Skip to content
Travel stories to discover

Elbrus, czyli europejska Mekka freeride’u


Panorama Kaukazu, widok z Elbrusa

Północny Kaukaz. Elbrus i Czeget, czyli dwie góry, na których zbocza co roku spadają setki tysięcy hektoton świeżutkiego puchu. Jazda w takich warunkach to prawdziwy raj dla snowboardzistów – odległy o trzy i pół dnia podróży. Podejmujemy to wyzwanie i wsiadamy w pociąg który zawiezie nas do Kabardyno-Bałkarii, krainy położonej w Rosji, kawałek za Morzem Czarnym.

Podróż zaczynamy z końca Polski. Wsiadamy w Szczecinie do pociągu. Kierunek Kraków. To pierwszy etap podróży. Na tym odcinku nawet nie próbujemy myśleć o tym ile czasu zajmie nam dojazd na Kaukaz. W zasadzie pierwsze dziesięć godzin to tylko dojazd na dworzec, z którego rozpocznie się właściwa część podróży. Czas szybko zleciał i nim zdążyliśmy się obejrzeć, dojechaliśmy do pierwszej przesiadki. Korzystając z okazji, umawiamy się z Eweliną, dobrą znajomą z Krakowa.

W Krakowie poznajemy pozostałą część ekipy – Bartasa i Kubę. Trochę dziwnie wyszło, ale gdy początkowo planowaliśmy wyjazd chętnych nie brakowało. Jednak, gdy nastawał moment przemiany zamiarów w czyny prawie wszyscy zaczęli się stopniowo wykruszać. W efekcie zostałem tylko ja i Remik. Wyjazd znalazł się pod wielkim znakiem zapytania, ale z pomocą pojawił się Internet. Całkowicie przypadkowo poznaję trzeciego zapalonego snowboardzistę Bartasa, a także narciarza Kubę, który szybko został mianowany "Perełką wyjazdu". Tak więc spotykamy się w czwórkę w Krakowie.

Aktualnie mamy  godzinę, aby zdążyć na pociąg do Kijowa, więc zasiadamy wygodnie w Galerii Krakowskiej na wspólne piwo. Zaczynają się rozmowy. Wszyscy bardzo pozytywnie nastawieni  wsiadamy do ukraińskiego "pojezdu" z miejscami sypialnymi. Podczas kontroli granicznej około pięć razy musimy poprawiać ukraińskie "karteczku imigracyjne", bo ciągle celnicy mają jakieś zastrzeżenia. Udało się.  Wpisujemy losowe odpowiedzi na zadane po ukraińsku pytania (każdy ma inną wersję). Celnicy jakimś cudem odpuszczają sobie typową dla tych stron dociekliwość przy jakichkolwiek czynnościach służbowych. Jesteśmy na Ukrainie.

Klimatyczny Kijów

Trudno tu mówić o wyspaniu się, bo całą noc w trwała pociągowa impreza. O poranku dojeżdżamy do Kijowa. I tu pojawia się pierwszy problem. Jak kupić bilet na dalszą część podróży? Bardzo uczynne okazały się dwie kijowskie dziewczyny, które we wszystkim nam pomogły. Mamy bilet do Charkowa, miasta które możemy uznać za półmetek podróży. Idealnie się składa, bo mamy jeszcze kilka godzin do odjazdu pociągu. Szybko zostawiamy bagaże i wyruszamy na podbój stolicy Ukrainy.


Dwie Natasze poznane w centrum Kijowa

Na dworcu widać liczne babuszki sprzedające przeróżne produkty: wędzone kiełbasy, domową słoninę, prażone orzeszki i wyprawiane skóry bydlęce. Wszystko to tworzy wysoki kontrast z nowoczesnym miastem w tle. Pierwszy lokalny rekonesans i już kierujemy się w stronę metra do centrum. W ramach rozrywki wraz z Perełką zaczęliśmy zjeżdżać po poręczy przy schodach ruchomych prowadzących do stacji metra. Udaję się uniknąć kilku niebezpiecznych sytuacji, ale prędkości osiągane po tej niezwykle śliskiej, wypolerowanej nawierzchni są na tyle duże, że jednak dochodzi do wypadku. Skończyło się tak, że nadziałem się przedramieniem na schody ruchome i palec wskazujący lewej ręki całkowicie wypadł mi ze stawu. To sytuacja wymagająca szybkiej reakcji. Odważnym i zdecydowanym ruchem udaje mi się go wsadzić z powrotem na miejsce. Na szczęście nie złamany, ale i tak przez cały wyjazd i kolejne miesiące będzie to powracający problem. Wsiadamy w metro, a po paru stacjach wychodzimy w ciekawym miejscu. To centrum miasta jest żywe i kolorowe. Poznajemy kilka uroczych dziewcząt, z których zdecydowanie najlepsze wrażenie zrobiła na nas uśmiechnięta Natasza. Odnajdujemy miejsce z pokazami breakdance’a, a zaledwie kawałek dalej, na Placu Niepodległości, skaterzy katują różne tricki na deskorolkach. Jak ja uwielbiam takie miejscówki pełne pozytywnego klimatu. W drodze powrotnej znów trafiamy na naszą Nataszę. Szkoda, że nasz pociąg odjeżdża tak szybko, no ale misja snowboard wzywa. Wsiadamy w potężną maszynę, która  zawiezie nas do Charkowa.

