Kongo wzdłuż jeziora Tanganika


Przeładowany statek Okako na jeziorze Tanganika

Nasza droga prowadzi przez podmokłe tereny porośnięte wysoką trawą, wymarzone siedliska much tse-tse. Nasze rowery mkną przez wyrwy i błotniste kałuże. Dojeżdżamy do pierwszej przygranicznej miejscowości Demokratycznej Republiki Konga. Trójka dzieciaków prowadzi nas na skład starych ciężarówek z epoki kolonialnej w zamian za trzy mączne pączki. To stosunkowo bezpieczne miejsce, w którym możemy rozbić namiot. Gwieździste niebo zapowiada spokojną noc w Uvirze, miejscowości położonej na północnym krańcu jeziora Tanganika.

Tanganika to drugie największe jezioro w Afryce (po jeziorze Wikotrii) i drugie najgłębszego na świecie (po jeziorze Bajkał). O bladym świcie przemieszczamy się do portu, aby załatwić bilety na statek do Kalemie. Pojawiają się pierwsze schody. Biuro imigracyjne, kontrola zdrowia na stacji sanitarnej, żółte książeczki i problem z wymianą dolarów wydrukowanych przed 2000 rokiem. Wymijające rozmowy, oczekiwanie i kolejny urząd imigracyjny. Za każdym razem spotykamy się z próbami wyłudzenia łapówki, przetrzymywaniem paszportów i piętrzeniem niestworzonych trudności. Kolejny “pan higienista” próbuje nam wcisnąć fikcyjne szczepienie na cholerę za $10 od osoby. Mówi “deux, deux, duex” (dziesięć, dziesięć, dziesięć) wskazując placem na trzy paszporty i mając na myśli dolary. W tym czasie jego druga ręka zatapia już pieczątkę w atramencie. Pan Higienista jest niepowtarzalny, to całkowicie jawna korupcja, fałszerstwo i nadużycie władzy. Jesteśmy twardzi, bierzemy go na przeczekanie i sprawiamy wrażenie, jakby wszelkie argumenty typu to szczepienie jest obowiązkowe do nas nie docierały. I się udaje. Formalności załatwione, ruszamy jutro punktualnie o 7:15 rano.

Wypełniając wolne popołudnie przedzieramy się przez zamieszkałe wąskie uliczki przepełnione ludźmi. Mężczyźni trudnią się handlem, dzieciaki cieszą się na nasz widok, a kobiety robią pranie w rzece. Czas na kąpiel w Tanganice.  Wskakujemy do jeziora. Woda jest bajecznie czysta, a jej temperatura sprawia, że przyjemniej jest być w wodzie, niż na powietrzu. Wokół wznoszą się wysokie skaliste góry, porośnięte drzewami wzgórza i intensywna zieleń. Nastaje gorący, parny wieczór.

Statkiem przez Tanganikę


Tanga, piroga na Tanganice

Wstajemy wyjątkowo wcześnie, jeszcze przed 4 rano. Jest przyjemnie chłodno, poniżej 25 stopni Celsjusza, całkowicie ciemno, a w mieście nie ma jeszcze atmosfery życia. Ruszamy do portu, bo jak nam w porcie ktoś poradził, dobrze być dwie godziny przed wypłynięciem, aby zająć miejsca na pokładzie. Po drodze kupujemy jedyne dostępne produkty: wodę, parę awokado, kiść bananów i chleb.

Okazuje się, że statek musi poczekać jeszcze na dwie ciężarówki z towarem jadące z Bukavu. Spotkany mieszkaniec Moby zapewnia, że to normalne, “statek ma odpłynąć o 7:15, a w praktyce będzie to 9-ta, może 10-ta, albo… albo jutro”. Status mzungu ma swoje dobre strony. Kapitan wpuszcza nas z trzema rowerami, dwiema przyczepkami i dziesięcioma sakwami na pokład w trybie priorytetowym. Reszta pasażerów czeka, a my mamy przyjemność obserwować dalszy rozwój sytuacji.

