Huayna Potosi (6088m)

Marzenia się spełniają

Obserwując rozległe wody jeziora Titicaca, tego dnia powietrze wydało mi się znacznie bardziej przejrzyste. Wyszedłem na taras hotelu na wyspie Isla del Sol, w którym spędziłem minioną noc i spojrzałem przed siebie. Daleko, prawie na horyzoncie dostrzegłem ośnieżone szczyty Cordillera Real. Początkowo moja wyobraźnia zarejestrowała ten widok jako zupełnie oderwany od rzeczywistości krajobraz, przetarłem oczy i po chwili zrozumiałem, że to przenikliwie prawdziwe, surrealne zjawisko. Bijące wewnątrz serce podpowiedziało mi, że to kierunek, w którym powinienem podążyć. I w tym momencie na moim celowniku znalazł się jeden z boliwijskich sześciotysięczników.

Przygotowania bez planu

Copacabana, widok z Cerro Calvario

Soroche to w boliwijskim dialekcie choroba wysokościowa. Dotyczy każdego, kto z poziomu morza w zbyt krótkim okresie czasu przeniesie się na wysokość około 4000 metrów (często wystarcza już 3000 metrów). Najlepszym remedium jest czas. Trzeba pozwolić sobie dobrze wypocząć, nie ponaglać organizmu i stopniowo się zaaklimatyzować.

Pomaga również picie herbaty z liści koki i dużo wody, ograniczony wysiłek fizyczny i lekka dieta. W moim wypadku udaje mi się szybko zaaklimatyzować, u innych osób dolegliwość potrafi trwać 2-3 dni. Oczywiście dłuższa aklimatyzacja w naturalny sposób zmniejsza ryzyko choroby wysokościowej przy pokonywaniu kolejnych izohips.

Pierwsze kilka dni na „zalecanej” wysokości spędzam w miejscowości Copacabana nad jeziorem Titicaca. Miejscowość położona jest na zboczach dwóch gór na południowym wybrzeżu jeziora. Niegdyś był to punkt pielgrzymek, dziś przyjazna miejscowość turystyczna. Tuż przed zachodem słońca wspinam się na Cerro Calvario, jedno ze wzgórz, aby ujrzeć zatokę w całej okazałości.

Kolejny przystanek to wspomniana Wyspa Słońca (po hiszpańsku – Isla del Sol), dopływamy tam małą łódką. Krótka eksploracja wyspy i przemierzenie jej wzdłuż pozostawia jedno wrażenie. Isla del Sol do złudzenia przypomina jedną z śródziemnomorskich wysp, z równie złocistymi plażami. Jedyna różnica – tutaj nikt się nie kąpie, jesteśmy prawie cztery kilometry nad poziomem morza, woda ma dziewięć stopni Celsjusza, a na skraju plaży pojawiają się kępki śniegu.

Błądząc bez celu lokalnymi ścieżkami łatwo zaobserwować codzienne życie mieszkańców. Spotykam tutaj rybaków, pasterzy oraz rolników uprawiających ziemniaki i orzeszki ziemne. W drobno rozsianych po wyspie wioskach przeważają skromne gliniane chatki, bez elektryczności, a jedyny posiadany dobytek to rzadko coś więcej niż dwie krowy, kilka świń, osioł i skromne poletko zasianej ziemi tuż przy domu. Na wyspie nie ma ani jednego samochodu lub motoru, obowiązuje ruch pieszy, a z jednego krańca wyspy na drugi można szybko przedostać się tylko łódką.

Tak przebiega aklimatyzacja. Isla del Sol znacznie przyjemniejsze miejsce niż La Paz, stolica. Ale trafiam i do zatłoczonej stolicy, aby zorganizować wyprawę i przygotować potrzebny sprzęt. Strome uliczki, stragany rozstawione bezpośrednio na jezdni, niektóre całkowicie blokują ruch. Tak właśnie wygląda poszukiwanie ekwipunku. Jedno z ciekawszych miejsc to stragan, na którym sprzedawane są różne przedmioty przynoszące szczęście, jak na przykład suszone lamy w roli ozdoby wieszanej na ścianie. Czemu nie…, szczególnie jeśli przynoszą szczęście!