Docieramy na Kaukaz


Dwa wierzchołki Elbrusa (5621m i 5642m )

W każdym pociągu poznajemy ciekawych ludzi, warto dodać, że ze znaczną częścią z nich mieliśmy okazję się napić! W Charkowie nie zdążamy na pociąg do Rostowa, ale okazuje się że jest inny, w dodatku bezpośredni do Mineralnych Wód. Odwiedzamy dworcowe bistro z wyeksponowanym, olbrzymim samowarem. A teraz pociąg. Trafiamy do fantastycznego wagonu.

Sprzedawczyni, u której kupujemy piwo, spytana czy ma otwieracz mówi: "A wy odkryć neumiete?". Po czym otwiera nam zakapslowane piwo ręką o kant swojego wózka z jedzeniem i napojami. W przedziale jedziemy z małżeństwem, ich córka Alexia potrafi kciukiem dotknąć ręki i wygiąć palce o 180 stopni do tyłu. Nasz towarzysz Perełka przegrywa koszulkę w zakładzie ze spotkanymi w wagonie restauracyjnym dziewczynami o to ile mają lat. Ukraińskie pociągi są bardzo wesołe, a czas mija przyjemnie. Pośpiechu wręcz brak. Doba w takim pociągu mija szybciej niż półgodzinny przejazd miejskim autobusem, w którym wszyscy patrzą w sufit, nikt nic nie wie i nikt nic nie mówi.

Bardzo wczesnym porankiem osiągamy cel. Mineralne Wódy . Zimno, pada deszcz i ciemno. Od razu dopada nas lokalna mafia przewozowa oferująca swe usługi. Stwierdzamy jednak w samym mieście mamy parę rzeczy do zrobienia. Trzeba się nieco ogarnąć, coś zjeść, kupić ruble i wtedy pomyślimy się co dalej. Na dworcu jest kilku milicjantów, wyraźnie szukających pretekstu do łapówki. Przyczepiają się także do nas, ale na szczęście po negocjacjach kończy się tylko na wpisaniu do wielkiej księgi ewidencyjnej. A może to była Dworcowa Księga Gości. W Mineralnych Wodach ze znalezionych kilku banków, tylko jeden akceptuje zużyte lub stare banknoty dolarowe. Niedużo, ale niestety trochę ich mamy. Ciekawa jest też procedura wejścia do niektórych punktów wymiany walut. Ktoś patrzy na nas przez prostokątny lufcik. Na hasło "dolery" przesuwa się potężna zasuwa i otwierają się pancerne drzwi. Wchodzę się do malutkiego zamkniętego pomieszczenia do obsługi indywidualnej. Próbuję wynegocjować korzystniejsze warunki wymiany starych banknotów, ale w ripoście słyszę tylko "Netargowat, to je bank". Transakcja od zużytych banknotów wyniesie 10% prowizji.


Nasza hopa na Czegiecie

Na wszelki wypadek zawczasu kupujemy bilet do Moskwy typu "płackarta" (bo jak się okazuje, wyższy standard "kupe" jest 3 razy droższy). Sprawy załatwione, możemy jechać do Terskola, podkaukaskiej wioski. U przedstawicieli naszej mafii przewozowej udaje się stargować cenę z początkowych $100 od osoby na tyle samo, ale za całą naszą czwórkę. Po niespełna trzech godzinach w busie znajdujemy się na miejscu. Pozbawieni całkowicie koncepcji "co dalej", zagadujemy z naszym kierowcą, czy wie gdzie znaleźć jakąś "nedragają gastnienicę". Kierowca wyjmuje telefon, dzwoni w dwa miejsca i wysadza nas przy jakby losowo wybranym budynku w Terskolu. W tym miejscu wita nas przemiła babuszka. Pojawia się także gospodarz, oboje w okolicach 70-tki. Dobijamy interesu i mamy całe mieszkanko do dyspozycji. Sień, dwa pokoje, kuchnia i łazienka. Drzwi obok nas mieszkają Lisa i Sasza, najbardziej znani snowboardziści freeride’owi w całym regionie. Przy okazji także dwójka najlepszych przewodników wysokogórskich w regionie ze specjalizacją skitouringu. No to jesteśmy ustawieni. Nasz GPS wskazuje, że znajdujemy się na wysokości 2165 m.

Niestety jest już pora popołudniowa, więc pierwszego dnia nie pojeździmy. Pora na zasłużony po przeszło trzech dniach prysznic. Wybieramy się na spacer do małej wioski Azau u podnóża góry Elbrus. Odległość to około 40 minut na pieszo. Po drodze naszą ciekawość wzbudzają stare radzieckie działa, można nimi sterować i regulować kąt lufy. Na miejscu, pod wyciągiem spotykamy Felipe z Belgii. Dowiadujemy się, że do drugiej połowy kwietnia tego roku ze względu na trudne warunki atmosferyczne nikomu jeszcze się nie udało wejść na szczyt. Powiało jednak optymizmem, bo w najbliższych dniach zapowiadają poprawę pogody. Podczas spaceru wszyscy czujemy się dość dziwnie. To lekki ból z tyłu głowy – pierwsze objawy dłuższego przebywania trochę na wysokości ponad 2000m. To dopiero początek. W mieszkaniu buja prawie jak na statku. Zdejmując buty tracę równowagę i przewracam się na łóżko. To skumulowany efekt zmiany wysokości i zmęczenia po długiej podróży. Ciekawe i dziwne doświadczenie. Następnego dnia wszystko wraca już do normy.

