Kenijski busz, rowery i słonie

Life ain't easy in Taita Hills
Życie nie jest łatwe na Taita Hills

Robi się coraz goręcej. Oddaliśmy już kolejne 1000 metrów wysokości i pod koniec dnia znajdujemy się zaledwie na 750 metrach n.p.m. Przed nami Tsavo National Park West, znany potocznie jako Park Ludojadów. Zgodnie z sugestią Richarda Trillo, nieocenienie pomocnego podróżnika i autora przewodnika The Rough Guide to Kenya, decydujemy się poszukać pojazdu asekuracyjnego, aby bezpiecznie przejechać przez park na rowerze.

 Maureen Elegwa and our KWS escort
Maureen Elegwa i nasza eskorta z KWS

Zaciągamy informacji w KWS (Kenya Wildlife Service). Nasze zapytanie jest dość nietypowe, ale spotyka się z entuzjazmem pracowników i w efekcie zostaje nam przydzielony samochód asekuracyjny na koszt służb parku. Maureen Elegwa, 26-letnia szefowa lokalnego oddziału KWS bierze do ręki strzelbę i wraz z trzema pracownikami wsiada do terenowego isuzu, który przez kolejne 55 kilometrów będzie utrzymywał nas w zasięgu wzroku jadąc kawałek za nami przez serce Serengeti Plains.

Traversing Tsavo West, the Man Eater's National Park
Przeprawa przez Tsavo West, Park Ludojadów
Shade under a massive baobab tree
W cieniu wielkiego baobabu
Storks, quite likely coming from Poland
Bociany, prawdopodobnie z Polski

Droga jest dość wyboista, z reguły twarda i kamienista, ale niekiedy dla odmiany pojawia się odcinek z głębokim piaskiem. Krajobraz tworzą niskie krzaki i uschnięta sawanna, jedynie od czasu do czasu urozmaicone pojedynczym baobabem.

Niestety (i może właściwie to lepiej) nie spotykamy lwów ludojadów, są w zamian żyrafy i zebry, a także kilka olbrzymich stad bocianów. Pamiętając o tym, że co czwarty bocian ze światowej populacji zamieszkuje Polskę, to przypuszczalnie te same bociany, aktualnie spędzające zimę w Afryce.

Dojeżdżamy do Maktu, gdzie żegnamy się z ekipą KWS i dziękujemy za ich wsparcie, pomoc i cierpliwość przez trzy godziny przemierzania rezerwatu.

 

The walk along railway
Marsz wzdłuż torów

Dalsza droga staje się wyjątkowo nieprzyjazna, przeważa piasek, wyboje, koleiny i “tarka”. Czasem mija nas pojedynczy pędzący autobus, ale ruch jest ogólnie znikomy. Dojeżdżamy do Mwatate, gdzie patrząc mapę chyba wyglądamy na zagubionych, bo podjeżdża do nas mikrobus. Kierowca pomaga nam znaleźć drogę wyjazdową, a chwilę później okazuje się, że wiezie właśnie turystów z Polski. Miłe i niespodziewane spotkanie, opowiadamy im o naszej podróży i tym jak od ponad miesiąca o własnych siłach pedałujemy z Jeziora Wiktorii w nadziei dotarcia do Oceanu Indyjskiego. Chyba wyglądamy na niedożywionych, więc dostajemy ciastka, napoje, bułki, porządny prowiant hotelowy, jak pomocni rodacy podkreślają „wam ta energia i kalorie będą dużo bardziej potrzebne.

Hurt but still happy
Signe ranna, ale wciąż daje radę
Maktu - Mwatate road
Droga z Maktu do Mwatate

W przypadkowym barze poznajemy Amateshe, dyrektora mającego pod sobą kilka lokalnych szkół podstawowych i średnich. Popija brandy z jednym z nauczycieli, aby umilić sobie to upalne popołudnie. Amateshe nalega, abyśmy się do nich przysiedli, proponuje także coś wypić, zaprasza nas na obiad, a ostatecznie jedziemy wraz z jego żoną samochodem do położonego kilkanaście kilometrów dalej Voi.

Wine and dine with Amateshe
Biesiada z Amateshe

Przypadkowa znajomość przeistacza się w spotkanie z nowobogacką afrykańską klasą średnią. Tam, akurat dzisiaj, kupuje nowy telewizor, wymienia opony w samochodzie i zamawia kurczaka na wynos, którego później zaserwuje nam ich służąca w domu, po zamontowaniu nowego wiatraka w pokoju.

Czasem trzeba zrobić coś na pokaz, podobnie jak rundka po okolicy i przedstawienie białoskórych gości swoim znajomym. To nietypowy wieczór, zastanawiam się po co to wszystko, zachowania zupełnie nieobce i równie obecne w europejskich realiach.

O poranku dostajemy po cztery jajka i dwa red bull’e na drogę, które do Mwatate musiały trafić w jakiś bardzo nietypowy sposób.

Taita Hills

Taita people's land
Ziemia ludu Taita

Wracamy do naszych codziennych spraw i trosk. Tym razem muszę zamienić opony, a dokładniej zreperować słabszą z nich power tape’em i wstawić na miejsce przedniej. Czynność ta będzie jeszcze wielokrotnie powtarzana, również rotując opony z roweru Signe, aby żadna z nich nie eksplodowała z przeciążenia.

Power tape saves the day
Power tape ratuje sytuację
Road through Taita hills
Droga przez Taita Hills
Electric fence to keep elephants off the villages
Elektryczna kurtyna zapobiega nawiedzaniu wiosek przez słonie

Ruszamy przez Taita Hills, ziemie zamieszkałe przez ludy Taita. Droga staje się piaszczysta, a jedyny sposób, aby dało się jechać to zboczenie z trasy i przedostanie się przez pełne cierni chaszcze i gęsty busz. W niektórych momentach muszę użyć maczety, aby przedrzeć się przez tą gmatwaninę.

You need a machete to pass through a bush like that
Niezbędna jest maczeta, aby przedrzeć się przez taki gąszcz

Mijamy człowieka na rowerze z dwoma ciężkimi baniakami z wodą z trudem pokonującego głęboki piasek. Po raz kolejny uświadamiam sobie, jak łatwe jest nasze europejskie życie, chociażby dlatego, że nie musimy tej trasy pokonywać codziennie, aby zdobyć wodę.

Easy road will take you nowhere
Łatwa droga zaprowadzi cię do nikąd

Dojeżdżamy do Rukanga, a następnie Bungule, wiosek oplatających podnóża góry Kasigau (1641m). Analizujemy dalszą część trasy, wypytujemy mieszkańców, aby dowiedzieć się, że droga polna do Kilibasi i Shiambini nie istnieje.

Approaching Rukanga
Zbliżamy się do Rukanga

Breakfast with Patrick, a priest in Bungule

Śniadanie z Patrickiem, księdzem z Bungule

The road we are looking for doesn't exist
Droga której szukamy nie istnieje

Alternatywna trasa prowadzi przez dzikie i odludne Taita Ranch oraz Rukinga Ranch. Nie mając wyboru, podążamy w tym kierunku.

Goats being taken to pasture
Kozy wyprowadzane na pastwisko

Rozkoszujemy się pięknem otaczającej nas przyrody. Na naszej drodze pojawiają się szare gryzonie (przypominające wiewiórki), zebry i guźce. W pewnym momencie Signe wypatruje gromadę słoni przekraczających drogę około 250 metrów przed nami. To rodzina licząca kilkanaście osobników, dorosłych wraz z małymi. W takiej sytuacji należy zachować absolutny spokój. I czekać. Czekamy 10 minut i ruszamy wzdłuż drogi, przyśpieszamy, jedziemy coraz szybciej, aż nagle okazuje się, że po lewej stronie drogi wciąż stoi największy ze słoni, przyśpieszamy ile tylko sił w nogach i w tym momencie adrenalina skacze do gardła. Za zakrętem, tuż przy naszej drodze, czai się całe stado, kilkanaście słoni. Uciekamy jak tylko szybko potrafimy i na nasze wielkie szczęście stado się spłoszyło. Uratowała nas dezorientacja i zaskoczenie słoni, gdyby miały chwilę do namysłu, mogłyby zdecydować się na stawienie czoła zagrożeniu.

Kasigau (1641m)
Kasigau (1641m)
A proof that elephants have been here not long ago
Dowód, że słonie były tutaj niedawno

Afrykańczycy uważają słonie za zwierzęta zdecydowanie niebezpieczniejsze dla człowieka od lwów, a szczególnie niebezpieczne są pojedyncze osobniki i sytuacje, gdy znajdziemy się pomiędzy młodymi a rodzicami. To wiedza, którą zdobyliśmy na tej wyprawie i staramy się stosować do jej zaleceń.

Zebras on the way through Taita Ranch
Zebry na drodze przez Taita Ranch

Przez 50 kilometrów spotykamy tylko dwójkę Masajów, freelancerów specjalizujących się w poszukiwaniu zagubionego bydła.

W stronę Oceanu Indyjskiego

Pod koniec dnia dojeżdżamy do Mackinnon Road i to nasze ponowne spotkanie z cywilizacją.

Not enough time to heal
Brak czasu na leczenie ran

Wchodząc do afrykańskiej knajpy, z reguły na pytanie „co można u was zjeść?”, pojawia się odpowiedź w rodzaju – „mamy mandazi, chapati, herbatę… i mamy jedzenie”.

Składamy zamówienie: „W takim razie, poprosimy dwa mandazi, dwie herbaty i dwa jedzenia”. Prawie zawsze pojawia się element niespodzianki z tym tajemniczym „two food”. Dziś jest to mięso z kozy, czasem ryż z fasolą, czasem krowie jelita, bardzo różnie.

Wieczorem rozbijamy nasz sfatygowany namiot przy domu Msena Lugwe Joto w miejscowości Kingoni. Nasz gospodarz to nauczyciel w szkole podstawowej i fascynat wymiany międzykulturowej.

Podczas wspólnej kolacji padają pytania w rodzaju – “Ile się w waszym kraju płaci, aby poślubić kobietę?” . Według lokalnych zwyczajów, jest to 10-20 krów, przy czym połowę posagu opłaca się gotówką i stosuje opcjonalny przelicznik „jedna krowa równa się sześć kóz”.

Msena Lugwe Joto's family, Kingoni
Rodzina Msena Lugwe Joto, Kingoni

Przejeżdżamy przez Shimba Hills, rzekomo zamieszkiwane przez słonie, więc wynajmujemy eskortę na motorze, aby uniknąć podobnych niespodzianek jak na Taita Ranch.

Mija kolejny dzień. Jesteśmy już coraz bliżej, szukamy skrótów przez wioski kierując się na wschód. W pewnym momencie, na nie tak odległym horyzoncie, pojawia się nasz cel. Ocean Indyjski!

Jeszcze kilka drobnych zjazdów i podjazdów i dojeżdżamy nad samo wybrzeże. Rzucamy rowery i wskakujemy do 28 stopniowej wody. Pełnia szczęścia, marzenie i cel pięciu tygodni i 2000 kilometrów zmagań stały się rzeczywistością!

Yes, our mission is complete!
Tak jest, nasza misja wykonana!

Koza w masajskiej wiosce

Kenyan side of Mt. Kilimanjaro

Kenijska strona Mt. Kilimanjaro

Policjanci na przydrożnym posterunku zapewniają, że w tej porze roku wzdłuż drogi C102 prowadzącej w stronę Kilimandżaro nie powinniśmy natrafić na niebezpieczne zwierzęta.

Co kilka kilometrów dostrzegamy porozrzucane maleńkie wioski z mieszkańcami trudniącymi się hodowlą bydła. To koniec pory suchej, więc napotykamy wyschnięte koryta rzek, puste jeziora i stawy, na dnie niektórych nawet zdążyły powyrastać chwasty. Niekiedy jest jeszcze odrobina błotnej wody, co przyciąga spragnione zwierzęta.

Kilimanjaro landscape

Krajobraz Kilimanjaro

Top of Africa ahead

Przed nami szczyt Afryki

Nie licząc drobnych zabudowań, cała okolica to zupełna pustka. Korzystamy z tego zagłębiając się w busz z rowerami, aby odnaleźć wyjątkowe, odludne miejsce. Rozbijamy namiot z widokiem na szczyt Afryki.

O poranku czeka nas niemiła niespodzianka. W trzech oponach naszych dwóch rowerów nie ma powietrza. Szczegółowa analiza odkrywa kilkanaście cierni i drobnych kolców powbijanych w dętki. Naprawa zajmuje dwie godziny, ale widok na Kilimandżaro rekompensuje trud tego zajęcia.