Przygotowując się do wyprawy chcę wyeliminować kilka potencjalnych czynników niepowodzenia. Przede wszystkim, nie może to być głód, pragnienie lub chłód. Solidne zapasy jedzenia, wody, a także odpowiednie części garderoby to istotne szczegóły. Przy doborze skarpetek sugerowałem się zaleceniem doświadczonego lokalnego przewodnika. „weź przynajmniej dwie albo trzy pary skarpetek”. Z jednej strony, wiem co to znaczy prawdziwy mróz, poradziłem sobie nawet z -40˚C w Skandynawii, a tutaj spodziewam się „zaledwie” -15˚C, w porywach -20˚C. A więc? – „no tak, ale to Boliwia”, pomyślałem… różnie to bywa, więc kupuję dwie pary skarpetek z lamy i dodatkowo jeszcze jedne, super ciepłe. Jak zobaczył je mój przewodnik, powiedział tylko „wystarczy ci ta jedna para”. Poza tym, po godzinnych poszukiwaniach odnajduję również zapatero, ulicznego szewca, który za 15 bolivianów (około dwa dolary) sprawia, że moje wysłużone i rozpadające się buty wyglądają jak nowe. A już miałem je wyrzucić, jakieś sześć tygodni temu…

Pokonać sześć tysięcy

Cordillera Real

Od pomysłu minął niecały tydzień, a ja właśnie przygotowuję się do noclegu w bazie aklimatyzacyjnej Paso Zongo na wysokości 4700 metrów. Początki nie prezentują się zachęcająco. Mizerna pogoda. Ciągle pada, bardzo chłodno i wilgotno. Męczą mnie problemy z żołądkiem, gorączka, osłabienie i niespotykane dotychczas wychłodzenie organizmu. Nie pamiętam, kiedy czułem się tak paskudnie. Spędzamy pierwszą noc. Tutaj też poznaję resztę grupy, łącznie jest nas dwanaście osób.

O poranku analizujemy potrzebny sprzęt i dokonujemy ostatnich poprawek w jego doborze. Obładowani ekwipunkiem przenosimy się do drugiego obozu Campamiento Rocas na wysokości 5200 metrów. Podejście jest stosunkowo łatwe, jedyną trudność stanowią śliskie kamienie, o poranku wciąż na granicy gołoledzi. Wczesne popołudnie przeznaczamy na spacer na wysokość około 5300 metrów oraz ćwiczenia z rakami i czekanami na lodowcu. Przed nami wielki dzień.

Nie łatwo się zmobilizować, aby zasnąć, ale już około siódmej wieczorem prawie każdy wtula się w śpiwór. Tutaj przydatny okazuje się sposób na zasypianie z butelkami z gorącą wodą. W nocy jest zdecydowanie cieplej w śpiworze, nie trzeba gotować wrzątku przed wyjściem, a woda w butelce nie zamarznie w ciągu dnia.

Wstajemy kilka minut po północy. Przygotowujemy sprzęt, ubieramy się i o godzinie 1:16 rozpoczynamy atak szczytowy. Związani linami, w bezkresie ciemnej, kompletnie czarnej nocy o świetle czołówek wspinamy się do góry.

Od czasu do czasu dostrzegam szczeliny lodowcowe głębokie na kilkaset metrów, zaledwie parę kroków od naszej ścieżki. Jest przenikliwie zimno, cicho, samotnie i monotonnie. Po około dwóch godzinach intensywnego marszu osiągamy Campo Argentino (5600 metrów). To pusty, płaski obszar pokryty wieczną warstwą śniegu, wokół znajdują się szczeliny lodowcowe.

Przed nami kilkudziesięciometrowa ściana o nachyleniu około 45 stopni. Pokonujemy ją wzajemnie się asekurując. Tak na prawdę to jedyna techniczna trudność przy zdobywaniu tej góry. Inne trudności sprowadzają się do wytrzymałości organizmu. Razem z wpiętym ze mną Koreańczykiem, w trakcie kolejnych godzin parokrotnie padamy z wykończenia na kolana, na ręce, czasem prawie prosto na twarz. Rozpoczyna się walka.

