Izrael na dwóch kółkach

Czasem można odnieść wrażenie, że pół Izraela to jeden wielki poligon

Zamiast obiecanego słońca i upałów tuż po przylocie wita nas ulewny deszcz. Parę wnikliwych pytań służby imigracyjnej, pieczątka wbita i jesteśmy w Izraelu. Nasz znajomy Ohn Debby odbiera nas z lotniska. Dobrze się składa, bo nie musimy teraz pedałować w ulewnym deszczu po ciemku. Przemieszczamy się 50 kilometrów na północ do miejscowości Netanya. Izrael z łatwością można podzielić na dwie części. Zielona, kwitnąca północ i suche, pustynne południe. O ile północ kraju przypomina skrzyżowanie Europy z USA, to południe jest już całkowitym odludziem i miejscem, gdzie można poczuć autentyczny klimat Bliskiego Wschodu. Pierwsze kilka dni dzięki gościnności Ohn’a spędzamy na poznaniu północnej części Izraela.

Zielona północ

Jadąc do nowego kraju teoretycznie nie szkodzi zobaczyć kilka miejsc opisywanych w przewodnikach (ale nie za dużo!). Zwiedzamy Jerozolimę, przemierzamy drogę krzyżową i zaglądamy w różne miejsca związane z życiem Jezusa. To prawdopodobnie jedyne miasto na świecie uważane za święte przez wyznawców trzech religii: islamu, judaizmu i chrześcijaństwa. Dało to podłoże wielu przeszłym jak i bieżącym sporom, nie tylko na tle religijnym.

Stopniowo i coraz bardziej szczegółowo poznaję podłoże niekończącego się konfliktu Palestyny z Izraelem. Muszę przyznać, że na przestrzeni całego wyjazdu, rozmawiając zarówno z Żydami, Palestyńczykami jak i niezależnymi osobami, trudno przyjąć jednoznaczne stanowisko, bo obie strony mają dużo racji w swoich poglądach. Jest to tak złożony problem, że treścią zdecydowanie zdominowałby podróżnicze wrażenia.

Odwiedzamy śródziemnomorskie wybrzeże, ruiny akweduktu, Morze Galilejskie, Nazaret, kilka miejsc gdzie można napić się piwa, zobaczyć jeszcze więcej żołnierzy, zwykłych ludzi, rabinów i po prostu się przejść przyglądając się na niezrozumiałym napisom w języku hebrajskim.

Lokalna kuchnia

Nim ruszymy na południe warto wspomnieć o izraelskiej kuchni. Ohn to entuzjasta gotowania, o czym może świadczyć jego pasja i perfekcja, z jaką kilkukrotnie przyrządza dla nas swoją ulubioną szakszukę. Potrawa powstaje poprzez umiejętne usmażenie pomidorów, jajek, kiełbasek, cebuli i często innych, dostępnych w lodówce produktów. Zjadana z reguły na śniadanie szakszuka to, w wolnym tłumaczeniu “wielki bałagan”.

W Izraelu na każdym kroku uliczny straganiarz sprzedaje bagietki z zieloną pastą o nazwie zaatar. Na większy głód popularne są falafele, ale przede wszystkim kebaby z nielimitowanymi surówkami do wyboru, a często z frytkami gratis.

Nie zmienia to faktu, że Izrael na mojej liście ustępuje tylko Skandynawii pod względem najdroższych miejsc jakie odwiedziłem. Idąc na targowisko da się jednak znaleźć korzystne cenowo produkty, takie jak banany, oliwki, świeże i suszone daktyle, ale i to co najpopularniejsze, czyli humus, rodzaj pasty spożywanej z chlebem pita. Przygotowanie humusu polega na zmieleniu i dokładnym wymieszaniu ciecierzycy, czosnku, sezamu, oliwy i soku z cytryny, a często dodawane są inne przyprawy nadające specyficznego smaku.

Pustynne południe

Przepędzanie bydła na pastwisko

Tel Aviv to kosmopolityczne i prężne miasto. Spotkamy tu surferów jadących na skuterach na plażę, zapracowanych biznesmenów i zagubionych turystów z plecakami. Mijamy Tel Aviv-Jaffa i cały czas trzymamy się malowniczego wybrzeża. Tego dnia dojeżdżamy za Ashdod, a miejsce na nocleg znajdujemy gdzieś w gąszczu roślin pomiędzy Qiryat Malakhi a Qiryat Gat.

Krajobraz zaczyna się zmieniać. To niesamowite jak szybko zieleń przechodzi w sawannę, a następnie w półpustynię. Niestety, ale cały czas jedziemy główną drogą, ale z każdym mijanym miastem w stronę południa ruch zdecydowanie się zmniejsza.

Zbaczamy parę kilometrów z drogi na półpustynię, a gdy nastaje już zmierzch, rozpalamy ognisko. Zupełnie z zaskoczenia podchodzi do nas kilku Beduinów trudniących się hodowlą wielbłądów.

Zasiadamy wspólnie przy ognisku, jemy pieczywo z humusem i banany zapiekane z czekoladą. Chyba jesteśmy tutaj niezłym zjawiskiem, bo wkrótce pojawia się kolejna grupa zaciekawiona obecnością tajemniczych przybyszów.

Na koniec wieczoru łapiemy kilka dużych pustynnych mrówek i dla spróbowania smażymy je na ognisku. Mają dużą zawartość białka.

Wiatr wieje prosto w twarz, jedziemy cały czas pod górę. W pewnym momencie zaczyna się burza piaskowa. Szalejący po okolicy piasek jest nagle wszędzie. Mija nas mini tornado, ale zaraz potem pogoda się poprawia.

Czuję, że zaczyna się właściwa część naszej przygody. Dziesiątki kilometrów bez żadnych śladów cywilizacji przed nami.