Fixing bikes with a special view in the background

Naprawianie rowerów przy niecodziennym tle

Dojeżdżamy do Oloitokitok i rozpoczynamy przygotowania około 5-dniowego etapu w najmniej zaludnionej części Kenii. Odnajdujemy Mwanzi Safai Inn i za $8 wynajmujemy pokój hotelowy. To okazja zrobić wielkie pranie, wziąć prysznic i załatać w dętkach mikrodziurki po kolcach.

Signe w trakcie tej wyprawy doliczyła się już ich trzydziestu siedmiu dziur. Z innych statystyk, to mamy za sobą ponad 100 godzin czystej jazdy netto, a o poranku cyka nam 1500 km. Całą noc męczą mnie dziwne sny. Może to dlatego, że to pierwszy hotel, w którym się zatrzymujemy?

Wyruszamy drogą prowadzącą tuż przy granicy kenijsko-tanzańskiej. Takiej okazji nie można sobie darować, robimy więc przerwę na Kilimanjaro (piwo) i Serengeti (również piwo).

Serengeti & Kilimanjaro

Serengeti & Kilimanjaro

W Rombo przeczekujemy deszcz, a kilka kilometrów dalej poznajemy Elizabeth, która zaprasza nas do swojej wioski na noc. „Supa” znaczy po masajsku „witaj”. Umawiamy się, że my podjedziemy rowerami brakujące dziesięć kilometrów, a ona wsiądzie w autobus i spotkamy się przy widocznej z drogi tabliczce Njukini Dispensary. Postępujemy zgodnie z planem. Prowadząc rowery wąską ścieżką idziemy z Elizabeth jeszcze kilometr w głąb buszu do wioski Oloburi Soit.

Masai jewellery

Masajska biżuteria

To wioska bez dostępu do wody ani prądu. Poznajemy jej mieszkańców. Elizabeth przedstawia nam swoją rodzinę i rodziny braci jej męża. Zwiedzamy także okolice, ślady po nieudolnych próbach zbudowania studni, ogrodzenie ze złożonych na kupę wyschniętych gałęzi chroniące przed słoniami w porze deszczowej, ich chatki i stado bydła.

Elizabeth waiting at the junction

Elizabeth czeka na skrzyżowaniu dróg

Dwudziestotrzyletnia Masajka jest ubrana nowocześnie, co ją wyróżnia na tle pozostałych kobiet w wiosce noszących shúkà, kolorowe narzuty okrywające ciało. Zgodnie z masajską myślą, wyedukowana kobieta ma prawo wyboru, jak będzie się ubierała i jakie zwyczaje z innych kultur przyjmie do swojego życia codziennego.

Our memorable hosts, Oloburi Soit

Nasi gospodarze w osadzie Oloburi Soit

Ozdoby w uszach, na szyi i rękach nosi się raczej odświętnie. Aby podkreślić przynależność plemienną, Masajowie wyrywają swoim potomkom dolnego środkowego zęba. Podobnie, często już nawet półtoraroczne dzieci naznaczane są rozżarzonym metalem na policzku. To rytuał, który stosowany jest do dziś, lecz coraz częściej się od niego odstępuje.

W całej wiosce tylko Elizabeth mówi po angielsku. Tłumaczy nam niektóre dialogi. Właśnie okazuje się, że jej mąż z bratem ustalają, w jaki sposób nas przywitać w ich wiosce. Po chwili mówi – „Właśnie ustalili, że zabiją dla was kozę”.

 

Traditional Masai attire

Tradycyjny strój masajski

Gospodarze zapraszają nas na zewnątrz, aby nam pokazać tą procedurę krok po kroku. Najpierw kozę się dusi, potem nacina w kilku miejscach i zgrabnymi ruchami noża zdziera skórę. Każda część jest rozparcelowywana z osobna. Kobiety trzymające się tradycji masajskiej nie uczestniczą w procesie oprawiania, a mięso zobaczą dopiero, gdy mężczyźni im je przyniosą, zgodnie z kolejnością i przeznaczeniem, to dla kobiet, to dla młodych dzieci, dla ojca, gości itd.

Gospodarz odcina nożem coś, co wygląda mi na surową nerkę. Trzyma ją w ręku i spogląda w naszym kierunku. Myślę, co się teraz wydarzy i trochę się niepokoję, bo nie mam zwyczaju jadać surowych nerek. Na szczęście z pomocą pojawia się mały czteroletni chłopiec, którego entuzjazm sugeruje, że to mu przysługuje ten „honorowy” kąsek. Nerka zostaje przecięta nożem na pół i, jeszcze ciepła, w temperaturze ciała zwierzęcia, połknięta ze smakiem przez ojca i syna.

Mięso, także żeberka i wątroba są pieczone na ognisku. Dzieci doglądają ogniska w ciemności, a jeden z dorosłych bierze kolejne kawałki i dzieli je na porcje przydzielając kolejnym osobom po solidnym kęsie.

Całkowicie nie nadążamy nad tempem gryzienia, jednak zęby masajskie są zdecydowanie bardziej w tym wprawione. Trudno mi rozpoznać poszczególne fragmenty pieczonej kozy podawane ręką po ciemku, ale jeden z nich to na pewno wymię. Rozgryzienie graniczy z cudem, więc muszę dyskretnie odłożyć je w trawę na bok, tuż przed przyjęciem kolejnego kęsa.

Special treat

Przygotowywanie kozy

Preparing the goat is a meticulous process

Staranny proces zdejmowania skóry

Bonfire is ready

Mięso pieczone na ognisku

Za moment zupka. Płuca, żołądek i nadmiar tłuszczu będą gotowane i mieszane w garnku nad ogniem. Dostajemy litrowy kubek niezwykle tłustego, gorącego i pozbawionego smaku wywaru, który mimo, że jest prawdziwym rarytasem dla mieszkańców wioski, my wypijamy możliwie szybko, aby skrócić czas „delektowania się”. Na zakończenie ceremonii Masaj wydłubuje jedno oko z głowy kozy, a widząc moje zainteresowanie, pozuje do zdjęcia. Takie masajskie poczucie humoru.

I have an eye on you

Mam na ciebie oko

Ashe to po masajsku dziękuję. O poranku żegnamy się ze wszystkimi, zostawiamy podarunki, dziękujemy po masajsku i ruszamy w kierunku Oceanu Indyjskiego.

Morning tea with Elisabeth

Poranna kawa z Elisabeth

Masai on wheels

Masaj na kółkach

Busy road

Ruchliwa droga przed nami

Wielki Rów Afrykański

Headmaster and his desktopDyrektor szkoły i jego “pulpit”

Nowo wybudowana droga asfaltowa ciągnie się góra-dół-góra-dół przez kolejne 40 kilometrów od miejscowości Narok. W końcu zjeżdżamy na glinianą nawierzchnię. Na jednym z targowisk zaopatrujemy się w pieczoną kukurydzę, mango i banany.

Up and down... up and down
W dół i pod górę, w dół i pod górę….
A casual visit in a primary school
Spotkanie w szkole podstawowej

Po kolejnej godzinie jazdy dopada nas burza, ale na szczęście odnajdujemy schronienie pod dachem. Czekamy pół godziny i postanawiamy pokonać jeszcze kawałek w deszczu. To Mau Escarpment, zbocze Wielkiego Rowu Afrykańskiego, aby je pokonać, musimy wznieść się na rowerach na ponad 3000 m n.p.m.

Gdy jesteśmy już solidnie przemoczeni, deszcz nabiera jeszcze większej mocy, poza tym robi się zimno. Postanawiamy rozbić namiot przy przypadkowym, pozornie opuszczonym domostwie. Wieczorem zjawia się Ann, masajska gospodyni. Sprawia wrażenie spanikowanej i przestraszonej, ale już po paru minutach rozmowy się rozkręca, szybko robi się późno i Ann zaprasza, byśmy jeszcze z rana dokończyli tematy przy filiżance kawy.

Po śniadaniu rozpoczyna się główna część podjazdu. Droga prowadzi cały czas do góry. Za każdym razem można odnieść wrażenie, że to już koniec i za chwilę rozpocznie się zjazd, lecz nie ma tak łatwo. Wjeżdżamy wysoko, potem jeszcze wyżej, na sam szczyt, a chwilę potem ukazuje się kolejny szczyt, który będzie kolejnym pozornym szczytem. Ostatecznie dojeżdżamy do wierzchołka Mau Escarpment. Patrząc na wysiłek, jest powód do dumy. A przed nami zjazd ponad 1000 metrów w pionie prosto nad jezioro Naivasha.

Riding all the way down Mau EscrapmentZ górki na pazórki [Mau Escrapment]
1000km behind us1000km za nami
Signe feeling really proud at our 1000th km
Po przejechaniu 1000km afrykańskich bezdroży pojawia się prawdziwa satysfakcja
The road is tricky
Czasem pojawi się ciężarówka, a większy ma pierszeństwo
Beer break at Wendo Bar
Przerwa na piwo w barze Wendo

Pobyt na Fisherman’s Camp to okazja się zregenerować, napić piwa po zawyżonych cenach i zjeść wielką tilapię lub makaron z kawałkami raka, w zależności co uda się złowić miejscowym rybakom. Dwa dni odpoczywamy, ale tak na prawdę to tylko jutro, bo dziś już zdążyliśmy przejechać 58 km.

Fisherman's CampFisherman’s Camp

Można tu wypożyczyć kajak, ale napis “Enjoy kayaking and beware of hippos!” nie jest wystarczająco przekonywujący. Szczególnie, że wchodząc na pole kempingowe, spytałem strażnika, czy zdarzyły się tu jakieś wypadki z udziałem hipopotamów. Zamiast wymijającej odpowiedzi, usłyszałem „Prawdę mówiąc to tak, i to dość niedawno, gdy zelektryfikowany płot przestał działać w nocy (…) i wtedy samica się na tego biednego i nieświadomego turystę rzuciła”. Ale chyba wiedział, że i tak się tu zatrzymamy, około 30 metrów od hipopotamów za płotem.

before the shower
“przed”, 4 albo 5 dni bez prysznica…
..and after shower
..”po” prysznicu

Dobrze wziąć po tych czterech czy pięciu dniach prawdziwy prysznic, ale w momencie naszej nieobecności do namiotu wkradają się koczkodany i zabierają nasze mango i banany.

ColobusColobus
Monkey eating our mango
Małpa wcina mango
The mango is taken by monkey
Pod naszą nieobecność mango zostało zabrane przez małpę
Monkeys came for another booty
Małpy przyszły po kolejne zdobycze
“Trzymajcie się z dala od mango”

Nad jeziorem Naivasha spotkamy mnóstwo ptactwa żywiącego się rybami, w szczególności wielkie, hałasujące marabuty.

W nocy mrówki przegryzają podłogę namiotu, jednak to w niczym nie przeszkadza, najważniejsza jest pewność, że hipopotamy znajdują się za elektrycznym płotem.

Po dniu odpoczynku kolejnego dnia 40 kilometrów pokonujemy bez zatrzymywania się. Dojeżdżamy do rezerwatu Longonot, przed wejściem zostawiamy rowery i wchodzimy na krater. Podejście zajmuje około godziny i okrążenie krateru po krawędzi dodatkowe półtorej godziny.

 

The top of Mt. Longonot crater, 2780mSzczyt krateru Mt. Longonot, 2780m
Panorama of Mt. Longonot craterPanorama Mt. Longonot

Nocujemy na obrzeżach rezerwatu, a o poranku wsiadamy na rowery i kierujemy się na wschód w stronę Thika, tak, aby ominąć Nairobi. Duże miasta są do niczego nam nie potrzebne. Pierwsze 20 kilometrów i podjazd szutrową drogą dają wycisk. Nasza droga łączy się z drogą trzeciej kategorii o nazwie C66. Rozpoczyna się kenijski Route 66.

Startujemy na wysokości 2500 metrów, otaczają nas młode drzewa iglaste. Mkniemy nieuczęszczanym, gładkim asfaltem pierwszorzędnej jakości pełną prędkością z górki. Czy nadal jesteśmy w Afryce, a może gdzieś w Skandynawii?

Is it Sweden or the road to Thika?Czy to Szwecja czy może droga do Thika?
As we descend, the tea plantations show up again
W miare tracenia wysokości ponownie pojawiają się plantacje herbaty

Oddając wysokość obserwuję, jak iglaki zmieniają się w eukaliptusy, krajobraz przeplatają pojedyncze zabudowania, z czasem pojawiają się malownicze plantacje herbaty i sylwetki zbieraczy z koszami na plecach.

Gakoe Tea EstateGakoe Tea Estate
Daily take is ready for transportation
Worki z herbatą gotowe do transportu

W jednej z wiosek odbywa się załadunek ciężarówki z herbatą. Tłum ludzi waży, rachuje, przekłada i rozładowuje liście z plecionych, wiklinowych koszy, które przynieśli tu na własnych plecach.

Kawałek dalej zatrzymują nas umundurowani oficerowie z zapytaniem „czy nie widzieliśmy po drodze dużego słonia, bo się wyrwał od stada i sieje popłoch wśród ludzi”.