Snowboard na Elbrusie

Wtorek, pierwszy dzień na snowboardzie. Mieliśmy co prawda zająć się dziś obowiązkową registracją, ale zamiast tego wsiadamy w taksówkę i jedziemy do Azau, aby znaleźć się u podnóża Elbrusa. Popełniamy pierwszy błąd, bo zamiast wsiąść do starej zdezelowanej kolejki decydujemy się na bardziej obiecującą, nowopowstałą gondolkę. Okazuje się, że kolejka wjeżdża zaledwie na wysokość 3000 metrów.


Heli na bezchmurnym niebie

Szybko wykorzystujemy zakupione zjazdy, po czym przerzucamy się na wiekową, sprawdzoną gondolę z solidnej, radzieckiej stali. Zdecydowanie nie wygląda na cud techniki, ale za to wwozi nas z wysokości 2200 m poprzez stację pośrednią 3000 m aż na wysokość 3500 m. Pierwszy bilet kupujemy standardowo w kasie, ale już po pierwszym zjeździe okazuje się, że z łatwością można przekupić wyciągowego i tym samym wjechać o 30 rubli taniej. Tym sposobem radziliśmy sobie do końca wyjazdu.

Panują bardzo dobre warunki śniegowe. Szczególnie w górnej części zjazdu, lecz tam widoczność jest nieco ograniczona. Kilka zjazdów na rozgrzewkę i można myśleć o jakimś dzikim freeridzie. Udaje nam się znaleźć parę ciekawych tras, a jako zdecydowanie najlepszy zaliczam zjazd po świeżym puchu w jednym ze żlebów pod koniec dnia. Bez dłuższej aklimatyzacji małe 150-metrowe podejście na wysokości ponad 3000 m zajęło nam dobre 20 minut. Na górze spotykamy kilku gości z jakiegoś teamu, ale mają moment zwątpienia i mówią, że zjadą za nami. Bardzo techniczna trasa. Miejscami występują kamulce, ale są na tyle duże, że bez problemu udaje się je ominąć.

Pierwszy udany dzień mamy za sobą. Pogoda taka niewinna (mgła), więc zamiast użyć filtru UV zastosowałem zwykły krem ochronny. Po zaledwie paru godzinach jazdy hardcore’owo spiekłem twarz. Nikomu tego nie polecam! Przez parę dni na całej poparzonej powierzchni skóry wydzielają się małe pęcherzyki żółtej ropy. Wystarczy tylko dotknąć twarzy chusteczką, a pęcherzyki popękają i wydzielina odciśnie się w formie żółtych kropeczek. Wniosek nasuwa się sam: w górach powyżej 3000 m warto zawsze używać kremu z filtrem.

Wieczorem trafiamy na jedyną imprezę w okolicy w hotelu Czegiet. Klimat jak w stołówce zakładowej. Ale jeśli przybędzie trochę ludzi, pojawi się dobra muzyka, a na wypukłych kineskopach nad barem pojawią się filmy snowboardowe nastąpi znaczna zmiana. Twór socjalizmu z kwadratowymi stołami w ceratę przeistacza się w nietypową, całkiem przyzwoitą bibę, gdzie ponad połowa obecnych to ludzie zafascynowani klimatem wysokogórskim. Jeden wieczór wystarcza, aby miejsce to przypadło nam do gustu. Od tej pory chodzimy tam codziennie!


Na Czegiecie z przewodniczką Lisą. W tle Elbrus

W dużo większym stopniu z konieczności aniżeli z ochoty – następnego dnia wybieramy się do OVIRu, czyli rosyjskiego posterunku meldunkowego. Jest to standardowa procedura dla wszystkich cudzoziemców wjeżdżających do Rosji. Każdy ma na to 3 dni od momentu przyjazdu. Najbliższy posterunek OVIR znajduje się w Turnauz. Typowy krajobraz w tej mieścince to wielki rozpadający się blok i piękne szczyty w tle. Cała procedura rejestracji trochę kosztuje, trochę trwa, ale przebiega sprawnie. Jesteśmy zarejestrowani, a nasz pobyt stał się legalny. Można wracać na stok. Tym razem wybieramy sąsiednią górę Czeget. Tego dnia niestety za dużo się nie najeździmy, ale pogoda jest idealna, więc po zamknięciu wyciągów montujemy hopę, trochę powyżej górnej stacji. Lądowanie mamy na świeżym puchu. GPS Perełki wskazuje 3096m. W drodze losowania Remik dostępuje zaszczytu rozdziewiczenia. Potem już wszyscy skaczemy dowoli, aby wylądować na mięciutkim śniegu. Ile tylko tchu w płucach, aby móc podchodzić w głębokim śniegu. Perełka, nasz narciarzyk, podczas jednego lotu niesamowicie poszybował i wybił sobie bark, który potem nastawiał na imprezie. W międzyczasie rozległy się dwa głośne huki, brzmiące zupełnie jak samolot odrzutowy. Okazało się, że to lawiny schodzące na sąsiedniej górze. Widoczność pogarsza się do do tego stopnia, że ostatni zjazd do dolnej stacji zajął nam około godziny. W dolnej części trasy nic nie widać. Żadnych śladów, ani charakterystycznych punktów. Walkie-takie uchroniło nas przed zgubieniem się w czeluściach Czegetu. Szczęśliwym trafem docieramy na dół. Prosto do baru na soljankę, z dużym prawdopodobieństwem: najlepszą zupę pod słońcem.

