Travel stories to discover

Kierunek Ukraina


Cmentarz Orląt Lwowskich

Zbieramy się w piątkę znajomych. Dobrze się składa, bo nasz pociąg ze Szczecina do Przemyśla zatrzymuje się  po drodze we wszystkich naszych miastach.  Podróż do granicy mija dość szybko, cały czas pod znakiem pełnych entuzjazmu rozmów o wyjeździe. Nikt z nas wcześniej nie był na Ukrainie, więc wyjazd zapowiada się tym bardziej ciekawie.

Dojeżdżamy do Przemyśla, skąd pozostaje problem dojazdu na granicę polsko-ukraińską. Zagadujemy kierowcę i wygląda to mniej więcej tak: "Ile kosztuje przejazd?". Spytany kierowca odpowiada: "Pięćdziesiąt". Co oznacza ta odpowiedź? Chwila konsternacji. Powiedziałbym: zgłupieliśmy i zwątpiliśmy. Okazało się, że zapłacimy pięćdziesiąt groszy od osoby.

Najwyraźniej to rodzaj lokalnego dofinansowania dla drobnych przemytników. Albo po prostu silna konkurencja. Dojeżdżamy na granicę w Medyce (około 15 km). Przejście, albo raczej przeprawa na Ukrainę idzie dość topornie. Jeden moment nie uwagi wystarczy, aby z pięciu osób w kolejce wyrosło nagle przed nami kolejnych kilkanaście. Od tego momentu jesteśmy już bardziej czujni. Cała przeprawa trwa około godziny. Znajdujemy się po stronie ukraińskiej, gdzie bez problemu znajdujemy postój marszutek (tutejszych autobusików). Marszutki należą do najbardziej dostępnych i popularnych środków komunikacji. Za 20 hrywien dojeżdzamy do Lwowa.

Lwów i duża dawka zwiedzania


Menu w McDonald’s

Właśnie znajdujemy się w centrum Lwowa, ale bez najmniejszego pojęcia w którą stronę zmierzyć i gdzie poszukać noclegu. Pewien poczciwy ukraiński dziadek poleca nam dzielnicę, w której najlepiej poszukać noclegu. Minęła godzina, w trakcie której pytamy kilku sklepikarzy o drogę. W końcu znajdujemy pensjonat "Kniaziu". Mimo braku wystarczającej ilości miejsc, udaje nam się dogadać: połączymy trzy łóżka tak, aby spać w piątkę.

Wsiadamy w trolejbus. Pytam starszego pana jadącego koło mnie, czy we Lwowie (i ogólnie na Ukrainie) można pić alkohol w miejscach publicznych. Na jego twarzy pojawił się wyraz zdziwienia – to taka reakcja na oczywiste pytanie. Oczywiście, że tak. Jak to możliwe, że miałoby to być niemożliwe? Pora na nocne zwiedzanie.

Lwów to piękne miasto, życie nocne kwitnie. Jako punkt orientacyjny przyjmujemy Plac Swobody. Panuje tu idealny klimat sprzyjający zawieraniu nowych znajomości. To miejsce, gdzie mieszkańcy Lwowa piją przed wieczorną imprezą. Udajemy się na przyjemny spacer i podziwianie lekko przesłoniętej drzewami architektury. W tej okolicy spędzamy większość wieczoru. Robiąc rekonesans poznajemy różne zakamarki, odwiedzamy kilka pubów i poznajemy przypadkowych, ale bardzo kontaktowych ludzi. W jednym lokalu nie sposób odmówić wypicia za "przyjaźń dwóch narodów". Jeden z Ukraińców częstujących nas wódką mówi: "To je dla vas" i jako podarunek wręczył nam flaszkę "Perlovej", którą postanawiamy wraz z nowymi znajomymi rozpocząć. W ten sposób dziś obchodzę urodziny. Dość późną wtorkową nocą miasto nieco opustoszało, mimo tego nawet ciemne uliczki sprawiały wrażenie bezpiecznych, a ludzie, fakt, podpici, ale przyjaźni. Moją opinię o dostępności alkoholu potwierdza następujące doświadczenie: bez względu na to jak bardzo zabity dechami kiosk odwiedzamy, to zawsze można tam dokonać zakupu, nawet o dowolnie późnej godzinie. Wystarczy zapukać!