Wraz ze spadkiem wysokości, plantacje herbaty stają się plantacjami bananów, a potem kukurydzy. Dojeżdżamy do Thika, kupuję tabletki Metakelfin, rzekomo przeciwmalaryczne. Te przypominające skittles się skończyły, pora więc na coś nowego. Tym razem farmaceutka zaleca połknąć 3 tabletki jednorazowo co 2 tygodnie (ciekawa kombinacja).

Dziś pokonujemy 103 km bez złapania ani jednej gumy. To absolutny rekord jak na kenijskie warunki. Jedziemy Garissa Road prowadzącą do Somalii, ale w pewnym momencie skręcamy i dojeżdżamy do wodospadów 14 Falls.

14 FallsWodospady 14 Falls
14 Falls

Nastaje prawie niewidzialna droga szutrowa prowadząca do miejscowości Tala. Mijamy gigantyczne plantacje ananasów. Wygląda to tak, jakby cała światowa produkcja, liczona w milionach ananasów, znajdowała się właśnie tutaj.

One billion of pineapplesMiliard ananasów

Dojeżdżamy do Kivaani i zatrzymujemy się w barze Mwaitu Randevouz, gdzie uzupełniamy informacje o dalszej części trasy. Nocujemy w maleńkiej wiosce tuż przed Makutano.

Same same but different

Same same but different

Hen, bike and chicken
Kura, rower i kurczak
Morning routinesCodzienna rutyna

Po przejechanych dotychczas 1300 kilometrów pojawiają się pierwsze poważne problemy z rowerami. Poluzowany suport udaje się poprawić dłutem i młotkiem, hamulce i przerzutki wymagają coraz większych ilości smaru i regulacji. Aby móc kontynuować, coraz częściej musimy stosować rozwiązania prowizoryczne.

Hotel - now open!Hotel – now open!
Refilling energyUzupełnianie energii
Be free and happy

Ciernie znów dają o sobie znać. Na bieżąco reperujemy kolejne dziury. Na przekór wszystkiemu, niekiedy nawet drogi trzeciej klasy takie jak C101 czy C99 potrafią zaskoczyć wysoką jakością nawierzchni. Przejeżdżamy przez Kilala, Nziu i dojeżdżamy do Emali. Przecinamy autostradę i oddajemy się drodze C102 prowadzącej do Oloitokitok przy granicy tanzańskiej.

Droga jest płaska, w dobrym stanie, bardzo spokojna, prawie że monotonna. W pewnym momencie Signe dostrzega coś na horyzoncie i woła „Spójrz tam!

 

The sight of Kilimanjaro stays with us for a couple of days

Nie ma żadnych wątpliwości – to wyłaniający się z chmur ośnieżony szczyt Kilimanjaro. Ten widok będzie nam towarzyszył przez najbliższe kilka dni.

Rowerem przez ziemię Masajów

Krótka przerwa w wiosceKrótka przerwa w wiosce

Z każdym dniem uczymy się i poznajemy coraz więcej zachowań afrykańskich zwierząt. Przemierzamy ziemię Masajów i przez znakomitą większość czasu jest to totalne odludzie. Obserwując otoczenie widzę tylko uciekające antylopy, czające się w oddali w guźce, zebry odpoczywające w cieniu drzewa i dumnie spoglądające na nas żyrafy, których sylwetki nie sposób przeoczyć na tej płaskiej sawannie nawet z kilometra. Taki dziś dzień, że co parę kilometrów musimy łatać dętki, ale w towarzystwie mieszkańców sawanny sprawia to nawet przyjemność.

W cieniu drzewa

W cieniu drzewa

Bike fixie-fixie

Podążamy naturalnie ukształtowanym korytarzem, wzdłuż którego swobodnie przemieszczają się lwy i bawoły. Podobno zwierzęta najbardziej drapieżne mają zwyczaj odpoczywać w ciągu dnia, aby zachować energię na nocne łowy. Jednak dla bezpieczeństwa wyciągam maczetę i umieszczam ją w poręcznym miejscu na bagażniku. Nie wiem czy to ma jakiekolwiek znaczenie, ale psychologicznie pomaga. Spokoju dodaje też nieograniczona widoczność i rzeźba terenu. Cały obszar jest nisko porośnięty i płaski jak patelnia.

Żyrafa na horyzoncie
Żyrafa na horyzoncie

Dojeżdżamy do Junction Alkimitare. Kolejne kilkadziesiąt kilometrów teren będzie bardziej zróżnicowany, ale cały czas to odludzie. Przez pewien odcinek trasy prowadzi nas motor jadący tak jak my, na wschód. Mijamy pustelnicze postacie z wielkimi stadami krów, kóz i owiec.

Aquaguard, our daily source of clean water

Aquaguard, codzienne źródło czystej wody

Pierwsza napotkana osada ogrodzona wyschniętymi krzewami to nasza jedyna opcja na bezpieczne spędzenie nocy. Syn założyciela wioski wskazuje nam miejsce na namiot, a zaledwie sto metrów od osady jest małe źródło wody (a uściślając, mętna sadzawka), gdzie możemy się opłukać, a nawet wykąpać.

Tiny Masai village

Nasz gospodarz posiada dwie żony, kilkanaścioro dzieci i parę wnucząt. To wszyscy mieszkańcy tej liczącej kilka domów maleńkiej wioski. Prawdziwy, żyjący zgodnie z tradycją Masaj poślubi żonę tylko z tego samego plemienia i tylko, gdy obie rodziny się znają. Może posiadać nie więcej niż pięć żon. Wszyscy mieszkańcy tej osady trudnią się hodowlą bydła. Jeszcze 10 lat temu, gdy tu przybyli, posiadali zaledwie 20 krów, ale dziś zrobiło się już ponad 200. Zaganianie bydła na noc to codzienny obowiązek mieszkańców sawanny ze względu na żyjące tutaj niebezpieczne zwierzęta.

Masai woman

Na kolację w jednej z chatek jemy ryż z fasolą i ziemniakami. Wypytuję gospodarzy o to jak radzą sobie w sytuacji, gdy w ciągu dnia nad stadem krów pojawi się lew. Młody Masaj bierze łyk herbaty ze świeżym tłustym mlekiem i odpowiada: „Posiadamy włócznię”. Po chwili jego brat przynosi z pomieszczenia obok prawdziwą, około półtorametrową metalową włócznię. Widząc moje zaskoczenie, sięga po kolejny rekwizyt „A to jest łuk, którym możemy strzelać z dystansu”. Prawdziwy własnej produkcji łuk do strzelania do lwów!

A short stop in a village on the way

W nocy budzę się kilka razy, a idąc się przejść, spotykam jednego z synów gospodarza, który obserwuje czy do osady nie zbliżają się lwy. Widzimy tylko małe stado zebr w odległości około stu metrów, dobrze widoczne w świetle księżyca bliskiego pełni.

Po pewnym czasie na niebie pojawia się poświata, co zapowiada zbliżający się wschód słońca. Mieszkańcy wstają i rozpoczynają dzień od wyprowadzania bydła.

Dowiadujemy się, że budowa domu z błota zmieszanego z wodą i krowimi plackami przeciętnie trwa 2 tygodnie. Udział własny w kosztach to 0 szylingów kenijskich, podobnie jak udział kredytu bankowego – również 0. Potrzeba tylko czasu i rąk do pracy.

Family run restaurant

Rodzinna restauracja

A girl waiting for morning cup of tea

Droga C13 ciągnie się dalej, cały czas wyboista i kamienista. Niekiedy pojawiają się wąskie ścieżki objazdowe dla rowerów. Zmienia się też krajobraz, coraz bardziej przypomina Dziki Zachód: kaktusy, pustelnicze domostwa z desek, półpustynia. Jedyna różnica, to że zamiast kowbojów i rewolwerów, spotykamy Masajów z włóczniami poubieranych w kolorowe dzianiny shúkà.

Wild West
Kenijski Dziki Zachód

W końcu po raz pierwszy od prawie tygodnia pojawia się droga asfaltowa. To też nie ułatwia sprawy, bo pobocze jest pełne cierni, co sprawia, że kilkukrotnie musimy łatać dętki.

Elderly Masai in Alkimitare Junction

Starszy Masai, Alkimitare Junction

Dojeżdżamy do Narok i tu przekonujemy zarząd baru piknikowego Nyama Choma Tayari, że to nie tylko bar piknikowy, ale także miejsce, gdzie można rozbić namiot i przenocować.

Zamawiam zimne piwo i się nim delektuję obserwując jak Signe praktykuje łatanie dętki. O poranku okazuje się, że łatka została przez nią dobrze przyklejona, ale w złym miejscu.

Jak mówi afrykańskie przysłowie „You learn how to cut down trees by cutting them down”.

You learn to cut down trees by cutting them down

Masai Mara, zwierzęta bez granic

Afryka, którą zawsze chciałem zobaczyćAfryka, którą zawsze chciałem zobaczyć

O godzinie 6:30 pojawia się różowa poświata na horyzoncie. Mieszkańcy ostatnio odwiedzanych wiosek zapewniali nas, że podążając rowerami na południe spotkamy wiele dzikich zwierząt. Słuchamy z niedowierzaniem, ale oni wciąż powtarzają, yes, zebras, giraffes, too many, too many,… Signe się uśmiecha i retorycznie mnie pyta: ciekawe czy żyraf i zebr może być „zbyt wiele”?

Zebry, w końcu!Zebry, w końcu!

Mamy już dokładnie rozrysowaną prowizoryczną mapę, droga trochę się ciągnie. Prowadzi przez zarośla i wyrwy w drodze. Ogólnie to odludzie. W pośrodku tej monotonii terenu nagle dostrzegamy trzy biało-czarne zwierzęta. Stoją i się patrzą, gdy próbuję podjechać nieco bliżej, uciekają, a ja wjeżdżam w ciernie i przebijam w czterech miejscach przednią oponę. Gdy przystępuję do łatania, pojawia się kilka żyraf. Czujemy się jak na safari, a przecież jesteśmy na zwykłej kenijskiej drodze, gdzieś pomiędzy wioskami, którą dzieci właśnie wracają ze szkoły.

Żyrafy, niespodzianka na naszej drodzeŻyrafy, niespodzianka na naszej drodze

Zjeżdżamy ze stromego zbocza, po drodze spotykamy kolejne żyrafy, zebry, antylopy, całe ich rodziny, stada. Obserwujemy nawet bawoły na wyciągnięcie ręki, ale lokalny motocyklista oznajmia, żebyśmy się tak im nie przyglądali i szybko przejechali dalej.

Bawoły, spokojne i nieprzewidywalneBawoły, spokojne i nieprzewidywalne

W końcówce zjazdu wyprzedzamy jeepa, którego kierowca wymienia przebitą oponę. Parę minut później nas doganiają. To Juliet i Nicolas wraz z dwójką dzieci o imieniu Alas i Issac. I tu wielkim zbiegiem okoliczności znika problem wynajęcia samochodu terenowego na wjazd do Masai Mara, gdzie obowiązuje zakaz wstępu na rowerze. Francusko-kanadyjskie małżeństwo zaprasza nas do swojego pojazdu, płacimy więc „tylko” po $80 za wstęp do parku narodowego.

Oloololo GateOloololo Gate

Jeśli ktoś podróżujący po Kenii zastanawia się nad pominięciem parku Masai Mara, to koniecznie należy wybić sobie ten pomysł z głowy.

Przemieszczamy się terenowym nissanem zaledwie kilkaset metrów od miejsca, którędy parę minut temu jechaliśmy na rowerach. Wyglądając przez otwarte okno dostrzegam kilka zwinnie przemieszczających się drapieżników pośród sawanny. Jedna z lwic właśnie kończy wyjadać wnętrzności upolowanej zebry. Wyjmuje czerwony pysk, przeżuwa, gryzie i połyka kęs mięsa.

Lwica konsumująca zebręLwica konsumująca zebrę

Ktoś potrzebuje chusteczki?Ktoś potrzebuje chusteczki?

Masai Mara to najzasobniejszy w zwierzęta rezerwat przyrody w Kenii. Obszar wielkości 1510 km^2 zamieszkują przedstawiciele Wielkiej Piątki, krokodyle, hipopotamy, antylopy, impale, zebry, gepardy, żyrafy i niespotykana ilość ptaków.

Każdy z gatunków zwierząt jest bardzo osobliwy. Krętorogie impale są bardzo płochliwe, gdy tylko wyczują zagrożenie, zaczynają uciekać całym stadem w możliwie nieprzewidywalny sposób, by zmylić przeciwnika.

Impale muszą uważać na lwyImpale muszą uważać na lwy

Żyrafa jest najwyższym ssakiem lądowym o pełnych elegancji, opanowania i dostojnych ruchach. Gdy poczuje zagrożenie, za wszelką cenę ukryje strach kamuflując się gestem „nudno tu, z resztą i tak miałam w planie już iść”.

