Kenia zachodnia i plemię Teso

House in Chamasiri villageDom w wiosce Chamasiri

Przejście graniczne w Lwakhakha, mimo że nie istnieje na wielu mapach, to jak afrykańskie warunki przebiega bezproblemowo. Opuszczając zamęt przygraniczny szybko okazuje się, że prowincja Western to ziemia przyjaznych i uśmiechniętych ludzi z plemienia Teso. Pedałujemy kolejne kilkanaście kilometrów i dojeżdżamy do wioski Chamasiri, w której poznajemy rodzinę Emoit. To pokaźna ilość osób, bo przez trzy albo i cztery pokolenia nazbierało się mnóstwo kuzynów, braci, sióstr, dzieci i dzieci ich dzieci.

Słońce dopiero zmierza ku zachodowi, a cała gromadka młodych Emoitów bawi się na trawie przy glinianych chatkach. To moment, w którym wyjmuję z sakwy drewnianą zabawkę, niewinną (ale tylko na warunki europejskie) imitację zielonego węża. Pierwsza reakcja dzieci to strach, przerażenie, krzyki, ale ostatecznie śmiech i doskonała zabawa dla wesołego towarzystwa, które wzajemnie straszy się wężem przez resztę wieczoru.

 

Fresh milk for Kenyan tea

Mleko prosto od krowy do kenijskiej herbaty

Rozbijamy namiot, po czym zostajemy zaproszeni na herbatę z ciepłym mlekiem prosto od krowy, którą jedna z afrykańskich babci specjalnie dla nas wydoiła. Gospodarze pokazują nam swoje domostwa, które odwiedzamy przemierzając po ciemku bujnie porośnięte poletka manioku i grządki orzeszków ziemnych. Gospodarz z niedowierzaniem pyta “Jeśli ktoś w waszym kraju nie ma ziemi, to jak jest w stanie przetrwać?“.

Emoit family, Chamasiri villageRodzina Emoit, wioska Chamasiri

Przed pójściem spać zostajemy zaproszeni na ugali, potrawę z mąki kukurydzianej gotowanej na palenisku, którą zakąszamy liśćmi kassawy.

Noc mija bez większych niespodzianek, ale o poranku budzi nas świnia, początkowo kwicząca, ale za moment ryjąca u podstawy namiotu. Pora wstawać. Przy porannej herbacie, gospodyni pokazuje nam proces prażenia orzeszków ziemnych, które ze zdecydowanym omijaniem słowa prażenia orzeszków ziemnych, które ze zdecydowanym omijaniem słowa peanuts, nazywa groundnuts. Wymieniamy się drobnymi upominkami i dostajemy pokaźną porcję energetycznych, świeżo uprażonych orzeszków.

Cooking groundnuts
Prażenie orzeszków
LifeStraw
LifeStraw

Odcinek do miejscowości Bungoma jest bardzo spokojny. W pewnym momencie tylko przecinamy główną drogę, mijamy tory kolejowe, aby znów zanurzyć się w bezdroża, tym razem prowadzące do Kakamegi. Pokonujemy męczące podjazdy, ale rozkoszujemy się też odprężającymi zjazdami. W dolinach przebiegają rzeki, w tej porze roku myślę, że niektóre z nich nadawałyby się nawet na spływ kajakiem.

Delicious mandazi
Mandazi, niezastąpiona przekąska

W terenie ciężko znaleźć miejsce na popołudniowy odpoczynek, aby chociaż napić się piwa. W końcu pojawia się wioska Nambacha, a tam pierwszy bar od przekroczenia granicy, czyli od ponad stu kilometrów. Chyba trafiliśmy na jakieś lokalne święto, bo wszyscy są zalani w trupa, jest wódka, brandy, gra muzyczka i ciężko z kimś się dogadać. Ale dostajemy Tuskera, flagowe piwo kenijskie.

