiwanie stacji benzynowej. Biorę w rękę pięciolitrowy baniak i podobnie jak mieszkańcy Afryki z żółtymi kanistrami idą po wodę, tak ja wybieram się po paliwo.

(Dwie godziny później)

Po paru charknięciach i zgrzytach niezawodny Yellow Surfin’ Bird odpala. I limity znów przestają istnieć. Kontynuujemy podróż na północ.


Medytacje przy megalitach

listopad 2009