Moment kontemplacji
Moment kontemplacji

Guźce podobno mają bardzo krótką pamięć. Zdarza się, że uciekając, w pewnym momencie reflektują się i zapominają, dlaczego właściwie uciekają. Aby po chwili znów kontynuować.

foto: Łagodnie wyglądające hipopotamy to najgroźniejsze znane człowiekowi ssaki.

Spoglądamy na te niewinnie brodzące, bawiące się w rzece Mara przyjaźnie wyglądające stworzenia. Nasz kierowca zapewnia „wieczorem te zwierzęta wyjdą na ląd i jeśli nie biegacie jak ktoś z Kenii albo Etiopii, to już po was”. Wkurzony hipopotam potrafi osiągnąć prędkość 30km/h i przegryźć, tak, przegryźć człowieka wpół. Prawdziwy kawał osiągającej nawet 2 tony bestii.

Leniwe hipopotamyLeniwe hipopotamy

Hippo family timeCała rodzina hipopotamów

Nasza popołudniowa sesja dobiega końca. Razem z Signe nie mamy póki co pomysłu, gdzie spędzić tę noc. Nicolas opowiada, że kilka lat temu do jego namiotu tuż u wrót parku dobierały się dwie hieny, cudem udało mu się w nocy ewakuować do samochodu. Porzucamy więc ten pomysł na rzecz przeniesienia się chociaż kilku kilometrów od bramy Oloololo Gate.

Słonie na popołudniowej przechadzceSłonie na popołudniowej przechadzce

Rozwiązanie znajduje się samo, zostawiamy rowery przy Oloololo Gate i wszyscy razem jedziemy do Bush Camp, bazy wypadowej na safari.

Ceny są trochę odstraszające, ale lepsze to niż spać wśród hien. Po wystawnej kolacji (około $25 za osobę), jeden z Masajów pokazuje nam miejsce około 500 metrów dalej na rozbicie namiotu nad skarpą. Pytam go, „czy zdarza się, że w nocy pojawiają się tu lwy lub hieny”, po czym słyszę uspokajającą odpowiedź „owszem, ale z reguły dość rzadko”. Ostatecznie cofamy się te kilkaset metrów i rozbijamy namiot przy obozowisku, psychologicznie to pomaga, ale hieny i tak nie mają pojęcia, gdzie znajdują się te powymyślane przez człowieka niewidzialne granice. Maczeta pod ręką dodaje trochę spokoju i pozwala na jakiś czas zasnąć.

Wstajemy o 5:37 i 17 minut później nasz namiot jest już spakowany, a my gotowi do kolejnego dnia przygód. Wypijamy poranną kawę jeszcze po ciemku, ale chwilę później blask różowej poświaty zaczyna wypełniać rozległą równinę Masai Mara. Nie czekając bezczynnie do wschodu słońca, razem z zaprzyjaźnionymi pracownikami ONZ wyruszamy na drugą, tym razem poranną część safari.

Wschód słońca nad Masai MaraWschód słońca nad Masai Mara

W miejscu, gdzie wczoraj lwy wykańczały wnętrze zebry, pojawiły się hieny. Teraz ich kolej na zajęcie się całym szkieletem. Hieny mają jeden z najsilniejszych zgryzów występujących w przyrodzie, o sile ponad 1100 PSI (około 80 kg / cm^2). Tłumacząc to na język praktyczny, trzeszczące i pękające grube kości słychać z kilkunastu metrów, tak, że aż drżą kręgi.

Hiena zwęszyła zebręHiena zwęszyła zebrę

Hieny, mimo że występują w małych stadach, mają bardzo indywidualne zachowania i nie dzielą się z innymi osobnikami tym, co uda im się wyrwać lub zdobyć. Na końcu hierarchii pozostają sępy, pojawiają się jako ostatnie, ale i dla nich znajdzie się kąsek upolowanej wczoraj zebry.

Kilka pokoleń słoniKilka pokoleń słoni

Odcień porannego światła robi się coraz cieplejszy, ale na przestrzeni kilkunastu minut długie cienie zaczną kontrastować z czerwonym, pomarańczowym i w pewnym momencie już żółtym światłem. Dostrzegamy charakterystyczne sylwetki. Cała gromadka słoni, a sądząc po rozmiarach osobników to wielopokoleniowa rodzina, beztrosko przechadza się przez głęboką sawannę. Ten ogromny ssak nie ma żadnych naturalnych wrogów poza człowiekiem. Niestety, ale nielegalne kłusownictwo to wciąż poważny problem, stąd też częste uzbrojone patrole, którym rząd kenijski dał przyzwolenie na strzelanie do kłusowników.

Słonie niestety często padają łupem kłusownikówSłonie niestety często padają łupem kłusowników

Wracamy do naszych rowerów, ale okazuje się, że Oloololo Gate nie możemy się tak łatwo opuścić. Małe stado bawołów właśnie zrobiło sobie przerwę obiadową tuż przy drodze wyjazdowej z parku. Czekamy na jakiś wóz, który mógłby posłużyć za naszą asekurację. Kolejne stada zwierząt mijamy samodzielnie, bardzo ostrożnie, mając na uwadze, aby zawsze być po stronie zawietrznej, o czym z resztą przypomniał nam pewien policjant zaaferowany dwójką Europejczyków przemierzających na rowerach tereny należące do dzikiej zwierzyny.

Juliet, Nicolas, dzieci i kierowcaJuliet, Nicolas, dzieci i kierowca

Zatrzymujemy się w pierwszej napotkanej wiosce Masajów po wyjeździe z rezerwatu. Tutaj robimy postój, jemy placki chapati ze szpinakiem, łatamy wszystkie dziury w zapasowych dętkach, łącznie chyba cztery i myślimy, co nas dzisiaj zaskoczy, a jak to mówią, „droga zbyt prosta prowadzi donikąd”.

Chapati ze szpinakiemChapati ze szpinakiem

Kenijskie Plantacje

Samotne drzewo wśród herbaty
Samotne drzewo wśród herbaty

Wśród trzciny cukrowej

Nasza rozklekotana, pełna kurzu droga przecina gigantyczne plantacje trzciny cukrowej. Ruch jest znikomy, ale późniejszym popołudniem pojawiają się traktory obładowane trzciną cukrową. Po ciężkich godzinach pracy w słońcu pracownicy zwożą żniwa do jednej z kilku cukrowni w tej okolicy. Odnajdujemy prywatną, bogato urządzoną i wystawną posesję przy Makutano Junction. Próbujemy kogoś odnaleźć i spytać o możliwość rozbicia namiotu. Udaje nam się poznać jednego z trzech synów założyciela tego wielkiego zakładu przetwórczego i właściciela posesji. To firma zatrudniająca 400 osób, głównie mieszkańców okolicznych wiosek, prowadzona przez rodzinę Hindusów, którzy mieszkają w Kenii od trzech pokoleń.

Sezon na trzcinę cukrową

Sezon na trzcinę cukrową

Nie ma rzeczy niemożliwych

Nie ma rzeczy niemożliwych

Rozbijamy namiot przy malutkiej stacji benzynowej, miejsce to poleca właściciel. Zapewnia, że to bardzo spokojna okolica, a nad naszym bezpieczeństwem dodatkowo czuwać będzie dwójka uzbrojonych i zakamuflowanych policjantów: mężczyzna i kobieta. Wieczorna pogawędka z Silasem, młodym policjantem, przybliża nam realia życia pośród plantacji trzciny cukrowej, a także pozwala przeczekać popołudniowy upał przed wejściem do namiotu. W nocy natomiast robi się chłodno.

Wiejski krajobraz

Wiejski krajobraz

Typowe targowisko ma sporo do zaoferowania

Typowe targowisko ma sporo do zaoferowania

Po kilku kilometrach kończą się plantacje trzciny, zmienia się też roślinność i krajobraz. Przed nami długi podjazd, nabieramy cały czas jeszcze większej wysokości. Zaczynają pojawiać się kaktusy, przeważają pojedyncze drzewa i niskie zarośla.

W ciągu dnia jednak cały czas jest gorąco. Nasza droga, chyba ostatniej możliwie niskiej kategorii, to tylko wystające obłe kamienie, dziury, wyrwy z pory deszczowej i pył z pory suchej.

To jedno z wielu poświęceń i starań jakie czynimy, aby przypadkiem nie znaleźć skrótu jakąś ruchliwą asfaltową drogą.

Ugali, warzywa i potrawa z kozy

Ugali, warzywa i potrawa z kozy

Najbardziej podejrzane mięso

Najbardziej podejrzane “mięso”

W pocie czoła podziwiam ludzi jadących motorami w kurtce i w czapkach. Upał sięga przynajmniej 35 stopni, a droga ciągnie się cały czas na zmianę: mocno pod górę i lekko w dół, mocno pod górę i lekko w dół.

Herbaciane wzgórza Kericho

Niekończące się plantacje herbaty

Niekończące się plantacje herbaty

Dojeżdżamy do Kericho. Pojawiają się największe w Afryce plantacje herbaty. To prawdziwe herbaciane zagłębie. Postanawiamy zwiększyć zapasy wody, co w praktyce oznacza zwiększenie ilości pustych butelek, które będziemy zapełniać wodą uzdatnianą preparatem Aquaguard. Kupujemy także papaje, banany, mango i afrykańskie pączki. Prowiantu na drogę nigdy za wiele. Czuję, jak ogarnia nas dodatkowy spokój, gdy zaczynamy wkraczać w jeszcze mniej zaludnione tereny.

Zapasy w Kericho

Zapasy w Kericho

Już dawno opuściliśmy miasto, a zielone krzewy ciągną się jeszcze przez odległe kilometry. Nie zastanawiając się zbyt wiele postanawiamy poszukać miejsca na namiot gdzieś w okolicy. Skręcamy w stronę jednej z plantacji Unilever Tea Co. Kenya i dojeżdżamy do komisariatu policji. Po krótkiej rozmowie z sierżantem, a potem komendantem, zostajemy zaproszeni do rozbicia namiotu na zadbanym policyjnym trawniku, a także do skorzystania z ich kranu z bieżącą wodą.

Ludzie zbierający liście herbaty, prowincja Kericho

Ludzie zbierający liście herbaty, prowincja Kericho

Herbata

Herbata

O poranku młody policjant Geofrey Kipchumba wita nas filiżanką kenijskiej herbaty. Pojawiają się też rozrabiające i buszujące po ogrodzie małpy. Jemy mango i ruszamy.

Noc na posterunku policji przy Kericho

Noc na posterunku policji przy Kericho

Poranne, jeszcze nierozgrzane słońce rzuca długie, kontrastujące cienie na herbaciane zbocza wypełnione maleńkimi sylwetkami z wiklinowymi koszami na plecach. To klimat i wysokość sprzyjające uprawie herbaty, gorące dni, chłodne noce.

Młoda matka zbierająca herbatę
Młoda matka zbierająca herbatę
Liście muszą być ostrożnie wkładane do wiklinowego kosza
Liście muszą być ostrożnie wkładane do wiklinowego kosza

Zbieranie herbaty to proces ciągły, ale aby nadać temu porządek, na jednym fragmencie pola zbieranie odbywa się zwykle co kilka do kilkunastu dni. Kolejnego dnia praca przenosi się na następne poletko przy zachowaniu logicznego harmonogramu i tak dalej.

Ze względu na duże zapotrzebowanie na siłę roboczą, zagraniczne koncerny pobudowany całe osiedla domków dla kenijskich rodzin gotowych do przeprowadzki i podjęcie stałej pracy przy zbiorach.

Praca zbieraczy wymaga zręczności, wytrwałości i determinacji. Zrywane są tylko rosnące u szczytu krzewu listki, a martwa część jest usuwana, aby ułatwić swobodny wzrost nowym liściom. Sprawny zbieracz jest w stanie nazbierać około 25 kilogramów liści herbaty w ciągu dnia. To imponująca ilość, mając na względzie, że na jeden kilogram świeżej herbaty przypada ponad 2000 listków. Ważne, aby listki nie były zgniatane ani upychane w koszu, lecz starannie i delikatnie układane. To decyduje o jakości herbaty, a Kenia posiada w tym reputację najlepszą na świecie.

Worki z liśćmi herbaty

Worki z liśćmi herbaty

Po udanym dniu zbiorów trzeba jeszcze taki cały wór donieść na plecach do miejsca skupu, skąd ciężarówkami herbata powędruje do dalej, aby kiedyś znaleźć się na półce w supermarkecie i naszych filiżankach.