W pierwszych dwóch dniach odcinka pustynnego pojawiają się pierwsze trudności logistyczne z dobieraniem odpowiedniej ilości wody i pożywienia. Czasami upały sięgają ponad 40 stopni, więc zmęczenie, pragnienie i słońce doskwierają jeszcze bardziej.

Wojna w stanie gotowości

Droga przecina gigantyczny poligon wojskowy na pół. Nad naszymi głowami latają uzbrojone myśliwce F-16 i helikoptery z gotowymi do wystrzału potężnymi rakietami. To przypomina mi, że cały czas jesteśmy w Izraelu.

Każdy Izraelczyk musi spędzić trzy lata w wojsku w wieku 19-22 lat. W tym okresie panuje rygorystyczna dyscyplina. Po ukończeniu obowiązkowej służby, każdy dorosły mężczyzna w wieku 23 – 50 lat objęty jest obowiązkowymi miesięcznymi szkoleniami raz w roku.

Przykładając tak duże znaczenie do siły militarnej, Izrael, 7.5 milionowe państwo posiada w swoich szeregach 500,000 aktywnych żołnierzy, z czego 200,000 to uzbrojone jednostki rozproszone po całym kraju w stanie natychmiastowej gotowości. I do tego stopnia, że część żołnierzy śpi w butach z karabinem w ręku. Ma to jakiś sens, ponieważ Izrael jest w ciągłym zagrożeniu ze strony państw ościennych.

Pustynne oazy

Niespotykana radość po przypadkowym odkryciu oazy Shittim

Bezchmurne niebo na pustyni nie oznacza nic innego jak palące słońce. Jest to szczególnie uciążliwe podczas podjazdów, gdy słony pot lejący się z czoła wywołuje pieczenie oczu. Odrobinę ulgi zapewniają zjazdy, na których z pełnym obciążeniem osiągamy niekiedy prędkości bliskie 70 km/h.

Mijamy kilka wadi, miejsc gdzie w razie intensywnych opadów mogą pojawić się okresowe rzeki. Zapewniam, że widok dwumetrowego pachołka ostrzegającego o poziomie wody na środku piekielnie gorącej pustyni wygląda dość komicznie. Ale został postawiony tu w jakimś celu!

Mijamy Be’er Sheva, największe miasto na pustyni Negev oraz kibuc Sede Boqer, w którym wbrew oczekiwań nie udaje nam się uzupełnić zapasów. Przed zmierzchem dojeżdżamy Mizpe Ramon, miasteczka na środku pustyni.

Żydzi świętują szabat i nie pracują od piątkowego zachodu słońca aż do zachodu słońca w sobotę. Przeszukując całe miasto znajdujemy jeden jedyny czynny sklep i rzucamy się na wszystkie dostępne produkty. Chyba się zbyt zagłodziliśmy i wytraciliśmy za dużo energii.

Mamy zapas wody i żywności na półtorej dnia. Przed nami długi, ekstremalnie szybki zjazd na rowerach. Rozpoczynamy przeprawę przez wnętrze krateru Makhtesh Ramon. To olbrzymi twór geologiczny o wymiarach 38 km x 6 km i głębokości 450 metrów. Wnętrze wypełnia niesamowity, jakby księżycowy krajobraz: rozległe pustki, niewyobrażalne przestrzenie i brak śladów cywilizacji.

Po całym dniu jazdy odkrywamy Shittim, ukrytą pośrodku niczego oazę. Możliwość napicia się zimnego piwa na środku pustyni to nie opisana radość. Nawet za 16 ILS, czyli po kilkukrotnie zawyżonej cenie. Najadamy się do syta i gromadzimy energię na kolejny odcinek trasy.

Mieszko znalazł partnera do rozmowy

Jesteśmy pośrodku poligonu wojskowego. Rzekomo piloci bombardujący próbne cele mają nasze koordynaty i mają też pamiętać, aby nie testować rakiet w miejscu, gdzie śpimy.

W ciągu kolejnego dnia w jednej z baz wojskowych po drodze dostajemy żołnierskie śniadanie. Rower sprzyja zawieraniu dobrych znajomości.

Słyszę strzały. Przejeżdżamy przez kolejny poligon. Powoli zbliżamy się do granicy egipskiej i jedziemy wzdłuż niej na południe. Pierwsze przejście graniczne to przejście wojskowe. Nie ma możliwości obsługi ruchu turystycznego, ale żołnierze są zaskoczeni naszym przyjazdem na rowerach. Dzielą się z nami prowiantem, chwilę rozmawiamy, ktoś pokazując na moją koszulkę Beerlao, mówi “O, widzę, że też byłeś w Laosie”. Chwilę później siedzimy już w ich wojskowej, wzmacnianej wersji hummera i robimy sobie wspólne zdjęcia z flagą izraelską w tle.

Przed nami stromy zjazd i wkrótce osiągamy cel. Elat to turystyczna miejscowość na południowym skraju Izraela, w miejscu styku trzech krajów na północnym krańcu Morza Czerwonego. Ze względu na wielkość Izraela i krótką linię brzegową z Morzem Czerwonym, są tutaj miliony izraelskich turystów.

Zaliczamy pierwszą od paru setek kilometrów kąpiel i rozbijamy namiot tuż przy granicy z Egiptem na plaży.

Gdy Kasia już grzecznie śpi, idziemy z Mieszkiem przejść się po okolicy. Trafiamy do jakiegoś baru, palimy fajkę wodną i nasłuchujemy izraelskich opowieści o Egipcie, sącząc mocny alkohol anyżowy nieznanego pochodzenia. Myślami jestem już w Egipcie.

kwiecień 2011

israel