Kolejne parę dni mamy idealną pogodę. Zaliczamy dużo zjazdów poza trasami, śmigamy różnego rodzaju żlebami i niedostępnymi miejscami widocznymi tylko z wyciągu. Wspaniały krajobraz z Elbrusem i okolicznymi górami w tle. Jeździmy cały dzień, non-stop! Nieodłącznie z idealną widocznością i bardzo dobrymi warunkami na freeride. Wracamy totalnie wykończeni, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby po ciężkim dniu się zrelaksować; coś wypić; pograć w pokera i uderzyć na naszą imprezę. Następnego poranka umawiamy na prawdziwy freeride z Lisą, niemiecką przewodniczką zza ściany.

Freeride z bajki przez wielkie F

W piątek rano nie wiedziałem jeszcze, że ten dzień przejdzie do historii. Jedziemy z Lisą na Czeget pod wyciąg.


Najlepszy freeride w Europie

Przed wjazdem na górę czeka nas jeszcze szybki kurs lawinowy. Lisa wyjaśnia zasady podjeżdżania do grupy stojącej poniżej – trawers, nigdy nie jeździć nad grupą. W ten sposób łatwo podciąć lawinę i zmieść wszystkich, jazda jeden za drugim i tego typu sprawy. Poza tym, dowiadujemy się jak działają Piepsy oraz jak używać ich do poszukiwania osób pod śniegiem. Na znalezienie i odkopanie osoby zasypanej przez lawinę mamy na to tylko parę minut. Sygnał Piepsów zakłócany jest przez komórki i krótkofalówki, z tego względu należy te urządzenia wyłączyć. Szybka kawka i ciacho na górnej stacji wyciągu, zakładamy Piepsy, łopaty do plecaka i w drogę.

Przed nami spore podejście w stronę szczytu. Odległość niewielka, ale wysokość i głęboki śnieg robią swoje i trzeba iść powoli, albo robić co kilkanaście metrów postój. Brak nam tchu, ale wizja zjazdu po całkowicie nienaruszonym gigantycznym białym terenie powoduje, że pojawiają się dodatkowe zapasy energii, aby iść w górę. Po kilkudziesięciu minutach docieramy do miejsca, z którego widać już tylko setki tysięcy ton nienaruszonego kaukaskiego puchu rozłożonego na przestrzeni paru kilometrów. Widok niesamowity, w sumie nigdy jeszcze nie widziałem lepszych warunków do jazdy, nawet w filmie. Czując w przełyku smak adrenaliny rozpoczynam zjazd. Tego uczucia nie da się opisać – o czymś takim nie śniłem! Podczas kilkukilometrowej przeprawy różnymi przełęczami i żlebami, nad i pod skałami, między śladami lawin, zrozumiałem co tak na prawdę znaczy słowo "freeride". Już wiem, że to był zjazd życia. Właśnie dla tego jednego zjazdu warto było przyjechać na Kaukaz. A jeszcze wiele przed nami. Nasza trasa kończy się w miejscu, z którego trzeba jeszcze około pół godziny podejść do dolnej stacji wyciągu. Idzie się łatwiej, bo płasko i na zdecydowanie niższej wysokości. Trasę urozmaicają różne strumyki i ciekawe widoki.

Pora na drugi zjazd, tym razem podejdziemy jeszcze wyżej. Idzie się łatwiej, mimo tego, że końcowy odcinek podejścia to chodzenie po skałach. W butach snowboardowych z deską jest to prawdziwym wyzwaniem, ale wszyscy dajemy radę. Podejście zajmuje tym razem około godziny, ale dochodzimy znacznie wyżej. Kolejna nowa trasa i to właśnie my, po raz kolejny, zjeżdżamy z niej jako pierwsi. Uwielbiam to uczucie. Lisa prowadzi bardzo ciekawym szlakiem. Tym razem przecinamy bardziej strome zbocze. Na pytanie, czy w ogóle warto brać przewodnika, odpowiedź znajduje się sama. Po naszych poprzednich śladach, które zostawiliśmy może 2 godziny temu, zeszła średniej wielkości lawina. Według Lisy mogłaby już być niebezpieczna. Grunt to być w dobrym miejscu o dobrym czasie. Zjeżdżamy dość stromym i wąskim żlebem, a to raczej polega na osuwaniu się niż zjeździe. I to jedyny minus tego zjazdu. Niestety już za mało czasu na trzeci zjazd. Wliczając wjazdy, podejścia, zjazdy i dojścia do stacji dolnej to jednak każdy raz zajmuje kilka godzin.