Powoli opuszczamy nasze herbaciane wzgórza. Za miejscowością Sotik skręcamy w szutrową, bardzo szeroką, uklepaną i wygładzoną drogę. Widać, że jest tu pewien plan wylania asfaltu, jednak jeszcze się to nie wydarzyło. Domyślam się, że to chińska robota, bo biegnące za nami dzieci z okolicznych wiosek wykrzykują China! China!. W sumie w Afryce łatwo pomylić Europejczyka z Chińczykiem, więc rozumiem to zamieszanie.

Kameralna przerwa w Chepekei

Kameralna przerwa w Chepekei

Nadchodzi zmierzch, przy Shartuka poznajemy człowieka, który od możliwie najmniej dostępnej strony, przez mokre pola i głębokie bagna prowadzi nas do wejścia na teren szkoły. Dyrektor Johan Kipkorir i nauczyciel matematyki i geografii John Dwino, podobnie jak większość nauczycieli, mieszkają tutaj na stałe. Pokazują nam miejsce gdzie możemy rozbić namiot, a któryś z również mieszkających tu uczniów przynosi wodę, jak zapewnia pitną.

Woda z lokalnego ujęcia jest szaro-brunatna i bardzo mętna, ale po uzdatnieniu Aquaguardem, nie mamy wyboru i pijemy ją udając, że jest przeźroczysta i klarowna.

John zaprasza nas na kolację do swojej kwatery. Przygotowywanie ugali to sztuka, wymagająca energicznego mieszania i zachowania odpowiednich proporcji wody i mąki kukurydzianej. Spożywamy posiłek razem z liśćmi manioku, jajecznicą i herbatą z mlekiem i imbirem.

Zachód słońca w Shartuka

Zachód słońca w Shartuka

Noc w Shartuka Secondary School

Noc w Shartuka Secondary School

John zachęca do spróbowania sfermentowanego mleka, które jak zapewnia, jest ekstremalnie pyszne. W sytuacjach takich jak ta rzadko mam zwyczaj odmawiać, jednak tym razem myślę, że lepiej odpuścić sobie tą przyjemność. W końcu jutro mamy w planie od samego rana wsiąść na rowery i być może spotkać jakąś zebrę albo żyrafę.

Kenia zachodnia i plemię Teso

House in Chamasiri villageDom w wiosce Chamasiri

Przejście graniczne w Lwakhakha, mimo że nie istnieje na wielu mapach, to jak afrykańskie warunki przebiega bezproblemowo. Opuszczając zamęt przygraniczny szybko okazuje się, że prowincja Western to ziemia przyjaznych i uśmiechniętych ludzi z plemienia Teso. Pedałujemy kolejne kilkanaście kilometrów i dojeżdżamy do wioski Chamasiri, w której poznajemy rodzinę Emoit. To pokaźna ilość osób, bo przez trzy albo i cztery pokolenia nazbierało się mnóstwo kuzynów, braci, sióstr, dzieci i dzieci ich dzieci.

Słońce dopiero zmierza ku zachodowi, a cała gromadka młodych Emoitów bawi się na trawie przy glinianych chatkach. To moment, w którym wyjmuję z sakwy drewnianą zabawkę, niewinną (ale tylko na warunki europejskie) imitację zielonego węża. Pierwsza reakcja dzieci to strach, przerażenie, krzyki, ale ostatecznie śmiech i doskonała zabawa dla wesołego towarzystwa, które wzajemnie straszy się wężem przez resztę wieczoru.

 

Fresh milk for Kenyan tea

Mleko prosto od krowy do kenijskiej herbaty

Rozbijamy namiot, po czym zostajemy zaproszeni na herbatę z ciepłym mlekiem prosto od krowy, którą jedna z afrykańskich babci specjalnie dla nas wydoiła. Gospodarze pokazują nam swoje domostwa, które odwiedzamy przemierzając po ciemku bujnie porośnięte poletka manioku i grządki orzeszków ziemnych. Gospodarz z niedowierzaniem pyta “Jeśli ktoś w waszym kraju nie ma ziemi, to jak jest w stanie przetrwać?“.

Emoit family, Chamasiri villageRodzina Emoit, wioska Chamasiri

Przed pójściem spać zostajemy zaproszeni na ugali, potrawę z mąki kukurydzianej gotowanej na palenisku, którą zakąszamy liśćmi kassawy.

Noc mija bez większych niespodzianek, ale o poranku budzi nas świnia, początkowo kwicząca, ale za moment ryjąca u podstawy namiotu. Pora wstawać. Przy porannej herbacie, gospodyni pokazuje nam proces prażenia orzeszków ziemnych, które ze zdecydowanym omijaniem słowa prażenia orzeszków ziemnych, które ze zdecydowanym omijaniem słowa peanuts, nazywa groundnuts. Wymieniamy się drobnymi upominkami i dostajemy pokaźną porcję energetycznych, świeżo uprażonych orzeszków.

Cooking groundnuts
Prażenie orzeszków
LifeStraw
LifeStraw

Odcinek do miejscowości Bungoma jest bardzo spokojny. W pewnym momencie tylko przecinamy główną drogę, mijamy tory kolejowe, aby znów zanurzyć się w bezdroża, tym razem prowadzące do Kakamegi. Pokonujemy męczące podjazdy, ale rozkoszujemy się też odprężającymi zjazdami. W dolinach przebiegają rzeki, w tej porze roku myślę, że niektóre z nich nadawałyby się nawet na spływ kajakiem.

Delicious mandazi
Mandazi, niezastąpiona przekąska

W terenie ciężko znaleźć miejsce na popołudniowy odpoczynek, aby chociaż napić się piwa. W końcu pojawia się wioska Nambacha, a tam pierwszy bar od przekroczenia granicy, czyli od ponad stu kilometrów. Chyba trafiliśmy na jakieś lokalne święto, bo wszyscy są zalani w trupa, jest wódka, brandy, gra muzyczka i ciężko z kimś się dogadać. Ale dostajemy Tuskera, flagowe piwo kenijskie.

Tusker, the taste of KenyaTusker, smak Kenii

Spotkanie w kenijskiej szkole

Dojeżdżamy do Kakamegi. U ulicznego sprzedawcy kupujemy dojrzałego ananasa i próbujemy odnaleźć Shiseso, wioskę, w której mieszka pewna Amerykanka.

Niestety nikt nie zna drogi do tego miejsca. W końcu pojawia się poczciwa staruszka, utrzymująca, że dobrze zna okolice. Droga jest na tyle skomplikowana, że nikt z rowerowych taksówkarzy nie jest w stanie pojąć tych wszystkich zakrętów i drobnych ścieżek, że ostatecznie przekonujemy jednego z młodych rowerzystów, aby zabrał na bagażnik także pomocną staruszkę w roli naszego GPS’a. To odcinek około 7 kilometrów, pokonujemy go dojeżdżając po zachodzie słońca, tuż przed zmrokiem.

GPS on wheels
GPS na kółkach
Madeline's hut in Shiseso
Chatka Madeline w Shiseso

Madeline Boyd pracuje jako nauczycielka fizyki i chemii w Shiduha Secondary School w Shiseso w ramach programu stworzonego przez amerykańską organizację Peace Corps. To uśmiechnięta i pełna energii niebieskooka blondynka z Oregonu. Poza standardowymi lekcjami, Madeline prowadzi także cotygodniowe zajęcia Guidiance and Counselling, których istotą jest rozmowa na praktyczne życiowe tematy.

Shiduha Primary School's kids
Dzieci z Shiduha Primary School

Korzystając z tej okazji razem z Signe stajemy się gośćmi na jednym z tych spotkań. Naszym zadaniem będzie odpowiadanie na pytania licealistów z perspektywy naszych krajów, a także na niektóre indywidualnie skierowane pytania. Wśród nich zdarzają się całkiem poważne (np. czy w naszych krajach spotyka się kobiety na stanowiskach rządzących) jak i bardziej wynikające z naturalnej ciekawości (np. pytanie dlaczego mam długą brodę, albo co Europejczycy jedzą na śniadanie i co robią, gdy temperatury spadają poniżej zera).

Guidiance and Counselling, Shiduha Secondary SchoolSpotkanie w Shiduha Secondary School

Po zajęciach Madeline częstuje nas swoim imbirowym piwem własnej produkcji, a wieczorem robimy mały wypad do miejscowości Khayaga wynajmując kierowców na motorach piki-piki.

True recyclingPrawdziwy recycling
Pimp my bikePimp my bike

Niestety podróż wzywa, opuszczamy więc to oddalone od świata miejsce. Po paru kilometrach kończy się szuter. Na wiejskim targowisku przyglądam się maczecie i biorę ją do ręki. Jak zapewnia sprzedawca, da się nią ściąć „big tree”, ale po krótkiej rozmowie wybieram lepszy model potrafiący poradzić sobie z „even bigger tree”.

New machete
Maczeta, popularne narzędzie rolnicze w Afryce

Pozornie ruchliwa droga okazuje się zupełnie nieuczęszczana przez samochody. Krajobraz tworzą jaskrawozielone, rozległe plantacje herbaty wypełniające wzgórza aż po horyzont. Nie brakuje ostrych podjazdów i zjazdu dnia, na którym rower obłożony sakwami bez problemu rozwija prędkość ponad 60 kilometrów na godzinę.

Tea plantations on the horizon
Plantacje herbaty na horyzoncie
Unilever Tea plantation
Plantacja Unilever Tea

W pewnym momencie naszym oczom ukazuje się bezkresna dolina i widoczne na horyzoncie przez lekką mgłę pasma górskie. To rozległe na kilkadziesiąt kilometrów Nadi Escrapment i Mau Escrapment, nasypy tektoniczne z którym będziemy jeszcze mieli do czynienia.

Postanawiamy, że duże miasta, takie jak Kisumu, najlepiej po prostu ominąć. Przed samą zatoką Winam skręcamy w lewo i kontynuujemy zakurzoną, szutrową drogą przecinającą plantacje trzciny cukrowej.

Rowerem u źródeł Nilu w Ugandzie

Cycling in Mabira Forest Reserve

Pedałując w Mabira Forest Reserve

Droga wyjazdowa z Kampali okazuje się nie najgorsza, więc pierwsze 65 kilometrów do Mabira Forest Reserve przejeżdżamy bardzo sprawnie. Po drodze przypomina mi się, aby kupić tabletki na malarię. W przypadkowej wiosce aptekarz proponuje mi 20 małych zielonych pastylek (przypominających Skittles) w cenie 2 euro na 3 tygodnie podróży. Jak zapewnia – działają. Jego szczery, bezinteresowny uśmiech nie może kłamać.

Ciekawe co na to europejskie firmy farmaceutyczne, sprzedające inne, ale tak na prawdę te same leki około 50 razy drożej. Nie wiem jeszcze jak się będą sprawować te pastylkowe wynalazki, ale skoro ktoś czyta te słowa, to pewnie udało mi się przetrwać.

 

Mabira Forest Reserve

Ugandan family

Ugandyjska rodzina

Handel przydrożny w wiosce Najembe kwitnie. Dojadamy awokado i zagłębiamy się w Mabira Forest Reserve, gdzie podobno roi się od małp. To zawsze miłe uczucie odetchnąć od samochodów i motorów.

I tak udaje nam się zgubić, mimo doskonale narysowanej mapy przez Husseina, strażnika parku. W nadziei na znalezienie drogi wspinamy się kilkaset metrów po wyrwach i korzeniach, aż grupka dziewczyn z osady, którą właśnie opuściliśmy dobiega do nas mówiąc “źle wskazałyśmy wam drogę, musicie zawrócić”. I tak jeszcze parę razy, nim trafimy do Griffin Falls Campsite.

Nabieramy po solidnym kanistrze deszczówki z ostatnich ulew tej pory deszczowej, aby zmyć tą grubą warstwę czerwonego laterytu z nóg i rąk.

 

Kids in Mabira Forest Reserve

Dzieci w Mabira Forest Reserve

Nastaje afrykańska noc, pełna światła przy pełni księżyca. Jesteśmy jedynymi gośćmi i słyszymy tylko te małpy, wrzeszczące i skaczące po pobliskich drzewach, pewnie mające nam za złe, że odważyliśmy się rozbić namiot na ich terenie. Pająki, różne owady i inne latające insekty próbują bezskutecznie dostać się do namiotu, bo w tę ciepła noc od tego bujnego nocnego życia dzieli nas tylko moskitiera namiotu. W takiej scenerii sen przebiega znakomicie, dźwięki przyrody działają uspokajająco, nie licząc tego, że kilka razy budzi nas krzyk zaniepokojonej małpy.

Hornbill, Mabira Forest Reserve

Dzioborożec, Mabira Forest Reserve

O poranku zostawiamy rowery i idziemy nad wodospad Griffin Falls. To ciekawy szlak, lecz woda jest raczej zanieczyszczona aniżeli by tworzyła rajski krajobraz. Lepsze i to, bo cały rezerwat o mały włos zostałby skazany na wycięcie w 2007 roku. Zamysłem operacji był plan uprawy trzciny cukrowej do produkcji biopaliw, ale na szczęście pazerność kultury konsumpcji znalazła swe granice.

