Into the Wild, czyli daleka północ

Krajobraz w zwierciadle Store Skålbrekkvatnet

Znów wariacka przesiadka. Zostało mi parę dni na ogarnięcie zaległych spraw i przygotowanie się do kolejnego wyjazdu, tym razem niemalże prosto z izraelskiej pustyni na daleką norweską północ.  Do pokonania około 3000 km, aby dojechać na północne wybrzeże Skandynawii. Każda kolejna noc robi się coraz chłodniejsza, dni stają się coraz dłuższe, przyroda coraz bardziej dzika, a ślady cywilizacji bardziej znikome. Przemierzając Szwecję, na jeziorach pojawiają się kry, a wkraczając do Finlandii, inne już jeziora w końcu całkowicie zamarzają. Zielona trawa staje się coraz bardziej żółta, a z czasem pokryta śniegiem. Konie, krowy i sarny już dawno zamieniły się w renifery, łosie, lisy i zupełnie niewidoczne na majowym śniegu, śnieżnobiałe króliki. Podróż na północ to podróż w czasie.

W Polsce wiosna w pełni, w Izraelu środek piekielnego lata, a tutaj zima. Znów jest zimno, obrzeża fiordów cały czas pokryte są śniegiem, nawet w maju można jeździć na nartach. W środku nocy nie robi się ciemno, a już za dziesięć dni słońce przestanie zachodzić i będzie świeciło całą dobę, nieustannie przez dwa miesiące.

Z dnia na dzień powinno robić się coraz cieplej i pogodniej, zdarza się, że świecące słońce pozwala chodzić w krótkim rękawku, ale pogoda bywa bardzo kapryśna i nawet w środku lata nie dziwi deszcz, wichura, grad i śnieg, wszystko na raz. To moja przygoda „Into the wild”.

Prawie całkowite odludzie w północnej prowincji Troms, na północno-zachodnim skraju wyspy Senja znajduje się maluteńka wioska rybacka  Mefjordvær, dokładnie na samym końcu drogi. Poza znikomym ruchem lokalnym, pojawiają się tutaj turyści przyjeżdżający na ryby, niekiedy jacyś zagubieni podróżnicy lub narciarze off-piste, szukający miejsc z dala od tych opisywanych w przewodnikach. Okolica jest fantastyczna, a to za sprawą fiordów i dzikiej przyrody, którą mam w planie dogłębnie poznać przez najbliższe kilka miesięcy.

Mefjord jest jak koniec świata

Każdy wyjazd na coś na celu – lub powinien mieć. Tym razem w moim wypadku jest to uzupełnienie budżetu na kolejne podróże, przy okazji nauka języka norweskiego, a przede wszystkim obcowanie z przyrodą i jak najwięcej biegania, chodzenia, robienia zdjęć, jeżdżenia na rowerze i longboardzie.

Jedna z moich teorii odnośnie pracy mówi, że zajmując się czymś odpowiednio ciekawym i urozmaiconym, nie sposób się zmęczyć. Robię wszystkiego po trochu: od pracy w barze i restauracji przez wypożyczenie łódek, podpisywanie kontraktów z turystami, udzielanie instrukcji jak obsługiwać łódki, gdzie łowić ryby, odbieranie i odwożenie gości na lotnisko, drobne prace remontowe na świeżym powietrzu, wykonywanie zdjęć infrastruktury oraz oprowadzanie gości po okolicy. A gdy nie ma nic innego do roboty, znikam w terenie i zdarza się to bardzo często.

Lato się rozkręca i mimo, że zdarzają się ciepłe dni, woda cały czas jest lodowata. W takie dni w Ersfjord, czyli we fiordzie z plażą parę kilometrów dalej, nic nie przeszkadza norweskim dzieciom, aby się kąpać. To jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie można zobaczyć ośnieżone szczyty gór, plażę, ocean i dzieci się w nim kąpiące z przyjemnością. Z czasem można się też do tego przyzwyczaić i przyznam, ze na kilku z bardziej szalonych lokalnych imprez zdarzało mi się skakać do wody o temperaturze 9ºC!