Od rana zabieramy się za zwiedzanie historycznych zabytków. Lwów pełen jest przeróżnych rzeźb, pomników i uliczek pełnych urokliwych kamienic. Duża ilość zieleni, placów i otwartych obszarów przeznaczonych dla pieszych dodaje miastu dużo przestrzeni. Pamiętajcie, każde słowo może mieć tutaj dwa znaczenia. Szukamy drogi na Stary Rynek, a pytając o drogę różne osoby spotykamy istotne rozbieżności w pokazywanych kierunkach. W efekcie trafiamy na "Rynok", czyli lokalnym targu warzywnym.

Odwiedzamy cmentarz Orląt Lwowskich, co prawda już po zamknięciu, ale po krótkich negocjacjach udaje nam się za dodatkowe parę hrywien wejść. Niektóre pomniki są niepowtarzalne, przedstawiają ludzi w różnych pozycjach, obrazują pewne symbole i często razem z nagrobkiem tworzą bardzo skomplikowaną konstrukcję. Odwiedzamy również Uniwersytet Lwowski. Tutaj znajduje się pomnik byłego rektora uczelni, dowiadujemy się, że był on dalszym stryjkiem Karoliny. Ale zbieg okoliczności!

Na obiad udajemy się do polecanego przez parę osób baru "Hit". W miłej atmosferze i nowoczesnej stylizacji kosztujemy ukraińskiej kuchni. Wieczorem idziemy do klubu Millenium. Jest to zdecydowanie najlepszy, a co za tym idzie również najbardziej wylansowany klub w mieście. Podejrzewam, że klub zawdzięcza sukces polityce cenowej – dziewczyny wchodzą gratis. My płacimy w zależności od dnia tygodnia 20-40 hrywien, czyli jak na warunki ukraińskie, bardzo dużo. Nasza środowa impreza jest pozytywnym zaskoczeniem dla wszystkich. A to za sprawą klimatu, dobrej muzyki i jeszcze lepszej atmosfery do zawierania nowych znajomości. Po kilku rozmowach okazuje się, że sporo ludzi ma polskie korzenie. Większość konwersacji bez problemu odbywa się w języku polskim.

Podróż w czasie do Odessy


Słynne schody Potiomkinowskie w Odessie
symbolizują wejście do miasta

Pociąg ze Lwowa do Odessy jedzie ok. 12 godzin. Przedziały w klasie kupe są bardzo wygodne. Jest to czteroosobowy przedział zamykany od wewnątrz. Mnóstwo tematów do rozmów, gry pociągowe oraz dwie butelki dobrej, ukraińskiej wódki Nemiroff (największa firma gorzelnicza w kraju) czynią tą podróż błyskawiczną. W pizzerii po raz pierwszy próbujemy piwa „Bile Niefiltrowane”. Dla osoby niewtajemniczonej, ten napis w cyrylicy wygląda na prawdę tajemniczo, nie dający żadnej wskazówki co może oznaczać. Piwa niepasteryzowane ze względu na inny proces produkcji są mętne i mają nietypowy smak.

W centrum miasta dostrzegamy dużą mieszanka ludzi. Widać napływ mieszkańców z Bliskiego Wschodu, Mongolii, a także krajów z rejonu Morza Czarnego. Odessa zostawia wrażenie podróży w czasie do epoki piratów i wielkich wypraw morskich. Spotykamy śmiesznego gościa oferującego zdjęcia z małpą, wykonuje pracę w dość zakręcony sposób. Widząc brak zainteresowania małpą, powtarza już tylko w kółko „helo, friend! friend! lizard!”, po czym wyciąga wielką jaszczurkę z torby. Schodzimy w dół słynnymi schodami Potiomkinowskimi. Te 193 stopnie to symbol wejścia z portu do miasta. Trafiamy na "Morskij wokzal".


Pomiędzy wodą a kamykami….

Po drodze spotykamy uczennice liceum morskiego ubrane w charakterystyczne biało-czarne mundurki. Widzimy jak kilka z nich wymienia się na warcie przy obelisku. Po niecałej godzinie dochodzimy na plażę. Okazuje się, że parę dni temu były niekorzystne prądy morskie, więc woda jest bardzo zimna (ma około 14 stopni). Nie zmienia to faktu, że i tak się wykąpiemy. Słońce praży, a na plaży pojawia się mnóstwo ukraińskich dziewcząt w stroju topless. Niestety, ale już wczesnym popołudniem zachodzi słońce i robi się zimno. Zbliża się czas naszego pociągu do Simferopola, miasta na samym środku Krymu.