Droga z Najembe do Jinja to powrót do chaosu. Dużo ciężarówek i zmieniające się z jednej strony na drugą pobocze to stwarzają mało przyjemne warunki do jazdy, ale pocieszamy się, że to prawdopodobnie jedyny taki odcinek w ciągu najbliższego miesiąca. Przejeżdżamy przez Owen Falls Dam – zaporę na rzece Nil z elektrownią wodną Nalubaale o mocy 380 MW.

Skills Plus Uganda

Ze znaków i reklam przy drodze, łatwo zorientować się, że zbliżamy się do źródła Nilu, także do źródła słynnego ugandyjskiego piwa Nile Special. W Bugembe, parę kilometrów dalej, poznajemy Hakima, 26-letniego mieszkańca okolic Jinja, założyciela Skills Plus Uganda. Podczas wspólnej kolacji poznajemy realia funkcjonowania takiej organizacji społecznej w Afryce.

 

Omweso, traditional game of Ugandan people

Omweso, tradycyjna ugandyjska gra

O poranku zwiedzamy kompleks Skills Plus Uganda. To przedsięwzięcie mające na celu edukację dzieci i nastolatków, popularyzowanie świadomości planowania rodziny, edukację na temat HIV/AIDS, a także dawanie możliwości utrzymania się osobom w trudnej sytuacji życiowej, np. wdowom.

Jednym z rozwiązań jest produkcja węgla z odnawialnych naturalnych składników, który potem jest sprzedawany wśród lokalnej społeczności. Kobiety sprawnie sobie z tym radzą, operują specjalną ręczną prasą, podczas gdy ich małe dzieci przyglądają się, a czasem nawet pomagają.

W innym pomieszczeniu znajdują się trzy przestarzałe komputery. Hakim proponuje, abym przeprowadził zajęcia z Excela. Znając już trochę lokalnych klimatów, wspólnie z grupką studentów na jednym komputerze przeprowadzamy kalkulacje dla właściciela stoiska zajmującego się sprzedażą rolexów, potem sprawdzamy jakie są rzeczywiste koszty utrzymania w Ugandzie, a na koniec obliczamy, ile dni życia ma za sobą każdy z nas, co z kolei prowadzi do zabawnych interpretacji.

 

Excel classes at Skills Plus Uganda

Zajęcia z Excela w Skills Plus Uganda

W sumie uczenie Afrykańczyków podstaw finansów i statystyki mogłoby być nawet ciekawym zajęciem, ale niestety zawsze coś stoi na przeszkodzie, aby móc to coś takiego zrobić akurat teraz. Tym razem to prawie dwa tysiące kilometrów do pokonania na rowerze.

W każdym razie, jeśli ktoś kto to czyta byłby zainteresowany wolontariatem i pracą w przyjaznym i wesołym otoczeniu w sercu Afryki, zdecydowanie polecam Skills Plus Uganda (www.skillsplusuganda.org). Napiszcie bezpośrednio do Hakima Kirigwy, aby zapoczątkować tą przygodę!

Jezioro Bungali

Żegnamy się z Hakimem i przed wyruszeniem na północ zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w Jinja. Załatwiamy parę drobnych spraw (typu kupno przejściówki na prąd i wymiana pieniędzy) i jemy kurczaka w sosie z fasolą, ryżem i papką z platanów.

Teraz cała na przód w kierunku Bujagali Falls, wodospadu, który zmienił nazwę na Bujagali Lake, a to dlatego, że w miejscu wodospadu utworzono tamę. O zachodzie słońca pozostaje więc tylko widok na spokojne rozlewisko Nilu, które też robi wrażenie.

So many different facial expresions

Mnóstwo wyrazów twarzy

Przy śniadaniu wstrzymujemy się jeszcze z decyzją ostatecznego spakowania sakw i namiotu. Jak się okazuje, chwilę później dopada nas ulewa i nie odpuszcza do popołudnia. Moknie też nasze pranie, ale to nie szkodzi. I tak muszę ponownie wyprać koszulkę i spodnie, bo przez noc małpy wytargały mi je w piasku. Eden Rock to miejsce niczego sobie do przeczekiwania deszczu, jest nawet basen, a grając w karty pod strzechą nic nie pada na głowę. Deszcz nie ustępuje i postanawiamy zostać tu jeszcze jedną noc. Kelner przynosi smażoną tilapię w sosie curry i w sosie kokosowym z ryżem, serwowane z dwoma zimnymi Nile Special, przyznam, że te przestoje z powodu ulew też mają swoje dobre strony.

W kierunku Mbale

Aby nie przedłużać, kolejnego dnia zgodnie z planem, wstajemy o świcie, dokonujemy szybkiego przepaku i jesteśmy w drodze. Czerwony lateryt prowadzi nas przez piękną ugandyjską prowincję.

Niekiedy w rejonie samego źródła Nilu da się usłyszeć biegnące dzieciaki wykrzykujące “give me some money” lub “give me that sugar cane” – patrząc na trzcinę cukrową przy bagażniku Signe. Czy turyści ignoranci byli już wszędzie? Skądże. Zaledwie kilkanaście kilometrów dalej słyszymy już tylko niewinne “muzungu how are you” i pozdrowienia w suahili, jambo!

 

Endless tea plantation, Eastern Uganda

Niekończąca się plantacja herbaty, Wschodnia Uganda

Fresh tea leaves

Świeże liście herbaty

To wspaniała droga, lepka glina, niekiedy suchy pył, wyrwy na pół metra i ciągle wijący się po innej stronie trakt. Domki w wioskach zbudowane są z glinianych cegieł i usztywnionych ścian za pomocą nieregularnych patyków.

Signing the Namabwere Primary School's guestbook is a must

Wpisanie się do książki gości w Namabwere Primary School to konieczność

Kids in front of Namabwere Primary School

Dzieci przed Namabwere Primary School

Pedałuje się świetnie, towarzyszą nam długodystansowi rowerzyści, mijamy wioski Lubani, Buwenge, droga robi się jeszcze ciekawsza. Ludzie pracują przy plantacjach trzciny cukrowej, brodzą w rozległych mokradłach, niekiedy młodzież kąpie się w stawach przy wioskach.

Dojeżdżamy do Kaliro i mam wrażenie, że nasze nogi, ręce i twarz, stanowią już doskonały kamuflaż na tle drogi, albo że wyglądamy jak dwie postacie pochodzące z czerwonych błot. W takich sytuacjach zimny Pilsener smakuje znakomicie. Mamy 75 km w terenie pokonane, a dzień jeszcze długi.

Overnight stay in Irim villagePostój na noc w wiosce Irim

Kilkanaście kilometrów dalej zatrzymujemy się w osadzie Irim i rozbijamy namiot obok domu przyjaznej rodziny. Dzieci prowadzą nas do “studni”, która okazuje się być małą sadzawką. Podziwiam afrykańskie kobiety i młodzież noszące te żółte baniaki z wodą. Przenoszę sam dwie takie „20-stki” i już po kilkuset metrach robi się to męczące. Wielki respect dla młodych kobiet robiących to codziennie, niekiedy po kilka kilometrów!

In Africa the bigger has the right of way

W Afryce pierwszeństwo przejazdu należy do “większego”

Out of proportion

Proporcje na drodze

Usypiają nas owady i głośne insekty. Jak zwykle. O poranku okazuje się, że jesteśmy tylko 2 km od spokojnej drogi przecinającej rozlewiska i mokradła. Znowu ulewa, tym razem trudniej jest się schować. Zastanawiam się, czy to na pewno jest już pora sucha?

Noodles, chapati and potatoes for dinner

Makaron, chapati i ziemniaki na obiad

W kolejnej wiosce jedna rodzina właśnie zabiła krowę, kilku chłopaków przygotowuje szaszłyki i chyba wszyscy szykują się do uczty.

Dalszy odcinek drogi do Mbale przebiega sprawnie, na przedmieściach zatrzymujemy się na rybę w sosie ze smażonym, niech zgadnę…a tak, ryżem i fasolą (jak zazwyczaj). Tym razem zatrzymujemy się u Freerk’a i Arabii, dwójki Niemców pracujących dla Red Cross Uganda.

 

My knife is going to be razor sharp

W końcu mój nóż będzie ostry jak brzytwa

Dobrze dla odmiany pospacerować po mieście bez rowerów. Dowiadujemy się, że właśnie w Ugandzie trwa szczyt sezonu na banany i ananasy, sprzedawane są nawet za 1/3 standardowej ceny. Okazja w sam raz.

Wieczorem wszyscy razem trafiamy do wielkiego klubu na otwartym powietrzu. Jest tu kilkuset Ugandyjczyków i może z dziesięciu mzungu, ale to i tak wydaje się dużo.

Kids at school

Dzieci w szkole

Po mieście jeździ się moto taksówkami, znanymi tutaj jako boda-boda, szczególnie w nocy, bez kasków i pod wpływem alkoholu. Ugandyjczycy i żyjący tutaj obcokrajowcy jakimś cudem przyjęli ten zwyczaj, bez większych konsekwencji. Ironia polega na tym, że wypadki zdarzają się, ale nie w tych sytuacjach, gdzie byśmy się tego spodziewali.

Tororo Rd, droga wyjazdowa z Mbale jest w trakcie powstawania i jest ledwie przejezdna. Szczególne utrudnienia sprawiają ostre, luźne kamyki strzelające z opon i graniczące z przedziurawieniem dętek. Odnajdujemy skrót, aby dotrzeć do mało uczęszczanego przejścia granicznego w Lwakhakha. Tak na prawdę to nie mam pewności czy to przejście w ogóle istnieje.

Przemierzamy wyczerpujące wzgórza prowadzące wokół potężnego masywu Mt. Elgon, po obu stronach drogi pojawiają się poletka manioku, gaje eukaliptusów i plantacje bananów, drobno rozsiane wioski z ich serdecznymi, pozdrawiającymi mieszkańcami i wszechobecny lateryt, przylegający do skóry lateryt, kolor Afryki równikowej.

 

Endless laterite, Uganda

Endless laterite, Uganda

Rolex na początek dnia w Ugandzie

A smile is happiness you'll find right under your nose

Pakujemy się o 6:30, przed świtem, który w Ugandzie nastaje dopiero o 7.00. Jeszcze w półmroku słychać głosy dobiegające ze stoisk z ulicznymi przekąskami. W powietrzu unosi się zapach pieczonych chapati, placków z mąki kukurydzianej. Na jednym ze stoisk na drewnianej tabliczce sprzedawca wyrysował kredą ROLEX 1900 Ush”. Okazuje się, że realna jest możliwość kupna rolexa za niecałego dolara.

Chapati dough

Istnieje wiele odmian rolexów. Tym razem to omlet, przyprawy, pomidory i awokado zawinięte razem w chapati. Często pojawiają się inne dodatki, ograniczeniem jest bowiem tylko pomysłowość sprzedawcy. Jedzenie roleksów szybko stało się się naszą poranną rutyną w rowerowej przeprawie przez Ugandę.
Preparation of rolex

Warto dodać, że nazwa „rolex” wzięła się od słów „rolled eggs” szybko wypowiadanych, z ugandyjskim akcentem. Skąd się tak właściwie wzięliśmy w Ugandzie? Przecież każda przygoda ma jakiś początek.

Tym razem początek to urocza przejażdżka z sakwami po zaśnieżonym Berlinie. Przy siedmiostopniowym mrozie w kilku warstwach ubrań przystosowanych do przemierzania afrykańskiej sawanny trudno uwierzyć, że gdzieś na świecie może być teraz gorąco. Mamy jeszcze kilka godzin do samolotu, a to okazja, aby odwiedzić Aśkę i Światka, przyjaciół z którymi kilka lat temu byłem w Kongu, też na rowerach.

Making sure the bikes are ready for African adventure

W naszych głowach tym razem zakorzeniona została wizja przejechania od Jeziora Wiktorii do Oceanu Indyjskiego. Dodatkowy zamiar to skomplikowanie tej trasy ile to możliwe, aby przemieszczać się lokalnymi drogami i zobaczyć zwykłe, codzienne życie afrykańskich rodzin.

Ugandastrasse on the way to Uganda

Jadąc przypadkowymi berlińskimi ulicami w pewnym momencie dostrzegamy biały szyld z czarnym napisem Ugandastrasse. Co za zbieg okoliczności, lecimy tam za kilka godzin!

Na lotnisku w Entebbe okazuje się, że bagaże i rowery dotarły w stanie nienaruszonym, co jest pewnego rodzaju pozytywnym zaskoczeniem. Jest godzina 4:30, więc spokojnie czekamy na pierwsze promienie równikowego słońca.