Mijają tygodnie i cały staram się w pełni korzystać z uroków tego miejsca. Prawie codziennie wbiegam na któryś z okolicznych szczytów Kyle, Knuten, albo po prostu biegnąc wzdłuż fiordu Mefjord mijam sąsiednią wioskę Senjahopen i jak dobrze pójdzie dobiegam do pierwszego tunelu (czyli 2×13 km w obie strony). Z czasem też pogoda coraz mniej zaczyna mi przeszkadzać.

Ktoś kiedyś powiedział, „Life is not about waiting for the storms to pass – it’s about learning how to dance in the rain.” („Życie nie polega na przeczekiwaniu złej pogody – chodzi o to, aby nauczyć się tańczyć w deszczu„). Norweskie dzieci już od najmłodszych lat zdają sobie z tego sprawę, więc zamiast siedzieć w domu i grać w Playstation, spędzają dzień na świeżym powietrzu, a czasem nawet w deszczu jeżdżą na rowerach. Można podłapać ten klimat.

Breidtinden (1017m), szczyt wyspy Senja

Mieszkając w tak małej społeczności nie sposób nie poznać prawie wszystkich mieszkańców. Spotykam się tutaj z gościnnością i otwartością ludzi z dwóch okolicznych wiosek: Mefjordvær i Senjahopen. Idąc do sklepu, biegając, serwując drinki na imprezie, zawsze spotykam te same znajome twarze. Coś zupełnie przeciwnego do anonimowości wielkich miast. I tak jak pogoda, też można się do tego w zupełności przyzwyczaić.

Czasem planując dłuższą trasę, zapuszczam się w głąb wyspy. Do kolejnych szczytów z reguły dojeżdżam na rowerze, zostawiam go przy drodze i wchodzę na górę. Dużą przewagą wszystkich gór jest to, że od samego początku są strome i wymagające, a także to, że wspinaczka odbywa się od poziomu 0 metrów nad poziomem morza. Moje ulubione trasy to Grytetippen (895m), Keipen (938m), Husfjellet (635m) i przede wszystkim Breidtinden (1017m), najwyższa góra na wyspie, z której rozpościera się panoramiczny widok na fiordy wgryzające się ze wszystkich stron w ląd. Ciekawą obserwacją jest kolor wody, który jest zupełnie inny w każdym z fiordów. Sama wspinaczka nie należy do najłatwiejszych, można nawet najeść się strachu (tak było w moim przypadku, gdy przez pomyłkę poszedłem złą trasą i na parę minut utknąłem pomiędzy przepaścią a drogą powrotną, którą nie miałem pojęcia jak zacząć się cofać). Olbrzymia przestrzeń i ta niespotykana cisza na szczycie rekompensuje każdą kroplę potu i chwile stresu, które musiałem przeżyć, aby tu dotrzeć. Polecam wszystkim żądnym przygód odwiedzającym wyspę Senja.

Niewątpliwym plusem mieszkania na wielkiej, ale mało zaludnionej wyspie jest to, że w ciągu dziesięciu minut mogę znaleźć się w miejscu, gdzie jak wzrokiem nie sięgnę widzę tylko fiordy, góry, doliny, jeziora, lasy i strumyki, bez śladu cywilizacji. Uwielbiam to poczucie wolności, przestrzeni, ciszy, a to osiągam poprzez wyprawy na zaplanowane wcześniej trasy z mapy topograficznej.

Człowiek, mimo wszystko, jest istotą społeczną i w razie potrzeby są tutaj także rozrywkowi ludzie. W zależności od nastroju, można samotnie kontemplować piękno przyrody lub dołączyć do towarzystwa, pójść imprezę i prawie zawsze wylądować u kogoś na nattspill, aby do ósmej rano z wielkim wysiłkiem próbować zrozumieć coś ze zwariowanego norweskiego Senja dialektu.

Nie można pozostać obojętnym wobec dalekiej norweskiej północy, można to miejsce znienawidzić, lub podobnie jak ja,  pokochać. Przemówiło do mnie jedzenie halibuta lub dorsza pięć razy w tygodniu, podobnie jak nieustannie świecące słońce, mieszkanie we fiordzie pięć kroków od oceanu, gdzie nie ma żadnych centrów handlowych i panuje surowy klimat przy jednoczesnym minimalizmie infrastruktury dla turystów.

sierpień 2011

nord