Krym, półwysep na Morzu Czarnym


Pomnik Lenina. Jeden z wielu

Tym razem decydujemy się na płackartę, znacznie tańszy standard podróży. Wspólny, otwarty wagon sypialny bez przedziałów stanowi główną różnicę w stosunku do przedziałów kupe. Ten odcinek podróży pociągiem mija równie szybko jak droga do Odessy. Ale sam przejazd obfituje w dodatkowe atrakcje. W trakcie poszukiwania wagonu restauracyjnego przeprawiamy się przez osiem innych przedziałów płackarta. Aż tu nagle pociąg się zatrzymuje. Wychodzę na zewnątrz. To co zobaczyłem przeszło najśmielsze oczekiwania odnośnie zakupów żywnościowych w trakcie jakiegokolwiek postoju. Na stacji znajduje się kilkanaście stanowisk. Przy każdym stoisku stoi babuszka, często z młodszą wnuczką-pomocniczka. Ujawnia się pełen asortyment przepysznie wyglądających ukraińskich potraw. W powietrzu poza zapachem dobrze wypieczonego mięsa z grilla unosiły się słowa, wśród których bez problemu można było wyłapać "kartoszku, kartoszku…". Dostaliśmy rewelacyjny obiad (kotlet, surówki, kartoszki) i do tego piwo za równowartość dwóch dolarów. Pyszności, to po prostu coś niespotykanego! Późniejszym wieczorem w pociągu spotykamy Cezarego Pazurę, który akurat wybierał się na wakacje do Jałty.

W Simferopolu łapiemy trolejbusa do Ałuszty. Podróż dość długa, wszyscy jesteśmy już zmęczeni. Po drodze poznajemy starszego dziadka-szachistę, który oznajmia nam, że jest Grandmasterem. Grandmaster to drugi najbardziej prestiżowy tytuł (poza World Champion) przyznawany za osiągnięcia szachach. Tytułem tym może się poszczycić niecałe tysiąc osób na świecie.

Na dworcu w Ałuszcie, zgodnie z oczekiwaniami pojawiają się babuszki oferujące tanie noclegownie. Nasze lokum nie należy do luksusowych, ale mamy 3 pokoje do dyspozycji, łazienkę i kuchnie. Nasza miejscowość, na pierwszy rzut oka wydaje się interesująca. Bardzo malownicza, położona tuż nad wybrzeżem. W okolicy płaskowyże i górskie krajobrazy. Plaże kamieniste to też duży plus. Oznacza bowiem bardzo dobrą widoczność pod wodą. Pierwsze dwa dni mamy problem ze swobodnym wejściem do wody, która miała tylko 13 stopni. Na szczęście kolejnej nocy przychodzi korzystny prąd i już nad ranem temperatura wzrasta do 24 stopni. Jest pełno atrakcji turystycznych: obserwowanie dalekich obiektów przez lunety i teleskopy, wykonywanie zdjęć z zabytkowymi samochodami, dzikimi zwierzętami czy przebieranie się i udział w scenach ze średniowiecznej opery. Oczywiście nie brakuje także sprzedawców grillowanych owoców morza, ormiańskich kebabów i zimnego piwa. Bez wątpienia największą popularnością na naszej wesołej promenadzie cieszy się karaoke. To tutaj całymi wieczorami pijani Rosjanie nieudolnie próbują śpiewać. Ale w tym miejscu ma to pewien sens i nazwijmy nawet – urok.


Karolina przy cerkwi jałtańskiej

Innego dnia wybieramy się na wycieczkę do Jałty. Miejsce to ma opinię najbardziej wylansowanej mieścince na Krymie, chętnie odwiedzanej przez zamożnych Rosjan z Moskwy. Na głównym placu w samym centrum Jałty od razu rzuca się w oczy wyeksponowany pomnik Lenina, twórcy doktryny komunizmu. Jakby na lekką ironię tuż obok McDonalda, patetycznego symbolu kapitalizmu. Warto też odwiedzić cerkwie i ciekawie zaprojektowane restauracje położone tuż przy bądź stosunkowo niedaleko wybrzeża. Woda w Jałcie jest przyjemna, więc bez zbędnego zastanawiania się idziemy popływać.


Czatyrdach

Dziś zdobywamy Czatyrdach, drugi co do wysokości szczyt na Krymie. To także miejsce poszukiwania inspiracji w Sonetach Krymskich u Adama Mickiewicza . Podejście zajmuje nam około trzech godziny. Istnieje możliwość wybrania jednego z kilku wariantów drogi w zależności od stopnia trudności. Ze szczytu widać całą okazałość góry, malownicze krajobrazy, a także głęboką przepaść. Na szczycie pijemy triumfalne piwo "Bile Nefiltrowane".

