Droga Śmierci

Najniebezpieczniejsza droga świata

Camino de la Muerte („Droga Śmierci”) to cieszący się złą sławą górski szlak handlowo-transportowy w rejonie Yungas prowadzący z La Paz (stolicy Boliwii) do miejscowości Coroico. Ten liczący 61 kilometrów odcinek na początku wznosi się do przełęczy La Cumbre na wysokość około 4650 metrów, a kończy się zjazdem do poziomu zaledwie 1200 metrów.Większość trasy stanowi wąski trakt poprowadzony w górskim terenie, nierzadko nad przepaściami. To droga niebezpieczna, ale zachwycająca różnorodnym, zmieniającym się krajobrazem. Surowy klimat boliwijskich wyżyn Altiplano stopniowo przeistacza się w coraz bardziej gęsty, duszny i ociekający parą las tropikalny.

Każdego roku w wypadkach na Drodze Śmierci ginie przynajmniej kilkadziesiąt osób. Największa katastrofa miała miejsce 24 lipca 1983, kiedy to przeładowany autobus stracił panowanie na zakręcie i wpadł w kilkusetmetrową przepaść. Zginęło ponad 100 pasażerów i kierowca. Nikt nie przeżył. To najgorszy wypadek drogowy w historii Boliwii. W 1994 roku w przepaść spadło 26 samochodów – przeciętnie jeden na dwa tygodnie. Ostatnie kilka lat, już po wybudowaniu alternatywnej, objazdowej drogi, wciąż wiele osób korzysta z tradycyjnej przeprawy. Z tego względu, obecnie głównymi ofiarami Drogi Śmierci są lokalni hodowcy liści koki, żołnierze, mieszkańcy okolicznych wiosek i… spragnieni adrenaliny, pechowi rowerzyści. Sumarycznie w ciągu ostatnich kilku lat zginęło ich aż 30, w tym 3 boliwijskich przewodników. Podobnie jak w wielu innych dziedzinach życia, często to nie brak umiejętności, lecz brawurowa przesądzają o nieszczęściu.

Określenie „najniebezpieczniejsza droga świata” już jakiś czas temu obiło mi się o uszy. Temat ten zaczął pojawiać się zdecydowanie częściej w zachodniej Boliwii. Po kilku inspirujących rozmowach, słynna Camino de la Muerte znalazła się na liście moich priorytetowych celów podróży. Przed zjazdem obiecuję sobie, że będę bardzo ostrożny. Jednak w momencie gdy zasiadam na moim Iron Horse Maverick z hydraulicznymi hamulcami już wiem, że ciężko będzie się powstrzymać od prędkości. Nasza grupa składa się z kilkunastu osób i już w pierwszych kilometrach zjazdu pojawia się kilka osób ze skłonnościami do szybkiej jazdy. Też jestem wśród nich (zdążyłem już zapomnieć o moim ciążącym plecaku z dużym aparatem). Prędkość, adrenalina, skoki i ostre zakręty przeważają nad czystym rozsądkiem. To niesamowite wrażenia, droga ma w wielu odcinkach zaledwie 3.2 metra szerokości, a przepaście dochodzą do 600 metrów, niektóre z pionową ścianą. Zero barierek, zabezpieczeń i ostrzeżeń. Tu nie obowiązuje ruch prawostronny. Jadąc z góry trzeba zawsze trzymać się zewnętrznej (niebezpiecznej) strony jezdni. Pełna koncentracja i zaufanie są esencjonalne.

Zmieniający się wraz ze spadkiem wysokości krajobraz jest dodatkowo urozmaicany zmieniającą się pogodą w ciągu tych kilku godzin. Słońce, deszcz, mgła, chmury, słońce, i tak w kółko. Mijamy kilka charakterystycznych punktów, przejazdy w głębokich kałużach, wodospad San Juan, także słynny najniebezpieczniejszy zakręt i pełne grozy przepaście. Zaraz zaraz… „pełne grozy”, czy po prostu ciekawe pod względem widokowym? Chyba to drugie. Robimy przerwy, zdjęcia i cały czas kierujemy się w dół.

Czy ta droga na prawdę jest niebezpieczna? Statystyki mówią, że tak – a to chyba wystarczający argument. Jednak dla rowerzysty posiadającego odrobinę doświadczenia terenowego to raczej dobra rozrywka – sam wielokrotnie jeździłem rowerem w terenie wymagającymi znacznie większych umiejętności, a dla porządnie wprawionych rowerzystów to pewnie błahostka.

Ryzyko pojawia się, gdy na moment przed skrętem zapatrzymy się w bezkres zielonej doliny, a z naprzeciwka pojawi się ciężarówka-niespodzianka. Hamulce w wypożyczanym rowerze, używane codziennie przez setki różnych turystów, jak przypuszczam, są niecodziennie serwisowane. Przed ostrym zakrętem warto, aby były sprawne. Również niewinne żarty i wygłupy z osobą jadącą obok mogą sprawić, że jeden z was zaliczy spadek swobodny w przepaść.

Podsumowując, polecam – a konkretniej, zgłoś się do agencji El Solario w La Paz, która wszystko załatwi za około 35€. Przeżyłem i dostałem nawet pamiątkową koszulkę.

Wczesnym popołudniem dojeżdżamy do miejscowości Yolosa (1200m). Tu czeka nas relaks i obiecaną przez organizatora „wyżerka do syta”. Opuszczamy resztę grupy i razem z Priscilla, z którą aktualnie podróżuję, jedziemy do miejscowości Coroico. Okazuje się, że to przyjemne miasteczko, a skoro już tu jesteśmy, postanawiamy zostać na noc. Wieczorną porą zasiadamy na głównym placu, aby pogadać z ludźmi, napić się zimnego piwa i popatrzyć na grupę wesołych Argentynek grających na bębenkach i w pełen improwizacji sposób wymachujących długimi wstążkami. W rozmowach pojawia się refleksja przygody dzisiejszego dnia, a w moich myślach uaktywnia się kolejny proces. „Postaram się jednak jak najszybciej powrócić na wysokość około 4000 metrów, aby nie tracić aklimatyzacji. To marzenie, zdobycia Huayna Potosi, mojego pierwszego sześciotysięcznika.”

styczeń 2012

death road