Kongo w szwach


Transport beczek na prowincji w Kongo

Kongijskie złoża surowców naturalnych szacuje się na ponad 20 bilionów dolarów. Jest to przybliżona równowartość całego amerykańskiego rynku nieruchomości lub dziesięciu kryzysów finansowych przed kilku lat. Kwotę tą można wykorzystać na kupienie każdemu człowiekowi na naszej planecie po tysiącu kilogramów ryżu, mąki i bananów. A w bardziej rozsądny sposób dysponując tą kwotą sprawić, aby problem głodu raz i na zawsze przestał istnieć na całym świecie. Co więc sprawia, że w Kongo ludzie nie mają dostępu do wody, elektryczności, głód jest powszechny, a dzieci umierają na najzwyklejsze przeziębienie?

Weźmy do ręki jakikolwiek ranking rozwoju państw na świecie. Demokratyczna Republika Konga znajdzie się w ścisłej czołówce, zawsze na podium końca tabeli. Konkurencję mogą stanowić tylko takie kraje jak pochłoniętą bezkresną anarchią Somalia lub zapomniane przez świat Burundi.

Warto wspomnieć, że Kongo ma powierzchnię ponad 2 milionów km² (więcej niż Polska, Niemcy, Francja, Anglia, Hiszpania i Portugalia razem wzięte). Na tym obszarze funkcjonuje kilkaset różnych języków, dialektów i narzeczy. Przypadek Kongo to problem dłuższy i bardziej zawiły niż wpływająca do Atlantyku rzeka o tej samej nazwie.

Według moich szacunków, gdyby umieścić w Kongo stabilny, pozbawiony korupcji i transparentny rząd, w ciągu kilkunastu lat kraj ten mógłby stanąć na nogi i stać się jedną z potężniejszych gospodarek na świecie. Korupcja, zła alokacja dostępnych środków, wyzysk i brak troski o dobro społeczne, na tle braku infrastruktury i wyniszczającej wojny domowej skutecznie oddalają dawny Zair od celu, w jakim z powodzeniem kraj ten mógłby podążać.

Dziki rynek


Transport beczek w Kalemie

O poranku Kalemie leniwie budzi się do życia. W głównym porcie nad jeziorem Tanganika odnajdujemy słabo zaopatrzone targowisko, na którym poza kilkoma bananami i maniokiem, nie ma nic. W jednym ze sklepów jedyne dostępne produkty spożywcze to majonez, herbatniki, margaryna i mleko w proszku. Kawałek dalej udaje nam się kupić masę czekoladową w prostym, plastikowym opakowaniu z napisem w języku francuskim i angielskim "Produkt wyłącznie do użytku wewnętrznego ONZ. Nie na sprzedaż w obrocie detalicznym".

Zagłębiam się dalej i szybko się przekonuję o paradoksalnym zbójeckim rynku jaki panuje w Kongo.

Mleko w proszku importowane jest wyłącznie ze Szwajcarii, a Kongijczycy posiadają tysiące krów i pastwisk.

Sardynki w puszcze sprowadzane są z Maroko i Tajlandii, a Tanganika to drugie najbardziej zarybione jezioro świata.

Jedna cebula kosztuje pół dolara. Zanim taka cebula znajdzie się na targowisku w Kalemie, musi przebyć daleką drogę lądowo-wodną z Bukavu.

W miejscu, gdzie panują szklarniane warunki uprawowe za jednego dolara mogę kupić co najwyżej dwie cebule, pół piwa w obskurnej restauracji lub aż 10 kg trzciny cukrowej na ulicy. De facto z braku innych alternatyw, zagłębiając się w Kongo trzcina zupełnie przypada mi do gustu. Daje dużo energii, ale trzeba uważać na zęby, bo łatwo je połamać gryząc twardą łodygę.

Skąd się biorą te dysproporcje i jak tubylców stać na wzajemny handel po zawyżonych cenach dóbr importowanych, skoro większość populacji żyje za poniżej dolara dziennie?

Dlaczego Kongijczycy tak uparcie sprowadzają zagraniczne whisky zalegające na półkach, zamiast butelkować i eksportować doskonałe lotoko, domowej produkcji bimber z manioku i kukurydzy?

Dlaczego w barze, gdzie sprzedawane jest wyłącznie piwo, stoi pięciu handlarzy gotowanych jajek? A gdyby tak tylko wprowadzić do asortymentu słone orzeszki, lepiej pasujące do zimnego primusa?

Tak wygląda "tętniące życiem" miasto portowe. Wjeżdżając w interior Jądra Ciemności przez setki kilometrów nie natrafimy na żaden ślad rozwijającej się cywilizacji. Całkowity brak bieżącej wody, elektryczności, komórek, dróg, szpitali, lekarzy i szkół.

W zasadzie to tylko szczyt góry lodowej, czyli dobry wstęp do książki opisującej istotę problemów nękających Kongo.

drc side