Przewodniczka na Kaukazie

Zasiadamy z Lisą w barze pod wyciągiem. Zaskoczeniem jest usłyszeć, że Elbrus zdobyła już przeszło 70 razy. Lisa pochodzi z Niemiec, ale od 15 lat mieszka na Kaukazie i razem z mężem zdobywają sobie okoliczne szczyty. Cały dzień na podejście tylko po to, aby zaliczyć jeden zjazd. Opowiada też o swoim dwutygodniowym podejściu na Pik Lenina, góry położonej na granicy Tadżykistanu i Kirgizji o wysokości 7134m. A kondycję ma taką, że gdy my już zdychaliśmy przy podejściu ona uśmiecha się do nas i mówi wesołym głosem: "What’s up guys?"


Wjazd ratrakiem do Priuta 11

Spalony Priut 11

W sobotę pojawia się większy ruch na Elbrusie. Uruchomiona zostaje kolejka na 3800 m, tuż przed beczkami po paliwie rakietowym, stacją-schroniskiem, miejscu w którym zalecany jest kilkudniowy pobyt aklimatyzacyjny przed zdobyciem szczytu. Umawiamy się na stoku z druga ekipa z Polski, którą poznaliśmy tuż przed wyjazdem przez Internet. Zaliczamy parę wspólnych zjazdów na górnej stacji w przedziale 3500 – 3800 metrów. Udaje się co nieco wyszaleć jeżdżąc pod wyciągiem. Śnieg niestety trochę gorszy niż ostatnio, a trasy rozjeżdżone. Mimo słabej widoczności, decydujemy się na wynajęcie ratraku. Niestety ze względu na trudne warunki i olodzenie w wyższych partiach (jeszcze przed Skałami Pastuchowa) udaje się wjechać tylko na wysokość spalonego schroniska Priut 11 (około 4100 metrów). Na tej wysokości zdecydowanie czuć brak powietrza. Ostro wybiera. Podczas samego zapinania wiązań można się już zasapać. Szkoda, że mamy taką słabą widoczność. Ledwo można rozpoznać ruiny schroniska (położonego sto metrów obok), a co dopiero podziwiać piękne, przeciwległe szczyty. Warto tu być dla samego poczucia wysokości powyżej 4 tysięcy metrów oraz dla siarczystego mrozu. Zjazd z wyższych partii tej wysokiej góry narzuca też pewne ograniczenia. Ważna rzecz – należy trzymać się w pobliżu śladu jaki zostawił ratrak ze względu na występowanie niebezpiecznych szczelin lodowcowych.

Uroki Kabardyno-Bałkarii

Zjechaliśmy prosto do naszego ulubionego baru gdzie pracowała Fatima – urzekająca kabardyno-bałkarska dziewuszka. Tego dnia wyjątkowo długo nam zleciał powrót do domu ze stoku. Nie sposób się oprzeć, gdy Fatima, jej rodzina i ciocie zaczynają tańcować w tej niezwykle ciasnej, ale przytulnej karczmie. Oczywiście wszyscy zostajemy wkręceni do wspólnej zabawy. Na bogato wystawionym stole gospodarza nie brakuje przeróżnych potraw – ale i w tym także alkoholu. Tuż przed naszym wyjściem gościnny gospodarz zatrzymuje nas i zagaduje, nalewając po kieliszku rosyjskiej wódki Parliament. "Nie ma możliwości, żebyśmy się nie napili razem" – mówiąc to, urywa kawałek naleśnika, zwija go w rulonik i podaje mi wraz z kawałkiem cytrynki do zagryzienia. Prawdziwa kabardyno-bałkarska gościnność.


Skałki na górnej stacji Czegiet

Następnego dnia budzimy się nieco później niż planowaliśmy. Postanawiamy jeździć na Czegecie, gdyż tam z reguły są mniejsze kolejki. Zaskakujący okazuje się zasięg naszych walkie-talkie, bez większego problemu dogadujemy się z ludźmi na odległym dobre kilkanaście kilometrów Elbrusie. Po zamknięciu wyciągów chcemy jeszcze trochę poskakać z naszej hopy. Niestety rzucamy się w oczy, bo zaledwie po kilku skokach przyczepia się do nas wyciągowy. Mówi, że jest ostatni i wszyscy musimy zjechać przed nim. Od kiedy w Rosji zwraca się uwagę na bezpieczeństwo?! Kiepska sprawa, ale zapewniam, że nie dało się nic z tym zrobić, ów Rosjanin uparcie przez dwadzieścia minut powtarzał tą samą gadkę.

Przejazd we mgle


Beczki po paliwie rakietowym, 3800m

W poniedziałek, przedostatni dzień jazdy jeszcze raz wynajmujemy przewodnika. Tym razem towarzyszy nam Rosjanka Svetlana, polecona przez Lisę. Tym razem zebrała się większa paczka, więc jako przewodnik-pomocnik jedzie z nami także mąż Svetlany. Głównym problemem jest dojazd do miejsca gdzie się wspólnie umówiliśmy. Dziś mamy jakieś rosyjskie święto, co automatycznie oznacza gigantyczne kolejki na wyciągach! Dojazd do górnej stacji zajmuje nam ze dwie godziny i takie też mamy opóźnienie. Spotykamy się w barze na 3500 m. Tak jak ostatnio, zakładamy sprzęt przeciwlawinowy i ruszamy w drogę. Jest nasza czwórka, dwójka przewodników i dodatkowa trójka. Rosjanka i Francuz – proriderzy, a także Jerome Wilm, zawodowy fotograf, który kiedyś jeździł dla A-Snowboards, a teraz współpracuje z Nike w kampaniach reklamowych na całym świecie. No to jedziemy.