Od czasu do czasu krztuszę się, zaczyna pojawiać się silny ból żołądka i płuc. Czuję jakbym zaraz miał wypluć płuca razem z krwią. Brakuje mi oddechu, a przemieszczamy się w tempie zaledwie 1-2 km/h. Prawie nigdy mi się to nie zdarza, ale tym razem jestem śmiertelnie wykończony. Stopniowo tracę nadzieję i myślę, żeby zrezygnować.

Na niedomiar złego, dopada mnie rozwolnienie, a na wysokości ponad 5700 metrów to bardzo skomplikowany i czasochłonny problem, wliczając w to zdejmowanie uprzęży, rozpinanie zatrzasków i zamków na mrozie. Kontynuujemy.

Cały czas czas zastanawiam się, co ja tutaj robię. Jestem gdzieś w środku Ameryki Południowej, a jest przenikliwie zimno. Przy minus piętnastu poniżej zera legają gruzem wszystkie stereotypy o wyłącznie gorącym klimacie tego kontynentu. Moje ręce są przemarznięte, na granicy pierwszego i drugiego stopnia odmrożenia. A moje super grube skarpetki z lamy ledwo dają radę. Nie mogę zapiąć kurtki pod samą szyję, bo zamarzł zamek, a wszystkie ubrania zesztywniały od mrozu łapiącego każą wilgoć wydzielaną przez organizm.

Walka cały czas trwa, co kilka minut robimy krótką przerwę, z reguły ma to miejsce, gdy ktoś z naszej dwójki upada ze zmęczenia. Daję z siebie wszystko, lecz moje oczy mimowolnie wypełniają się łzami. To łzy wykończenia, utraconej nadziei i bezsilności wobec słabości organizmu i bezlitosnych, nienegocjowalnych praw przyrody. W głowie pojawia mi się myśl, „wrócę do domu i nigdy na podobną wyprawę się nie wybiorę”, nieustannie sobie to powtarzam.

Świta. Ukazuje się wierzchołek góry. Tym razem to Joseph przechodzi kryzys i całkowicie traci nadzieję, która wraca dopiero, gdy osiągamy magiczne 6000 metrów. Moje ciężko pracujące serce, które dzielnie pompuje spragnioną tlenu krew, zaczyna bić jeszcze szybciej. Pojawia się nadzieja, a z nią euforia i nieznana mi dotychczas, zapasowa energia.

To ostatnie kilkadziesiąt metrów w pionie do szczytu. Już wiem, że muszę się tam dostać. To moja misja i powołanie. Każdy kolejny krok stawiam z trudem zbliżonym do wejścia na kilkumetrową drabinę. Pokonujemy odcinek wąskiej grani ze skalnym urwiskiem po lewej stronie i około kilometrową przepaścią po prawej.

Widok i sytuacja nie pozwalają się w pełni odprężyć, ale szczyt jest już na wyciągnięcie ręki, zaledwie 150 może 200 metrów dalej.

Ktoś powiedział, że droga do nieba prowadzi przez sam środek piekła. Nie wierzę, w to co się dzieje. To ten moment i zupełnie metafizyczny poziom doznań. Zegarek wskazuje parę minut po godzinie siódmej rano czasu lokalnego. Właśnie zdobyliśmy szczyt Huayna Potosi. Cały świat, wszystko inne gdzieś pozostały w oddali. Stoję na wysokości 6088 metrów. Euforia i satysfakcja ze zwyciężonej walki jest niewyobrażalna. W moich oczach po raz kolejny pojawiają się łzy. Tym razem są to łzy szczęścia.

Zrozumiałem magię wysokich gór. To pierwsze, jednorazowe i zaledwie kilkudniowe doświadczenie zupełnie zmieniło moje nastawienie – już w połowie drogi powrotnej usłyszałem szept podświadomości, „Huayna Potosi to nie koniec, a dopiero początek twoich kolejnych górskich przygód.”

Dodam, że nie jestem wariatem pobijania i odhaczania kolejnych rekordów, ale pewna refleksja nasuwa się sama: jak to dobrze, że w Europie używamy systemu metrycznego! Wysokość 6088 metrów brzmi znacznie lepiej niż 26 stóp poniżej magicznej liczby 20,000 stóp.

styczeń 2012

huayna potosi