Dziś na obiad tarantula

Sprzedawczynie smażonych tarantul w Kambodży

Ktoś wchodzi przez okno i z naszej trójki na tylnim siedzeniu robi się już pięć osób. Po drodze dosiada się dziesięć nowych pasażerów, a kierowca uparcie dobiera kolejnych, gdy już zupełnie brakuje miejsca. Nie wiem dokładnie na czym to polega, ale nasz minibus nagle się zatrzymuje, kierowca wybiega w pogoni za motocyklistą, łapie go za fraki, po czym zabiera mu pasażera i przymusowo umieszcza go wewnątrz na nieistniejącym siedzeniu. Ludzie podróżują również na dachach, na przeładowanych ciężarówkach, a z kolei motory służą nawet do przewożenia lodówek i tapczanów. Obserwując podobne zjawiska, szybko dojeżdżamy do miejscowości Skoun, naszego nieprzypadkowego celu.

Tarantula to tutejsza specjalność, dzięki której Skoun zawdzięcza odrobinę międzynarodowej sławy. Po niecałej godzinie poszukiwań udaje mi się odnaleźć sprzedawczynię smażonych tarantul. To sukces, ale tylko częściowy. Liczyłem również na spotkanie żywych okazów i możliwość upieczenia ich na zamówienie. Zaglądam więc do wiaderka i dostrzegam cała masę energicznie poruszających się pająków. Sprzedawczyni zapewnia, że mają usunięte zęby jadowe – w teorii są więc bezpieczne.

Tarantule pozbawione zębów jadowych

Kambodżanka wygląda na profesjonalistkę, więc od samego początku jej ufam. Na początku umieszcza kilka pająków na mojej koszulce, potem się przełamuję, biorę kilka w rękę i pozwalam, aby po mnie chodziły. Tarantule mają dość szpiczaste odnóża, prawie że szarpią. Dzięki temu mają dużą przyczepność, konieczną aby utrzymać masywny korpus. Czuje jak przemieszczają się po mnie liczne odnóża kilku pająków. To niespotykane uczucie.

Za równowartość dwóch ćwierćdolarówek kupujemy dwa duże pająki. Na stoisku z pieczonymi bananami dokupujemy zakąski i wrzucamy tarantule do głębokiego oleju. Po kilku minutach są chrupiące i smaczne. To nowy smak, szczególnie kuper jest specyficzny ze znajdującymi się tam wieloma drobnymi jajkami.

Cel osiągnięty, ale i tak decydujemy się tu zostać jeszcze jeden dzień. Z ciekawości, aby przekonać się, co jeszcze można zobaczyć w Skoun.

Życie w Skoun

Świeżo smażona tarantula to tutejszy przysmak

Wstaję jeszcze przed świtem. Widzę tylko przemieszczające się długie cienie i niewyraźne sylwetki zmierzające w stronę rynku. O 5:35 zaczyna robić się jasno. Miasto budzi się do życia w codziennej, niezakłóconej rutynie. Chłopak rozwozi rikszą długie bloki lodowe – na targowisku pełniące funkcję lodówki. Za pomocą szpikulców są rozładowywane, a następnie cięte przez kobietę piłą łańcuchową.

Stoiska rybne – przygotowywanie i patroszenie ryb. Słyszę uderzenia tasaka i skrobanie łusek.

Świńskie łby, kurze stopy, kostki skrzepniętej krwi wołowej, żaby, ślimaki, języki wieprzowe i unoszące się w powietrzu intensywne zapachy przypraw.

Kobiety grzeją kotły, w których znajduje się ryż lub makaron. Stoiska restauracyjne są stopniowo otwierane. Pojawiają się pierwsi śniadaniowi klienci. Najczęściej na śniadanie je się tutaj obiad. Osoba, którą ostatnio poznałem idealnie to podsumowała: „Gdyby Azjaci jedli na śniadanie tyle co Europejczycy to już o dziewiątej byliby głodni. My na prawdę musimy ciężko pracować.”

Wędrując wzdłuż miasta trafiamy do jednej ze szkół. Dzieci ubrane są w identyczne mundurki. Zaprzyjaźniamy się z paroma uczniami, a oni zaprowadzają nas do dyrektora szkoły, z którym odwiedzamy poszczególne klasy. Przerywamy lekcje i wchodzimy do kilku sal, opowiadamy o naszej podróży, a następnie dzieci rozmawiają z nami po angielsku.

Ten olbrzymi kocioł ryżu wystarczy do późnego popołudnia

Dyrektor Kimhang Heng średnio włada tym językiem (biorąc pod uwagę, że jest nauczycielem angielskiego!) i co ciekawsze, kilkoro dzieci mówi lepiej od niego. Uczniowie są podekscytowani, że mogą pogadać z obcokrajowcami, bo jak zaznacza Kimhang, nie pamięta, aby ktokolwiek z zagranicy odwiedzał ich szkołę. Następnie zwiedzamy okolicę jeżdżąc z dyrektorem w trójkę na motorze i odwiedzamy jeszcze jedną szkołę.

Wszyscy uczniowie przyjeżdżają rowerem i płacą symboliczną kwotę 200 rieli (około 2.5 centa) za jego przechowanie na cały dzień. Dzieci z bogatszych rodzin przyjeżdżają do szkoły skuterami. Na pożegnanie jedna z uczennic, daje nam drobny upominek.

Myślę, że odwiedzając tę okolicę, warto także i tu się zatrzymać na dzień lub dwa, co polecam nie tylko smakoszom nietypowych potraw, ale i osobom zainteresowanym codziennym życiem w spokojnej kambodżańskiej miejscowości.

kh skoun