Tym razem podejście do zjazdu zajmuje tylko 10 minut z górnej stacji wyciągu na 3800 m. Nic nie widać poza zlewającymi się w jedność śniegiem i niebem. Granica jest niewidzialna, jedziemy w mglistym, puszystym mleku z widocznością na wyciągnięcie ręki. To bardzo dziwny zjazd. Momentami nie można określić czy ktoś znajduje się niżej czy wyżej. Jeśli ktoś nigdy tego nie doświadczył, jest to na prawdę nietypowy efekt. Błędnik na prawdę zawodzi. Każdy się co chwilę wywraca. To co zdaje się być uskokiem w rzeczywistości jest podjazdem. I tak na zmianę. Bardzo łatwo zakopać się w śniegu. Trudno określić kąt nachylenia zjazdu. Momentami mam wrażenie, że deska stoi w miejscu – ale jednak nie stoi – kolejna gleba w miękkim puchu.

W którą stronę jest spadek? Czy Jerome jest powyżej czy poniżej? Jak to możliwe, że ta Rosjanka jedzie pod górkę i nabiera prędkości? Dlaczego nie da się zjechać w dół? Czy ja stoję w miejscu? Czy może to wszystko inne stoi? To pytania bez jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko jest względne. Ale to nie koniec. Zjazd jest podzielony na dwie części.

Druga część jest bardzo techniczna. I malownicza. Przejazd wewnątrz monumentalnego kanionu. Skały z obu stron, po lewej stronie potok górski i szeroka na dwa metry ścieżka którą trzeba zjechać. Po prawej stronie urwisko z pochylającymi się granitowymi skałami. Majestatyczny klimat jak w baśniach braci Grimm. Uczucie przewodnie, dodające podniecenia: wielka niewiadoma, co będzie dalej. Cały czas adrenaliny dodają masywne skały, która sprawiają wrażenie, jakby w każdej chwili jakiś kawałek mógł się odłupać i nas zmiażdzyć. Minus tego typu przejazdu, może nieistotny: miejscami trzeba się odpiąć i przejść kilkadziesiąt metrów po kamieniach w strumyku, uważając jednocześnie na zapadający się śnieg. W dolnych partiach góry robi się coraz większa odwilż. Lądujemy w Azau, pareset metrów od dolnej stacji wyciągu.

Wieczorem spotkamy się całą naszą paczką. Wymieniamy wrażenia ze zjazdu. Po prostu rewelacja. Super ludzie, tysiące tematów do rozmowy. To dobiero zjazd! To dopiero doznanie! Uwielbiam snowboard i dzikie góry!

Zbliżają się 24 godziny w pociągu do Moskwy

Trudno uwierzyć, że to nasz ostatni dzień. Niestety. Zamawiamy transport do Mineralnych Wód na popołudnie. Zostaje ostatnie pół dnia na pożegnanie się z kaukaskim śniegiem. W nocy spada kolejne pół metra puchu. Jeździ się idealnie nawet na trasie. Zjazdy pod wyciągiem i poza trasami to już bajka. Każdorazowo nowy ślad. Przed nami ostatni zjazd. Na oko ustalamy azymut na wioskę Czeget, ale w razie czego Perełka ma GPS’a. Trasa prawie, że porównywalna do przejazdu z Lisą parę dni temu. Pełna wolność! Górna część trasy to idealny puch. Zero ograniczeń. Nachylenie stoku w sam raz. Zbliżając się do celu pojawiają się przeszkody terenowe – skałki. W niższych partiach widać już odkryte powierzchnie z trawą (jest początek maja). Na dole co prawda śnieg zrobił się już dość mokry, ale jest wystarczająca ilość by zjechać prawie do samego końca. Ostatnie paręset metrów trzeba jednak podejść. Mimo wszystko jest to piękny zjazd, idealny na zakończenie sezonu.

Dalsza część dnia była mniej przyjemna – babuszka zaczyna się niecierpliwić, musimy jeszcze wysprzątać całą chatę. Praca zespołowa idzie w miarę sprawnie i akurat na sam czas jesteśmy gotowi do podróży powrotnej. Tym razem (i w dodatku – na szczęście!) mamy miejsca w płackarcie, czyli wagonie bez przedziałów z miejscami sypialnymi.


Katedra Św. Bazylego

Ten tym aranżacji wnętrza wagonu to najlepszy klimat do zawieranie nowych, przypadkowych znajomości. Oczywiście to pełna kultura, wagon jest odkurzany dwa razy dziennie, co parę kwadransów ktoś chodzi z wózkiem oferując smaczne jedzenie, piwo, a nawet mocniejsze trunki. Dodatkowo na stacjach można kupić inne potrzebne produkty. W podróży poznajemy ciekawych ludzi z różnych części Rosji (poza nami w całym wagonie są sami Rosjanie). Na szczególną uwagę zasługuje reakcja jednej babuszki, gdy wyjęliśmy i otworzyliśmy litrowego ukraińskiego Nemiroffa. Nie minęło pięć minut i owa starsza pani podaje nam na talerzu pokrojone ogórki, pomidory oraz rosyjską, domową kiełbasę. Szok totalny. Szczególnie mając na uwadze, że w Polsce często oburzenie wywołuje już nawet zwykłe otworzenie piwa w przedziale.