Po kilku godzinach przyjeżdżają dwie sfatygowane ciężarówki. Rozpoczyna się zapełnianie ładowni. Rowery, felgi od ciężarówek, lodówki, telewizory, papier toaletowy, żółte baniaki na wodę, ogórki, worki z mąką, walizki, mleko w proszku – akurat się rozsypało, ale to nie szkodzi, zapasowe opony, butelki z winem, worki cementu i metalowe pręty zbrojeniowe.


Załadunek statku w Uvirze

Siedzimy na mostku kapitana z widokiem na całą trzydziestkę czarnoskórych pracowników. Pierwszy z nich wyjmując ładunek z kontenera szacuje jego wagę i wytrzymałość, w zależności od tego podaje lub rzuca tuż obok kolejnej osoby pod pokładem.

Kilka godzin oczekiwania i w końcu na statku znajduje się ostatnia partia towarów: dwa potężne agregaty prądotwórcze, baniaki z olejem, plastikowe miski i spięte w pęk parasolki. Ładownia zostaje zamknięta, a na wierzchu umieszczane są dodatkowo worki z mąką, ubraniami, ryżem i butami. Ale to nie koniec.

Przyjeżdża trzecia ciężarówka, kolejny kontener do rozładowania w pozostałym luku ładowni. Drobnica spakowana, cały pokład jest zabezpieczany masywną płachtą starannie przywiązaną liną.

Pora na akrobatyczny pokaz. Dwie deski stanowią prowizoryczny mostek między brzegiem portu a linią nadburcia. Na pokład statku umiejętnie wjeżdża auto terenowe Mitsubishi Pajero. W pewnym momencie most zachowuje się jak huśtawka. Jestem pod wrażeniem.

To mankamenty podróży przez jezioro. Jedyna alternatywa to przeprawa przez niebezpieczne, pełne rebeliantów góry prowincji Sud Kivu. Każdy Kongijczyk o zdrowym rozsądku wybiera fracht morski. Tłumaczy to też wybór transportu jeepa statkiem za $300 i całodobowy rejs zamiast przejechania 300 kilometrów na trasie UviraKalemie. O ile Uvira, Bukavu i Goma przepełnione są żołnierzami ONZ oraz innymi bazami międzynarodowych korpusów militarnych, można przypuszczać, że jest tu przynajmniej jakiś porządek. Na trasie przez góry panuje kompletna, przypominająca Somalię anarchia. Nikt z pasażerów statku z pewnością nie zamierza tego weryfikować.


Dzieci w drodze do szkoły w Kalemie

Zastanawiam się, gdzie zmieszczą się wszyscy ludzie, którzy czekają na zewnątrz portu? a może to tylko barka towarowa? Nic bardziej mylnego. Nagle pojawia się nieprzeliczony tłum Kongijczyków, którzy ile tylko sił w nogach szukają swojego miejsca na pokładzie. Miejsca, w którym nieruchomo spędzą najbliższe dwadzieścia cztery godziny na kapryśnych wodach Tanganiki.

Nie dziwi mnie już zupełnie widok samotnej matki z dzieckiem na plecach, dwiema torbami w rękach i jednej masywnej walizce na głowie, o własnych siłach wchodzącej na pokład statku. Z całą pewnością w butach na obcasach manewr ten jest nie do wykonania. W Kongo liczy się wytrwałość i zaradność.

Ostatnie momenty na zakupy u portowych handlarzy oferujących trzcinę cukrową, mleko prosto od krowy, wodę w woreczkach i świeże, ale zawsze twarde mączne pączki. Dobrze, że przyszliśmy tutaj punktualnie półtorej godziny przed 7:15, wyruszamy bowiem z ośmiogodzinnym opóźnieniem.

Fale roztrzaskują się o dziób statku. W najgorszej sytuacji są pasażerowie ulokowani w przedniej części burty, niektórzy z nich już całkowicie przemokli. Nikomu to nie przeszkadza, nawet dzieciom karmionym piersią.