Droga z lotniska to bardzo spokojna, szeroka asfaltówka. Zmęczeni podróżą postanawiamy się gdzieś zatrzymać, aby chociaż chwilę się przespać. Rozbijamy namiot w Backpacker’s Camping, ale wschodzące słońce szybko staje się bezlitosne i przemienia wnętrze namiotu w saunę. Wstajemy i przenosimy namiot w nowy kawałek cienia, ale i to wystarcza zaledwie na pół godziny. Jednak trzeba wstać i coś porobić.

Fish soup for a good start

Entebbe to małe miasteczko pełne uśmiechniętych twarzy. Na straganie zamawiamy zupę rybną ze smażonym ryżem. Zwiedzamy okolicę na rowerach. W Aero Beach, niedaleko lotniska, znajdują się dwa wraki samolotów. To tutaj w towarzystwie ugandyjskich nastolatków grających piłką zaliczamy pierwszą kąpiel w jeziorze Wiktorii.

Wieczorem kupujemy u ulicznego sprzedawcy szaszłyki (ze zwierzęcia nieznanego pochodzenia), a tuż przed pójściem spać rozprawiamy się jeszcze z gigantycznym, wygrzanym w słońcu ananasem. Na początku nocy jest gorąco, potem robi się tylko ciepło, ale poranku znów dopada nas skwar.

Jedziemy w stronę stolicy. Droga do Kampali jest relatywnie dobra, z poboczem. Podczas przeczekiwania pierwszej ulewy, Signe zauważa, że „kierowcy jeżdżą tu dość bezpiecznie“. W sumie też odniosłem takie wrażenie. Nie mija więcej niż 5 minut, a nagle rozpędzone auto terenowe wchodzi w poślizg i przy znacznej prędkości wjeżdża w minibusa stojącego na poboczu. Na szczęście nikt nie ucierpiał, ale jednak deszcz i stan bieżnika afrykańskich opon tutaj nie współgrają.

Z bardziej neutralnych spostrzeżeń, to w trakcie deszczu naprawdę zabawnie wygląda przemoczony patrol policyjny w płaszczach na pace niezadaszonego pickupa, podczas gdy każdy kto mógł, dawno zdążył schować się przed ulewą.

Hectic Kampala, Uganda's biggest city and capital

Pierwsze skojarzenie z Kampalą: gigantyczny chaos. Do bilansu dnia dochodzi motocyklista, który wjechał kołem w moją stopę na przejściu dla pieszych. Myślałem, że bez problemu zdąży wyhamować, ale jednak nie zdążył.

Dojeżdżamy do Mulanga Hospital Cancer Institute. Mamy tutaj spotkanie z Issac’iem, couchsurferem, który zabiera nas do swojego mieszkania. Podążamy za motorem przez kampalski chaos na naszych obładowanych rowerach.

Kids are inviting us to try jackfruit

Issac mieszka skromnie w nowo wybudowanym parterowym pomieszczeniu, trochę przypominającym celę. Ceny wynajmu nieruchomości to powszechny problem w Kampali, nie mają się w żadnym stopniu do realiów dyktowanych przez rynek pracy. Weźmy pensję pracownika szpitala: 300,000 szylingów (około 100 euro). Wynajem taniego mieszkania w Kampali to 150,000 szylingów, do tego transport, około 100 tysięcy i zostaje około 50,000, czyli kilkanaście euro na jedzenie i pozostałe koszty życia w stolicy. A mało kto zarabia te 300 tysięcy szylingów miesięcznie. Stąd też koncepcja ciasnych niskobudżetowych zabudowań, aby znaleźć jakiś kompromis. To jednak globalny, wykraczający poza Ugandę problem.

Young boy attending Ahra's party

Następnego dnia od rana pomagamy w przygotowaniach imprezy na cześć Arhy, siostry Issaca, z okazji ukończenia przez nią studiów. To przyjęcie w domu rodzinnym, tylko dla najbliższych – łącznie około 200 osób. Niestety cała ceremonia odbywa się w niezrozumiałym dla nas języku Luganda, którego nie da się rozszyfrować. To impreza na miarę europejskiego wesela, co daje do zrozumienia jak ważnym wydarzeniem jest ukończenie studiów przez członka rodziny w Ugandzie.

Taka impreza to także okazja, aby się zaaklimatyzować i przestawić z Europy na Afrykę, w której spędzimy kilka tygodni. O poranku postanawiamy opuścić tłoczną stolicę.

A small house will hold hundred friends

 

Śniadanie w mieście Siedmiu Wzgórz

Winding streets of Istanbul

Od pierwszych chwil analizuję miliony anonimowych świateł nie kończących się na horyzoncie. Zabudowania miejskie sięgają bezkresnej przestrzeni po obu brzegach Cieśniny Bosfor łączącej Półwysep Bałkański z Azją Mniejszą. Stambuł zyskuje w ten sposób status jedynego miasta na świecie położonego na dwóch kontynentach. Maşallah!

To nie stolica Turcji, ale jej największe miasto. Ponad 14 milionów mieszkańców nie ma sobie równych ani na Bliskim Wschodzie, ani w Europie. Blisko 99% mieszkańców to wyznawcy Islamu, a to oznacza, że w Stambule znajdziemy wiele meczetów. Prawdę mówiąc niecałe 3000.

Okazuje się, że nawet krótka wizyta w nowym miejscu, trafiając na odpowiednich ludzi, może okazać się wyjątkowa i bogata w doświadczenia. Z pomocą pojawia się Serhat, wesoła i pogodna postać poznana przez Couch Surfing. To chłopak kurdyjskiego pochodzenia, biegle mówiący w trzech językach, student budownictwa, pochodzący ze wschodu kraju.

Enjoying Turkish-style breakfast

W studenckim mieszkaniu poranek rozpoczyna się powoli. Odwiedzamy pobliską piekarnię. Serhat ma tu kilku znajomych. Przyglądamy się procesowi powstawania różnych tureckich wypieków, chleba, pity, lamacun i börek, a potem sami w tym uczestniczymy. To nie łatwa sprawa, szczególnie własnoręczne nadawanie wypiekom foremnych kształtów i sprawne operowanie szuflą w palonym drewnem piecu kaflowym.

Galata Tower used to be a dungeon, now turned into a restaurant with panoramic views of the city

Odwiedzamy kilka kolejnych sklepów, kupujemy paprykę, suszone oliwki, owoce i inne smakołyki śniadaniowe. Rozkładamy duży koc na podłodze i przygotowujemy potrawy. Suszony ser (kaşar peyniri), czarne i zielone oliwki, masło, dżem, omlet z warzywami, smażona papryka, pieczywo prosto z piea i ostre przyprawy. Ale wszystko rozpoczyna się od filiżanki herbaty.

Zawsze to kawa była narodowym napojem Turków, a herbata zyskała uznanie dopiero w ostatnich rozdziałach historii. Ma to związek z wzrostem cen kawy i dobrymi uwarunkowaniami klimatycznymi do uprawy herbaty w rejonie Morza Czarnego. Herbata turecka, nazywana çay, spożywana jest bez mleka, z dużą ilością cukru. Najczęściej przygotowuje się ją w dwóch czajnikach (çaydanlık).

Delicious pomegranates

W większym czajniku gotujemy wodę, a gdy uzyskamy wrzątek, zalewamy kilka czubatych łyżek herbaty w mniejszym czajniku i kładziemy go na górze większego czajnika. Ostatecznie, serwując filiżankę herbaty nalewamy mocnego ekstraktu i rozcieńczamy go z wodą z dolnego (większego) czajnika wedle indywidualnych preferencji, aby otrzymać koyu (mocną) lub açık (delikatną) herbatę. To rytuał potrafiący trwać godzinami i jest często powtarzany w ciągu dnia.

Turcy mają największe spożycie herbaty na świecie, piją średnio 2.5 kilograma liści herbaty rocznie na mieszkańca. Nawet Anglicy nie są w stanie ich doścignąć, ale plasują się na drugim miejscu spożywając 2.1 kilograma suchego produktu rocznie.

A busy street in centeral Istanbul

Po śniadaniu Serhat oprowadza nas po mieście. Trafiamy na ulicę, na której jak określa „zobaczycie milion ludzi”. Widząc ten niezwykły tłum ludzi, myślę, że całkiem możliwe, że właśnie teraz przechodzi tędy co 14-sty mieszkaniec tego miasta. Na każdym kroku da się dostrzec meczet (albo dwa lub trzy) z wywyższającym się minaretem, a o określonych porach nawoływania muezinów tworzą pozorny chaos, który wyznacza rytm i tempo życia tej metropolii.

Casual snapshot in city center, Istanbul

Wschodnia strona Kuby

Cubans and Cuban countryside

Przyjeżdżamy do Santiago de Cuba. Okolice wyglądają, jakby przeszedł tędy huragan. No właśnie, bo przeszedł! Połamane drzewa i powyrywane dachy to obecny krajobraz na przedmieściach drugiego największego miasta na wyspie. Aby zapobiec epidemii cholery, przed każdym lokalem przeprowadzana jest potrójna dezynfekcja rąk roztworem chloru, nie sprzedaje się refresco (napojów z saturatorów) ani lodów.

Ale przecież na Kubie każdy ma pracę! Więc czym zajmują się sprzedawcy lodów? Sprzedają „nic”. Stoją przed pustymi zamrażarkami, na słońcu i cierpliwie czekają aż ktoś przyjdzie kupić owe „nic”. To taki paradoks centralnie sterowanej ekonomi – w pracy trzeba być, bez względu na okoliczności.

Little green grocery shop

Friendly people, Cuban countryside

W położonym tuż obok El Caney Pedro ma rodzinę (co prawda bez więzów krwi, ale na Kubie to i tak jak rodzina). Zatrzymujemy się na kilka dni i to miejsce stanie się naszą kolejną bazą wypadową do eksploracji wschodniej, dużo bardziej dziewiczej części wyspy.

Z ciekawostek rowerowych, jadąc wzdłuż wybrzeża w stronę Parku Narodowego Baconao pęka kółeczko przy mojej przerzutce. Pozostałe 7 kilometrów muszę pokonać biegnąc z rowerem i sakwami.

Na miejscu trafiamy do domowego sklepiku państwowego. Aby stał się prywatny, wymagane jest wiele formalności urzędowych, a także trzeba zainwestować w łazienkę i kuchnię, aby zaczęły spełniać standardy sanitarne. Potem wystarczy tylko podnieść ceny i zmienić walutę rozliczeniową na peso convertible.

Rationed eggs have arrived

Pojawia się młoda sąsiadka i jeszcze parę osób z sąsiedztwa, spędzamy wieczór grając w domino według zasad kubańskich. Kubańczyk nigdy nie rzuca na stół klocków z siłą poniżej 50 newtonów.

W tym samym domostwie udaje mi się wyprostować przerzutki i je usztywnić przy pomocy stalowego drutu z ogrodzenia. Rower Pedra też jest w rozsypce. Naprawy zajmują coraz dłużej, a odstępy między nimi robią się coraz krótsze. Mamy szczęście, bo nieustannie pomagają nam przypadkowi ludzie.

Rozbijamy namiot na piaszczystej plaży z powyrywanymi przez huragan Sandy drzewami. To najsilniejszy huragan w tutejszej historii. Mieszkańcy przeżyli to chowając się w schronach i co wytrzymalszych domach, jak wspominają, to najbardziej stresujące kilkadziesiąt minut życia.

Przed pójściem spać odwiedzam Lagunę Baconao, w której żyją delfiny, jest też rezerwat flamingów i krokodyli. Dotychczas sądziłem, że krokodyli się nie je, ale dozorca parku wyprowadza mnie z tego błędu. Biorę do rąk dwuletniego krokodyla, ale do 29-letniego nie podchodzę za blisko. Krokodyle to jedne z nielicznych zwierząt w żaden sposób niedających się oswoić (podobno).

Podczas nocy na plaży mój namiot nie wytrzymuje próby huraganowej i łamiąc się wpół, przyjmuje bardziej aerodynamiczną budowę.

Wyjeżdżamy, ale już po kilku kilometrach napęd w rowerze się rozpada i jedyną możliwością kontynuacji jazdy jest całkowite usunięcie przerzutek. Łańcuch zrywa się ponownie i kolejnych przeróbek dokonujemy z pomocą młotka i gwoździa. Jedną z pomocnych postaci jest młody chłopak z kurą na sznurku przywiązanym do palca u nogi, tak aby kura miała odrobinę swobody, ale nie uciekła

Jedyne rozwiązanie to sprzedać rower w stanie deweloperskim z opcją rozbudowy pod ostre koło.