"Ja żył w Moskwu"

Dojeżdżamy do Moskwy. Na peronie odbiera nas przedstawiciel hostelu Godzilla. Gdybyśmy mieli sami trafić do tego zakamuflowanego w czeluściach Moskwy hostelu, w dodatku po ciemku i z tobołami, trwałoby to pewnie parę godzin. Skorzystanie z przechowalni bagażu też odpada, bo całej Moskwie jest kilka głównych dworców, każdy odpowiedzialny za połączenia w inną stronę świata.  Okazuje się, że nasz hostel ma jednak nienajgorszą lokalizację. Późna godzina, więc nie tracąc czasu pierwszą rzeczą o jaką się pytamy w recepcji są kluby nocne. Trzeba przecież wybadać to słynne z wszechobecnej rozpusty moskiewskie życie nocne. Obsługa poleca nam imprezę "Propaganda". Podobno miejsce to nie aż tak daleko, więc idziemy pieszo. Perełka z przyzwyczajenia wziął GPS’a, który i tak do niczego się nie przydał bo coś nad Moskwą nie chciało mu uchwycić satelity. Idziemy przez miasto, po drodze mijamy dziesiątki topowych modeli Mercedesów i innych tego typu aut.


Muzeum Historyczne na Placu Czerwonym

Absolutny rekord lansu należy do klubu, przed którym stało kilkanaście aut, w tym osiem Mercedesów i same najwyższe modele BMW, Audi oraz Lexusa. Po drugiej stronie ulicy Hummer wersja limo z przyciemnianymi szybami, a wewnątrz lokalu stołowała się grupka podejrzanych grubasów w garniturach z młodymi damami do towarzystwa. Śmietanka moskiewskiego półświatka? czy może spotkanie profesorów akademickich? Domyślam się, że to nie jedyny lokal tego typu w mieście. Wchodzimy do poszukiwanego klubu "Propaganda". Trochę mało ludzi w środku, ale leci elektrohouse, a sam lokal ma ciekawy wystrój.

Następnego dnia rozpoczynamy zwiedzanie stolicy. Na dobry początek przejażdżka metrem, tym razem nie zjeżdżaliśmy po poręczy (nie tak jak w Kijowie!). Moskiewskie metro słynie z tego, że linie przebiegają głęboko pod ziemią, jest skrupulatnie wykończone i niektóre stacje robią wrażenie. W godzinach szczytu co kilkadziesiąt sekund podjeżdża kilkanaście wagoników i mimo tego, cały czas jest tłok. Jednorazowy przejazd kosztuje 17 rubli, ale w ramach zdobywania przydatnych umiejętności, udaje nam się wręczyć łapówkę i wejść za dyszkę. To tak z przyzwyczajenia.

Oglądamy Plac Czerwony i Katedrę św. Bazylego. Podejrzewałem, że w rzeczywistości plac będzie nieco większy, ale jak dobrze na to spojrzeć, to faktycznie wejdzie tam armia czołgów i wojska. Spacerem zahaczamy o McDonald’s i przechodzimy w okolice Kremla. Mijam park, trawniki, fontanny i statuetki. Wszystko jest bardzo zadbane. Widać zaangażowanie władz w kreację dobrego wizerunku centrum miasta.


Widok na Kreml

A teraz jesteśmy na najbardziej ruchliwym skrzyżowaniu jakie dotychczas widziałem. Ma ono łącznie 14 pasów, a przebiegnięcie całości za jednym zamachem, gdy ruszają samochody, to stuprocentowe samobójstwo. Dochodzimy do Cerkwi Chrystusa Zbawiciela, a stamtąd na most, z którego rozpościera się widok na cały Kreml – duma Moskwy, ba, duma całej Rosji!

Bardzo rozległy, rekreacyjny park w Moskwie położony jest z dala od centrum. Tutaj znajdziemy wszystko. Socjalistyczny eklektyzm, nutka nowoczesności i stłumione przebłyski wzorowania się na zachodniej architekturze. Nie brakuje rozrywki, zabawy, wesołych miasteczek, straganów czy nawet torów gokartowych.

Podziwiamy też wyrwaną z kontekstu architekturę. Pozłacane figurki, przeróżne fontanny, budynki z logiem sierpa i młota czy totalny hit w postaci pionowo stojącej, gigantycznej rakiety kosmiczej z lat 60-tych. Cały ten kompleks to także miejsce na relaks i wypicie piwa.

A wracając do życia nocnego Moskwy to dziwne, ale już po drugiej w czwartkowy wieczór ciężko znaleźć jakąkolwiek imprezę. Nasz nocny wypad kończy się kilkugodzinną przechadzką po mieście. Wszystkie lokale, kasyna, kluby i inne obiekty zachęcające pełną iluminacją i licznymi neonami niestety, ale są albo nieczynne albo otwarte-puste. To tylko nas utwierdziło w przekonaniu, że w całej Moskwie nie ma takiej imprezy jak ta w klubie Czegiet na Kaukazie.