Śpimy na rozłożonej karimacie pod gołym niebem nogi w nogi. Koło mnie leży kilku Kongijczyków, a z każdą kolejną godziną swobodna pozycja zostaje coraz bardziej ograniczona. Z czasem każdy znajduje swoje stałe miejsce niczym ogórek w słoiku. Biegają po nas myszy, ale to wciąż lepsze niż dokuczające malaryczne moskity i brak możliwości rozłożenia moskitiery.

Znad tanzańskiej strony Tanganiki wyłania się podrównikowe słońce. Szybko unosi się znad widnokręgu, zmieniając kolory od głębokiej czerwieni przez pomarańcz po jaskrawy żółty.


Odcięta od świata wyspa na Tanganice

Mijamy bezludne wysepki z rajskimi plażami, turkusową wodą i błądzącymi krokodylami. Kolejne wyspy są zamieszkałe przez autochtoniczne plemiona trudniące się uprawą manioku, kukurydzy oraz bananów. Dużą część pożywienia zdobywają dzięki rybołówstwu, które także daje im możliwość wymiany barterowej na produkty ze świata zewnętrznego. A wygląda to tak, że wydelegowany rybak płynie przez kilka dni na tandze ( w języku swahili tanga to “piroga na Tanganice”) do pobliskiego Kalemie z rybami w celu dokonania wymiany.

W pełni księżyca połowy są utrudnione, więc rybacy z braku innego zajęcia suszą i reperują sieci czekając na ciemne noce, aby móc zwabić punktowym światłem ławice ryb.

W porcie w Kalemie utykamy na mieliźnie. Dodatkowe pół godziny opóźnienia nikomu już nie robi różnicy. Następuje totalne zamieszanie, setki Kongijczyków biegają we wszystkie strony i jednocześnie próbują opuścić statek. Cudem udaje nam się przerzucić za burtę trzy rowery i dziesięć sakw bez zniszczeń. Jesteśmy na lądzie.

Albertville


Architektura epoki belgijskiej w Kongo

Kalemie, czyli dawne kolonialne Albertville, to miasto o interesującej architekturze. Jest zakurzone i wyblakłe, ale w powietrzu da się odczuć nutkę smaku świetności minionej epoki kolonialnej.

Od paru tygodni podążamy śladami Kazimierza Nowaka. Odnajdujemy tutaj pocztę, na której w latach 30-stych zatrzymał się nasz podróżnik. Po rozmowie z naczelnikiem okazuje się, to dokładnie ta sama poczta, wybudowana w 1930 roku, a jak sądzić po wyglądzie zewnętrznym, od tamtej pory nawet nie przemalowana. Umieszczamy tabliczkę pamiątkową wyznaczającą nasz szlak przez Afrykę.


Kongijskie dzieci na plaży jeziora Tanganiki

Wyjeżdżamy z miasta i odnajdujemy plażę, na której znajduje się kilka krytych strzechą chat i drewniana piroga. Dzieciaki spędzają czas wolny grając w piłkę z liści bananowca spiętych sznurkiem. Część z nich przyszła tylko z żółtym baniakiem po wodę. Na wyjściu z plaży młoda dziewczyna wstrzykuje porcję chloru, aby uzdatnić zawartość baniaka.

Gospodyni rozpala palenisko na wieczorną strawę. Zapada zmrok, a w centrum Kalemie działa tylko jeden przemysłowy agregat słyszalny z kilkuset metrów.

Następnego dnia na statku wita nas ta sama załoga sprzed kilku dni. Kapitan, majtkowie, sternik i pomocnicy. Znamy też większość pasażerów. Nasz poślizg wynoszący już dokładnie trzy dni wynika z tego, że przez załadunek ciężarówek opóźnienie zrobiło się pięcio-, ośmio- aż kilkudziesięciogodzinne. Jeden statek musi poczekać i wypłynąć jako kolejny zgodny z harmonogramem, aby opóźnienie nie rosło w nieskończoność. Znamy doskonale rozmieszczenie bagaży i miejsc na statku Okako, więc organizacja przebiega łatwiej niż ostatnio.