Tusker, the taste of KenyaTusker, smak Kenii

Spotkanie w kenijskiej szkole

Dojeżdżamy do Kakamegi. U ulicznego sprzedawcy kupujemy dojrzałego ananasa i próbujemy odnaleźć Shiseso, wioskę, w której mieszka pewna Amerykanka.

Niestety nikt nie zna drogi do tego miejsca. W końcu pojawia się poczciwa staruszka, utrzymująca, że dobrze zna okolice. Droga jest na tyle skomplikowana, że nikt z rowerowych taksówkarzy nie jest w stanie pojąć tych wszystkich zakrętów i drobnych ścieżek, że ostatecznie przekonujemy jednego z młodych rowerzystów, aby zabrał na bagażnik także pomocną staruszkę w roli naszego GPS’a. To odcinek około 7 kilometrów, pokonujemy go dojeżdżając po zachodzie słońca, tuż przed zmrokiem.

GPS on wheels
GPS na kółkach
Madeline's hut in Shiseso
Chatka Madeline w Shiseso

Madeline Boyd pracuje jako nauczycielka fizyki i chemii w Shiduha Secondary School w Shiseso w ramach programu stworzonego przez amerykańską organizację Peace Corps. To uśmiechnięta i pełna energii niebieskooka blondynka z Oregonu. Poza standardowymi lekcjami, Madeline prowadzi także cotygodniowe zajęcia Guidiance and Counselling, których istotą jest rozmowa na praktyczne życiowe tematy.

Shiduha Primary School's kids
Dzieci z Shiduha Primary School

Korzystając z tej okazji razem z Signe stajemy się gośćmi na jednym z tych spotkań. Naszym zadaniem będzie odpowiadanie na pytania licealistów z perspektywy naszych krajów, a także na niektóre indywidualnie skierowane pytania. Wśród nich zdarzają się całkiem poważne (np. czy w naszych krajach spotyka się kobiety na stanowiskach rządzących) jak i bardziej wynikające z naturalnej ciekawości (np. pytanie dlaczego mam długą brodę, albo co Europejczycy jedzą na śniadanie i co robią, gdy temperatury spadają poniżej zera).

Guidiance and Counselling, Shiduha Secondary SchoolSpotkanie w Shiduha Secondary School

Po zajęciach Madeline częstuje nas swoim imbirowym piwem własnej produkcji, a wieczorem robimy mały wypad do miejscowości Khayaga wynajmując kierowców na motorach piki-piki.

True recyclingPrawdziwy recycling
Pimp my bikePimp my bike

Niestety podróż wzywa, opuszczamy więc to oddalone od świata miejsce. Po paru kilometrach kończy się szuter. Na wiejskim targowisku przyglądam się maczecie i biorę ją do ręki. Jak zapewnia sprzedawca, da się nią ściąć „big tree”, ale po krótkiej rozmowie wybieram lepszy model potrafiący poradzić sobie z „even bigger tree”.

New machete
Maczeta, popularne narzędzie rolnicze w Afryce

Pozornie ruchliwa droga okazuje się zupełnie nieuczęszczana przez samochody. Krajobraz tworzą jaskrawozielone, rozległe plantacje herbaty wypełniające wzgórza aż po horyzont. Nie brakuje ostrych podjazdów i zjazdu dnia, na którym rower obłożony sakwami bez problemu rozwija prędkość ponad 60 kilometrów na godzinę.

Tea plantations on the horizon
Plantacje herbaty na horyzoncie
Unilever Tea plantation
Plantacja Unilever Tea

W pewnym momencie naszym oczom ukazuje się bezkresna dolina i widoczne na horyzoncie przez lekką mgłę pasma górskie. To rozległe na kilkadziesiąt kilometrów Nadi Escrapment i Mau Escrapment, nasypy tektoniczne z którym będziemy jeszcze mieli do czynienia.

Postanawiamy, że duże miasta, takie jak Kisumu, najlepiej po prostu ominąć. Przed samą zatoką Winam skręcamy w lewo i kontynuujemy zakurzoną, szutrową drogą przecinającą plantacje trzciny cukrowej.