Wracamy pociągiem przez Białoruś do Warszawy. Gdyby tylko był to pociąg z powrotem na Kaukaz… Nie ma problemów z tranzytem przez Białoruś. Czy to już Warszawa? A może to wszystko to tylko sen? Ciężko uwierzyć że wyjazd odbył się na prawdę, a jeszcze trudniej pogodzić się z faktem, że dobiegł końca. Jeśli tylko znajdą się chętni i będą siły to koniecznie jedziemy ponownie!


Babuszkowy kiosk w Moskwie

Parę ciekawostek:

  • dziewczyna poznana w pociągu powiedziała nam, że pochodzi z okolic Moskwy. -"A skąd dokładniej?" -"400km pod Moskwą".  To dość dziwne, ale prawie każdy Rosjanin spytany o to samo powie, że jest z Moskwy, albo że przynajmniej "żył w Moskwu";
  • wbrew chodzącym obiegowym opiniom na temat babuszek, są one obecne na dużej części tras kolejowych, także w Rosji. Można dostać wszystko, od ryb przez piwo do pierogów i drożdżówek;
  • podróż ze Szczecina do Terskola trwała ponad 75 godzin, łącznie spędziliśmy 6 dni w pociągu;
  • zdarza się spotkać pasące się na między ruinami budynków krowy i kozy, czy konie wyjadające ze śmietników
  • najlepsze zupy to borsz i solanka, bardzo polecam ze względu na ich intensywny smak, występują w różnych odmianach;
  • picie piwa jest w pełni normalną rzeczą i można to robić gdzie się podoba (z wyjątkiem dworców kolejowych)
  • warto poeksperymentować ze wszystkimi lokalnymi potrawami, są oryginalne i przede wszystkim smaczne np. chicziny z mjasom (wielki pieróg z mięsem)
  • Rosjanie są bardzo gościnni i towarzyscy, łatwo zawiera się nowe znajomości i poznaje interesujących ludzi
  • dając łapówkę zamiast biletu nie trzeba mieć odliczonej kwoty, wystarczy np. dać 1000 rubli i powiedzieć "za dwóch", a otrzymamy 900 rubli reszty;
  • często w mieszkaniach należy wyrzucać wykorzystany papier toaletowy do kosza stojącego obok toalety

Kilka informacji

Skład: Rad, Tost, Bartas i Kuba a.k.a Perełka

Trasa: Szczecin – Kraków – Kijów – Harkov – Mineralne Wody – Terskol – Mineralne Wody – Moskwa – Mińsk – Warszawa – Szczecin

Waluta lokalna: 1 RUB = 1 Rubel = 100 kopiejek

Termin wyjazdu: 20 kwiecień – 5 maj 2007

Czas trwania: 16 dni

Całkowity koszt wyjazdu: ok. 2600 zł

Dolar to druga waluta w Rosji (kto wie czy nie pierwsza). Większość kantorów ma bardzo korzystny kurs wymiany, z bardzo małym spreadem rzędu 25.20-25.45. Warto więc wziąć dolce :)


Trasa naszego przejazdu

Kurs waluty (maj 2007)

1 RUB = 0.11 PLN
1 USD = 25 RUB
1 PLN = 9 RUB

Przykładowe ceny:

Transport i noclegi
Bilet sypialny na trasie Przemyśl – Kijów 160 zł
Bilet na trasie Kijów – Harkov 56 UAH (ok. 33 zł)
Bilet płackarta na trasie Mineralne Wodi – Moskwa 1500 RUB
Przejazd z Mineralnych Wód do Terskola $100 za 4 osoby
Nocleg w mieszkaniu wynajętym od babuszki 300 RUB / os / noc
Taxi między Azau, Tersol i Czegiet: flat-rate 100 RUB
Nocleg w hostelu Godzilla w Moskwie $25 ~ 725 RUB / os
Pick-up z dworca w Moskwie 200 RUB / os

Usługi i atrakcje

Wjazd wyciągiem 80 RUB (lub 50 RUB w formie łapówki)
Karnet całodzienny na wyciąg 450 RUB
Wjazd ratrakiem do Priuta 11 na wysokość 4100m 400 RUB
Wynajęcie przewodnika na cały dzień, w cenie pipsy i łopaty 1000 RUB / os
Bilard w "Czegiecie" (1h) 200 RUB
Gokarty w Moskwie 250 RUB

Jedzenie i napoje

Pasztet w sklepie 30 RUB
Cola 0.33 w sklepie 12 RUB
Piwo w sklepie 18-25 RUB
Piwo w kafejkach i restauracjach koło stoku 30 RUB
Piwo na imprezie w hotelu "Czegiet"  40 RUB
Małe piwo na imprezie w Moskwie 50 RUB
Barani szaszłyk 120 RUB
Zupa Soljanka, Barszcz 70 RUB
Flaszka 0.5 z cytryną i cukrem na imprezie 220 RUB
Pierożki z mięsem (tłuste, bardzo dobre ciasto) 40 RUB
Placek w Mineralnych Wodach na dworcu 8 RUB

Zapraszam także do obejrzenia zdjęć z wyjazdu

Scroll To Top