Tak blisko, a taka daleka podróż

Podróż powrotna nie należy do najkrótszych. Uwzględniając oczekiwania na przesiadki, z Krymu do Polski dojeżdżamy po około 50 godzinach. Po drodze kupujemy pięć kilo winogron (za około 10 hrywien), kolejne dwa posiłki to pół wiadra pomidorów (jedyna rzecz oferowana na pewnej stacji) i pierogi ruskie domowej roboty. Warto zwrócić uwagę na trzy zalety kupowania jedzenia na stacjach kolejowych: dania są zawsze ciepłe, warzywa i owoce zawsze świeże, a piwo zawsze zimne.

We Lwowie robimy ostatnie zakupy przed wjazdem Polski. Na dworcu spróbowaliśmy kolejnego specjału: zielony barszcz (albo raczej "borsz") po ukraińsku. Nie ma jeszcze dwudziestej, więc mamy nadzieję, że zdążymy na pociąg w Polsce, który odjeżdża za niecałe trzy godziny. Było to jednak zbyt śmiałe, czysto fantazyjne i nierealne przypuszczenie. W efekcie ten około 90 kilometrowy odcinek (łączący Przemyśl z Lwowem) pokonaliśmy w niecałe dziesięć godzin (z solidnym, ośmiogodzinnym opóźnieniem na granicy). Tym sposobem, zamiast spokojnie zdążyć na wieczorny pociąg, ledwie udało nam się załapać na pociąg o 5 rano następnego dnia. Teraz już tylko kolejne dziesięć godzin i będziemy w domu.

Parę ciekawostek:


Imprezy na Krymie
  • w wielu sklepach do dziś używa się liczydeł, a sprzedawcy na targowiskach używają wag, które trzymają w ręku, a na tackę np. kładą arbuza
  • warto zapamiętać kilka ukraińskich słów, których polskie odpowiedniki brzmią zupełnie inaczej, np. dworzec to вокзал (wokzal), a czterdzieści to сорок "sorok"
  • po polskiej stronie granicy dostrzeżemy stosy taśmy samoprzylepnej używanej do podklejania paczek papierosów w miejscach niewidocznych dla celników
  • we Lwowie kursują autobusy z butlami gazowymi na dachu
  • babuszki są niezastąpione, zapewniają tanie noclegi, jedzenie na postojach i dbają o to, aby piwo podawane przez ich wnuczki było zimne
  • na dworcach kolejowych można spotkać bardzo oldschool’owe rozkłady jazdy. Maszyna wygląda jak jednoręki bandyta i działa mniej więcej tak: Wciskamy przykładowo literkę M, za szybką przerzucają się grube strony, a po kilku sekundach mamy informacje na temat pociągów do Moskwy, Mińska itd.
  • polecam wziąć ze sobą dolary lub ewentualnie euro, bez problemu można wymienić w każdym kantorze – jednak najlepsze uzyskamy kursy poza bezpośrednim otoczeniem dworca
  • jeśli chcesz zdobyć uznanie sklepikarza nigdy nie kupuj mniejszej ilości alkoholu niż soków czy coli
  • na Krymie znajduje się najdłuższa na świecie czynna linia trolejbusowa
  • woda w Morzu Czarnym potrafi w ciągu doby zmienić temperaturę o 10 stopni

Przykładowe ceny:

Dzienny budżet (spanie, transport, jedzenie, atrakcje): 100 – 150 UAH ($20 – $30 USD)
Produkty spożywcze średnio o 20% tańsze
Obiad w "Stołowaju" (restauracja dla turystów): od 12 UAH
Obiad u babuszki na stacji 9 UAH
Porcja krewetek: 4 UAH
Piwo w sklepie: 2-4 UAH
Piwo na imprezie: 5-8 UAH
Wódka 1 litr: 15-30 UAH
Papierosy: 1-5 UAH
Pociąg "kupe" z Lwowa do Odessy ok 70 UAH
Tramwaj w Odessie: 0.50 UAH
Pociąg "płackarta" z Odessy do Simferopolu, ok. 40 UAH
Marszutki, połączenia lokalne od 2 UAH do 5 UAH
Spanie we Lwowie (hotel "Kniażiu") 33 UAH
Spanie u babuszki na Krymie $30 za 5 dni

Wrzesień 2006