Gdzieś na Korsyce

Kolory Porto

Kitesurfing i jazda na rowerze. Nieplanowana wyprawa na GR20 w butach SPD i trampkach. Dzikie świnie, które sieją zamęt na drogach, ale ich mięso zdobyło uznanie na całej wyspie i daleko poza nią. Blisko dwudziesto kilometrowy podjazd i przeprawa rowerem z poziomu morza na ponad tysiąc metrów. Zjazdy w nocy, czasem po ciemku z jedną lampką do podziału na trzech. Niekiedy w tych mrocznych czeluściach pojawiają się setki świecących oczu. To wpatrzone w nas gigantyczne stado górskich baranów! To właśnie Korsyka.

Sam dojazd na tą śródziemnomorską wyspę to nie lada gratka. Na dobry początek, beztrosko rozmawiając podczas jazdy zagapiliśmy się i zamiast jechać na południe Europy, prawie dojechaliśmy do Hamburga. Około 250 km premii specjalnej nie powstrzymało nas jednak przed przedarciem się przez Alpy i dojechaniem do Werony jeszcze tego samego dnia – tyle, że w nocy. Tam spotkaliśmy się z Lią, znajomą, która zrobiła nam nocną rundkę po mieście, zobaczyliśmy jakiś balkon, podobno legendarne miejsca spotkań Romeo i Julii, zabytkowe uliczki i miejskie krajobrazy, w środku nocy, więc bez turystów miejsca te robią większe wrażenie.

Wstać o poranku nie było łatwo, ale śpieszymy się na prom z Nicei. Jak się okazuje to nie dwie-trzy, a ponad pięć godzin jazdy! Zdążyliśmy więc z solidnym, półgodzinnym zapasem przed odpłynięciem naszego promu, na który już mieliśmy bilety. A miał być czas na zwiedzanie Nicei. Na promie spotykamy się wszyscy, łącznie szóstka starych dobrych znajomych, aby kolejne dwa tygodnie spędzić na Korsyce, według niektórych opinii to ostatnie dzikie miejsce w Europie Południowej.

Do Bastii dopływamy po zmroku. Pozostaje tylko przejechać 90km do Calvi. “Godzinka jazdy” – pomyślałem – gdy po błądzeniu, mijaniu samowolnych krów, pokonywaniu ostrych zakrętów na górskich drogach z zapałkami na oczach dojeżdżamy do campingu, jedyne co się marzy, to zimne piwo i pójście spać.

Pierwszy tydzień spędzamy na północy wyspy. Calvi to całkiem interesujące miasteczko. Główną atrakcję stanowią historyczne budynki z pokaźną cytadelą dumnie wznoszącą się nad rozległą zatoką.

Wietrzne dni spędzamy w poszukiwaniu spotów na kitesurfing. Plaża w Calvi jest zbyt osłoniona od wiatru, ciężko trafić na sprzyjający jego kierunek, jadąc trochę na północ pojawiają się jeżowce. Idealna miejscówkę odnajdujemy dopiero około 20 km na południe od Calvi (jadąc wzdłuż wybrzeża), tuż przed Morsetta, to kamienista, rozległa i dość odosobniona plaża. Tutaj pojawiamy się kilka razy. A gdy nie wieje poznajemy okolicę na rowerach robiąc różne pętle.

Jednego dnia przez pomyłkę trafiamy na szutrową drogę, która staje się coraz bardziej kamienista, z wyrwami, aż zapędzamy się tak głęboko że przeistacza się w jeden z najtrudniejszych pieszych szlaków Europy, GR20. Jeden odcinek pokonujemy w butach SPD i trampkach, po ciemku, z jedną lampką i rowerami! Po paru godzinach wychodzimy w miejscowości Calenzana, skąd czeka nas przyjemny zjazd do Calvi.

Średnio w ciągu dnia po korsykańskich górach da się zrobić około 100km, ale aby zwiększyć zasięg staramy się dwa razy nie jeździć po tych samych trasach i podjeżdżać kawałek autem. Jak już dojedziemy do Galéria, to miejsce stanie się naszym kolejnym punktem startowym, skąd będziemy wyruszać w kolejne eskapady. W moim odczuciu zdecydowanie najciekawszą trasą była około 110 km pętla z Porto przez Pianę, Cargese i Vicio. To nie tylko malownicze widoki, klify i dzika zwierzyna, ale także wyczerpujący podjazd i rekompensujący wszelkie wysiłki zjazd (jak zwykle, już po ciemku).

Po tygodniu przenosimy się na południe, do zatoki Santa Guila, tuż przy Porto-Vecchio. To baza wypadowa, aby zwiedzić Bonifaccio, być może najbardziej wystawne i komerycjne miasto Korsyki, z robiącą niesamowite wrażenie cytadelą położoną tuż nad klifem. Warte polecenia dla samej scenerii i krajobrazów. Trasy rowerowe też dają radę, a nasze poszukiwania kitespotów jakoby usilne, nie zawsze skuteczne. Udaje nam się odnaleźć kilka ciekawych miejsc, zarówno na wschodzie i zachodzie wyspy, lecz albo sama infrastruktura (np. glony, trudny dostęp, dojazd czy np. druty kolczaste) stwarzają utrudnienia, niekiedy to po prostu brak wiatru. Utwierdzam się w przekonaniu, że Korsyka to świetne miejsce, aby w aktywny sposób spędzić wakacje, lecz oczekując więcej możliwości uprawiania kitesurfingu, trzeba pomyśleć nad miejscami bardziej ku temu stworzonymi. Chociażby Maroko, Sardynia, Egipt, Dania czy Zalew Szczeciński.

październik 2012

Corse