Tym razem wyruszamy praktycznie na czas, bo zaledwie dwie godziny po czasie. Początkowo nieprzyjazny i szukający zaczepki żołnierz zostaje szybko zjednany dzięki lotoko, kongijski bimber, którym przezornie jako środek na dezynfekcję organizmu napełniliśmy nasze bidony.

To ciemna noc, więc o poranku spotykamy wiele tang wracających z nocnych połowów.

Pierwsza trudność na lądzie, nie licząc rozładunku, to pokonanie oficera migracyjnego.

Niepokonany oficer migracyjny


Wyblakłe i zakurzone postkolonialne kolory

Skorumpowany urzędnik prosi nas o paszporty. Przegląda. Czeka, aż zamontujemy sakwy do rowerów i zabiera nas do biura Generalnej Dyrekcji Migracyjnej. Znajdujemy się w pomieszczeniu, gdzie poza drugim oficerem, znajduje się tylko ławka i cztery ściany. Pojawiają się fikcyjne powody do wyłudzenia łapówki i bardzo drobiazgowe przeszukiwanie bagażu w nadziei na znalezienie dolarów.

Mamy czas więc łatwo z nami nie będzie. Opóźniamy procedurę w nieskończoność, aby w końcu oficerom się to znudziło. Prosty argument, że nie mamy pieniędzy, bo podróżujemy bazując na gościnności ludzi nie wystarcza. Szukają dolarów, które na szczęście udaje nam się zwinnie ukryć. W międzyczasie urzędnicy przygarniają zeszyt, tabliczki pamiątkowe, koszulkę i parę długopisów.

Jeden z oficerów zabiera nam paszporty i jedzie do drugiego biura na rowerze-taksówce. To przypomina farsę. Kolejne powody do opłat manipulacyjnych, to nasze wizy – voyager to nie to samo co traveler, ani tourist. Pozostaje wykonanie kserokopii paszportów. I kolejny uciążliwy pan higienista i kilkukrotne przekonanie oficera, aby zrobił sobie spacer do bazy dla zdrowia, zamiast wracać z powrotem rowerową taksówką na nasz koszt.

Trzy godziny później

Trzygodzinna odprawa migracyjna, to sposób w jaki dostajemy się do Moby na południu Tanganiki. Słońce w zenicie potęguje trudności przemierzania potężnych wyrw na drodze po zakończonej właśnie porze deszczowej. Ciężka tułaczka pod górę sprawia, że pot leje się litrami, a przejście każdego metra to nieustanna walka ze ślizgającymi się nogami na małych kamieniach i sypkim piasku na twardej szutrowej nawierzchni.

Dostrzega mnie Kongijczyk prowadzący przeładowany trzciną cukrową rower. Przygląda się dobrze, rozgląda w lewo i prawo, a nagle rzuca rower i ucieka. Podchodzę kawałek dalej, ale on cały czas ucieka.


Rowerem przez kongijskie bezdroża

Jakiś czas później dowiaduję się o co chodzi. To pradawny kult czarnej magii, rdzenni mieszkańcy Afryki nie przyzwyczajeni do obecności białych uciekają w obawie, że ich serce zostanie wyrwane żywcem. Przykre, poruszające, powiedziałbym nawet pouczające, ale prawdziwe.

Rozbijamy namiot i przygotowujemy palenisko węglowe używając wyschniętych liści papai jako rozpałki.

Znajdujemy się w sercu dzikiej Afryki, daleko poza zasięgiem telefonów komórkowych, bez elektryczności i bieżącej wody.

Wieczór przy butelce lotoko daje nam w końcu chwilę wytchnienia. W ustach czuję charakterystyczny smak. To nie tylko smak manioku górnej fermentacji. To smak przygody, która cały czas trwa.

czerwiec 2010

drc tanganyika