Przedostanie się drogą lądową do Myanmaru, czyli dawnej Birmy, chodziło mi po głowie od pierwszej podróży po Azji Płd. Wschodniej. Granice lądowe zaczęto dopiero otwierać w ciągu ostatnich kilku lat, a południowa część kraju pozostawała w znacznej izolacji od świata aż do sierpnia 2013 roku. Dziś możemy „łatwo” przedostać się z Kanchanaburi w Tajlandii do Dawei po stronie myanmarskiej korzystając z przygodnych środków transportu.


Na ten wyjazd umawiam się razem z Chrisem, którego dwa lata wcześniej poznałem w Peru. Tym razem Chris przylatuje z Arabii Saudyjskiej, a ja z północnej Norwegii. Spotykamy się na Khaosan Rd, a to idealne miejsce, by nadrobić zaległości towarzyskie. One Night in Bangkok. A w zasadzie „Two Nights in Bangkok” bo nieprzewidywalność wydarzeń, a także formalności wizowych nas nieco opóźnia.

Opuszczamy wielkie miasto, a w Kanchanaburi, zupełnym przypadkiem odnajdujemy kolejne połączenie do Phu Nam Ron tuż przy granicy z Myanmarem.

Tutaj też się zatrzymujemy na noc u poznanego przemiłego Taja przedstawiającego się jako Doctor O. Dzięki wyjątkowej gościnności odstępuje nam coś w rodzaju werandy przy gabinecie. Pomijając twardą podłogę, insekty i walki psów w środku nocy, wysypiamy się znakomicie.

Rano przekraczamy granicę w Htee Khee. Asfalt po tajskiej stronie w pewnym momencie po prostu się urywa. Ze statystyk dowiadujemy się, że w pierwszych miesiącach od otwarcia granicę przekroczyło zaledwie kilka osób (wliczając w to Azjatów). To miejsce jeszcze niedawno nie istniało. Wynajmujemy kierowcę, który za 30 dolarów obiecuje, że zawiezie nas do Dawei. Nowa droga to najzwyczajniej szutrowa ścieżka prowadząca przez wyrąbany wąski pas w birmańskiej dżungli. Zapewne jest w planie jakiś asfalt, ale jeszcze się to nie wydarzyło.

Po czterech godzinach dojeżdżamy do Dawei. Miasto raczej nie zachwyca, panuje śpiąca tropikalna atmosfera, a to niegdyś ważny port handlowy. Udało nam się znaleźć tylko jeden dostępny dla obcokrajowców hotel w mieście. Główną atrakcją jest chyba Shwe Taung Zar Pagoda, pokaźny kompleks świątyń.

Kraj niskich krzeseł

Wynajmujemy tuk-tuka, aby dojechać nad Maungmagan Beach. To miejsce wypoczynkowe dla lokalnych mieszkańców, a więc barów i restauracji nie brakuje, w sam raz aby napić się piwa i zjeść pieczonego homara.

To właśnie tutaj po raz pierwszy wybierając bar zacząłem zwracać uwagę na rodzaj stolików i krzeseł. Przy średnim wzroście mieszkańców około 160 cm, często trafiamy na za małe krzesła lub stoliki z poprzeczkami na wysokości kolan, co uniemożliwia siedzenie.

Kuchnia myanmarska wyróżnia się na tle innych w rejonie, ale ma też wyraźne wspólne korzenie.

Przeważa ryż i makaron, podawane jest dużo warzyw, szczególnie świeżej zieleniny, tajemnicze białe kuleczki, czosnek, imbir i inne bardzo intensywne przyprawy. Niektóre z nich są dość kontrowersyjne, jak na przykład wszechobecny sos na bazie ekstraktu rybnego, który raczej ciężko polubić.

Częstą opcją jest otwarty bufet, czyli około kilkanaście garnków z różnymi potrawami gotowanymi z rana i serwowanymi pod strzechą. W upale garnki stygną powoli, więc zachowują swoją temperaturę przez większość dnia.

Okoliczne wioski tętnią lokalnym życiem. Mężczyźni wyplatają nową ścianę z bambusa, kobiety szyją ubrania swoim dzieciom, które beztrosko bawią się skacząc na gumie i biegając po okolicy.

Przed nami 11 godzinny przejazd do Mawlamyine przez dżunglę. Widać, że karczowanie i przygotowywanie drogi to świeża robota. Ślady w laterycie po koparkach jeszcze się nie doczekały hulającej pory deszczowej.

Zrozumiałem, dlaczego autobus ma także tylne światło. Przy szerokości dróg około 3-4 metry to przydatny gadżet, aby kontrolować pozycję tylnych kół, aby przypadkiem nie spaść w środku nocy w przepaść. To pewnie azjatycka odpowiedź na boliwijską drogę śmierci.

To pierwsze wrażenia z pobytu w Myanmarze, co będzie dalej, to się okaże!