Fixie-fixie

Pedro walking down the street

Colorful architecture

Szczyt Kuby

Zbiorowy camion, czyli ciężarówko-autobus, zabiera nas do miejscowości Chivirico, a tam znajdujemy podobny pojazd, który podwozi nas do Las Cuevas. Po drodze pokonujemy dwumetrowe dziury w asfalcie i szutrze,. Zepsuty most i objazd koryta rzeki to totalny off-road. Jestem pod wrażeniem jak kierowca Kamaza z kontenerem pasażerskim bez limitu ładowności pokonuje te tereny. Z Las Cuevas do Ocujal podrzucają nas handlarze warzyw swoim pick-upem. Pijemy wino, jemy pastę z guayabe i kanapki ze smalcem. Smakołyki za peso cubano.

Our bikes are not at their best at the moment

Using bike is extremely common

To krótka, ale piękna i gwieździsta noc. Przy szumie fal, bo śpimy na plaży w namiocie Wstajemy o 5:15. Na niebie widać czerwoną mrugającą planetę. Może to Mars?

Idziemy pieszo 5km do wioski i rozpoczynamy wejście na dwa najwyższe szczyty Kuby: Pico Cuba i Pico Turquino. Z przewodnikiem o imieniu Octavio.

 

Wysokość od poziomu morza do prawie 2000 metrów npm pokonujemy w niecałe 4 h, z przerwami, ale w miarę intensywnym tempem. Przez większość czasu Octavio porusza ciekawe tematy historyczne, niekiedy nawet nawiązując do wydarzeń informacjami z pierwszej ręki. Jego dziadek zdobył Pico Turquino kilkaset razy!

Początkowo myślałem, że Octavio daje nam trochę więcej czasu, ale okazuje się, że prawie go zamęczyliśmy w drodze na szczyt. Sprawić, aby zasapany górski przewodnik prosił o odpoczynek to zawsze pewien, jak na to nie patrzeć, rodzaj satysfakcji.

Na szczycie niezbyt wiele widać, bo zasłaniają drzewa – brzmi to zabawnie, ale tak to czasem już jest. Na szczęście po drodze znajduje się kilka punktów widokowych, z których można dostrzec rzeźbę terenu i profil linii brzegowej pasma górskiego Sierra Maestra. To działa na zmysły i daje wyobrazić sobie jak wyglądały tutaj pierwsze starcia partyzantów z armią krajową na początku rewolucji kubańskiej.

Nasz pierwotny plan zakładał powrót do rodziny w El Caney tego samego wieczoru, lecz gdy dotarliśmy do Chivirico, zawładnęła nami aura tego miejsca i poznane tutaj barwne postacie. Zatrzymamy się na dzień lub dwa, a potem wrócimy do babci, wujka, Juniora i Jorgito i całej reszty rodziny stając się częścią ich codzienności i doświadczając kolejnych perypetii życia na Kubie.

Positive spirits all over on Cuba!

Mechanik w dżungli i kubańscy kowboje

Che: everywhere

Nocujemy w namiocie nad skalnym wybrzeżem. O poranku dostrzegam kilka osób z płetwami i maską do nurkowania. To łowcy langust. Pomysł na nietypowe śniadanie pojawia się sam.

Langouste hunters

Dojeżdżając do pobliskiego miasteczka w jednej z knajp zagadujemy kucharza. To uczynny człowiek, z chęcią przygotowuje nam langusty wedle swojego improwizowanego przepisu.

Tego dnia mój rower psuje się w kolejny spektakularny sposób. Pęka pedał, montujemy w jego miejsce zapasowy SPD i od teraz w moim rowerze znajdują się dwa różne typy. Kolejna awaria sprawia, że mogę pedałować tylko w miejscu – zębatki kręcą się, a rower ani drgnie.

Rozpoczyna się etap pieszy do kolejnej mieściny. W Union de Reyes poznajemy niezwykłego el mechanico. Najprościej mówiąc, jego warsztat znajduje się w dżungli.

Welcome to the jungle

Jungle mechanic in action

Gdzieś pomiędzy bananowcami widać prowizoryczną budkę, a w niej zestaw kubańskich narzędzi i prawdziwy cudotwórca umiejący się nimi posłużyć. Gość raz dwa ogarnia sprawę.

Mimo wszystko jest już dość późno, więc zostajemy tutaj na wieczór. Trafiamy na uliczną fiestę, dziś występuje zespół Afro Cuba. Odnajdujemy wygodne miejsce i popijamy rum z przypadkowymi ludźmi. Jest z nami sprzedawca szynki, emerytowany baseballista i starsza pani nieustannie opowiadająca o swojej córce. Potem tylko odnajdujemy miejsce na rozbicie namiotu. Nasz mechanik zna kilka dobrych spotów.

Street fiesta

O poranku wyjeżdżamy polną drogą. Dostrzegam, że krajobraz dość szybko przemienia się i zaczyna przypominać afrykańską sawannę. Korzystając z okazji zatrzymujemy dwie ciężarówki, obie niezwykle brudne i pordzewiałe. Dzięki temu zabiegowi, jest szansa, że chociaż część trasy pokonamy rowerami. Kierowca to wariat, mknie po szutrowym poboczu, pędzi przez wioski i manewruje pomiędzy zaparkowanymi samochodami i bawiącymi się dziećmi.

Cumanayagua, Barajagua i kolejne miasteczka coraz bardziej przypominają dziki zachód. Tu i tam kowboje na koniach, pijani rowerzyści i dorożkarze. Atmosferę minionej epoki podkreślają powozy konne z małym paleniskiem pod wozem w roli tylniego oświetlenia. Prawdziwa podróż w czasie.

A local cowboy

W miejscowości Matagua przytłacza nas totalny skwar. To nic, tutejsi mieszkańcy właśnie świetnie się bawią na ulicznym festynie. Dostrzegam kolejkę ludzi, a na jej początku dwóch sprzedawców piwa zamkniętych w dużej klatce. Siedzą przygarbieni w kaloszach i rozlewają piwo z beczki na litry. Wystarczy podejść z własną butelką do napełnienia. Półtora litrowe piwo kosztuje 10 peso, czyli niewiele ponad złotówkę. Dawno nie widziałem takiego tłumu szczęśliwych i beztrosko uśmiechniętych ludzi.

A very special beer dispensary

Cubans having good time

El Comandante

Dojeżdżamy do Santa Clara. Tutaj, na Plaza  de la Revolucion, znajduje się największy na świecie pomnik el Comandante  Ernesto “Che” Guevara. W położonym tuż obok mauzoleum umieszczono autentyczne przedmioty używane w trakcie rewolucji w Sierra Maestra.

3 peso convertible

Hasta la Victoria Siempre

Che to prawdziwy bohater narodowy, romantyczny rewolucjonista i człowiek, który własnymi rękoma dał Kubańczykom to, czego amerykański protektorat nie był w stanie zapewnić – wolność. Wiem, że na temat kubańskiej rewolucji powstało już około miliona publikacji, ale to, co zwróciło moją szczególną uwagę, to, że dziś, czyli ponad pół wieku później, kult narodowego bohatera jest równie silny, obecny na każdym kroku, na całej wyspie, w każdym kącie, na każdym plakacie i napisie ściennym. Fidel niezaprzeczalnie miał rację, oznajmiając podczas symbolicznej ceremonii pogrzebowej w 1997 roku, „Dlaczego myśleli, że zabijając go przestanie on istnieć jako bojownik? Dzisiaj jest on w każdym miejscu, gdziekolwiek jest słuszny powód do obrony. Jego niezmazalny ślad jest teraz w historii a jego świecące spojrzenie proroka stało się symbolem dla wszystkich ubogich tego świata.”

Papierowa imitacja

Make it yellow

Z Caibarien wjeżdżamy na prawdopodobnie najdłuższą groblę świata. Okazuje się, że musimy przejechać ponad 50km do pierwszej osady. Na naszych rowerach to niewykonywalne bez awarii. Na szczęście jeden z pracowników podwozi nas służbową ciężarówką. Postanawiamy zrobić jeden dzień odpoczynku, ale poszukiwanie dzikiej plaży przybiera postać absurdu. Cayo Santa Maria to jeden wielki plac budowy z oazami dla turystów. Czas nie gra na naszą korzyść, zaczyna się ściemniać, a w moim rowerze wkręcają się przerzutki w szprychy. To grubsza awaria. Aby się tym nie przejmować, kupujemy butelkę rumu i postanawiamy przyjąć kamuflaż gości jednego z tutejszych resortów.

Horse carriage rustling along

Okazuje się, że nawet na Kubie można spotkać turystów niemających pojęcia o istnieniu w tym kraju dwóch walut. Z niedowierzaniem i wielkim entuzjazmem przyglądają się grubemu plikowi peso cubano, który wyciągam z mojego plecaka.

Poznajemy Polko-Hawajkę, młodą i uśmiechniętą dziewczynę. Przyjechała z chłopakiem na tydzień na wakacje na Kubę. Jak opowiada, (…) w planie mamy 5 dni na plaży, ale wybieramy się też do Santa Clara, aby zobaczyć… what was this guy  called… – czekamy jeszcze chwilę przed udzieleniem podpowiedzi – aah yeh, Che Guevara, that is  right!

Join for a bike ride

Nie wiem czy to celowa ignorancja, czy nowy sposób na poznawanie Kuby? Mimo, że kraj ten nie wyszedł jeszcze z komunizmu, masowa turystyka zdążyła skutecznie zdominować wybrane części wyspy.

Ale nie ma w tym nic złego! Przecież Fidel tworząc tą papierową imitację znalazł sposób, aby przyciągnąć zagranicznych gości, którym wystarczy dać drinka z palemką, pokazać biały piasek i do głowy nie przyjdzie istnienie czegoś poza murami resortu, nie wspominając o innej walucie niż peso convertible.

Another thing to fix

Chłopaki ile sił w nogach wspólnie doholowują mój zepsuty rower do lokalnego lotniska. Po paru godzinach w końcu udaje się coś zatrzymać. Podobno zagraniczny turysta nie ma szans wsiąść do autobusu krajowej firmy komunikacyjnej Astro. Właśnie obalamy kolejny mit i wsiadamy razem z naszymi sakwami i czterema rowerami.

Powracamy na ląd, tam gdzie z pewnością czekają na nas kolejni mechanicy, kolejne przygody i Kuba, za jaką się stęskniliśmy.

Dziwne zjawiska na Kubie

 

Classic old-timer
Klasyka gatunku

Jednym z popularniejszych dań na Kubie jest pan con hamburguesa, czyli hamburger. Z reguły podgrzewany jest w całości na opiekaczu w taki sposób, że mięso jest zawsze zimne, prawie jak z lodówki. Tak się składa, że obsługa w firmach państwowych (czyli prawie wszystkich) jest maksymalnie spowolniona i rzadko kiedy wysokiej jakości.

Chilling on a rooftop
Chillout na dachu
Pedro trying very special, home-made juice
Pedro próbuje specjalnego soku domowej produkcji

Podziwiam ten stoicki spokój, nawet gdyby za pięć minut miał nastąpić koniec świata, ekspedientka ze stoiska z bułkami zawsze będzie tym samym, ostrożnym i powolnym ruchem kroić każdą z kolejnych dziesięciu bułek. Następnie nałoży łyżką ser przypominający twaróg, pozostawi na opiekaczu kilka minut, obserwując uważnie, czy nic się nie przypala, do momentu, aż ser się zagotuje. Po tej sekwencji czynności, przystąpi do przygotowywania kolejnej bułki.

Rum & cigars, everywhere
Rum i cygara. Wszędzie

Diablo helping us out
Z pomocą pojawia się Diablo

Hershey to były gigant przemysłowy, znajduje się tutaj świecąca pustkami fabryką cukru trzcinowego. Kiedyś przy jego produkcji pracowało tu 3000 osób. Zakład wybudowano w latach 20-stych, funkcjonował sprawnie i rentownie, sprzedając cukier do USA – stosowany wówczas do produkcji Coca-Coli. Jak można się domyślić schyłek świetności fabryki nastąpił wraz z początkiem rewolucji kubańskiej w roku 59′.

Obecnie jest to zakład naprawczy taboru kolejowego, ale część budynków została zaadoptowania do produkcji płytek ceramicznych. W celu ratowania biznesu pojawiły się również inne utopijne wizje, jak na przykład utworzenie fabryki przetwarzającej makulaturę. Grupa Polaków nawet zaprojektowała ten budynek, został on nawet wybudowany! Co więc w tym dziwnego? Tak się składa, że na Kubie nie ma makulatury! Musiałaby więc być importowana statkami, a do fabryki dojeżdżać ciężarówkami, co tworzy przerost formy nad treścią.

Opuszczamy tą fabrykę. Chwilę później psuję się kolejny rower. Zupełnie przypadkowy, przejeżdżający obok rowerzysta okazuje się być profesjonalnym kolarzem i mechanikiem rowerowym. Właśnie poznajemy Luis’a “Diablo” Gil’a, jednego z czołowych kolarzy na wyspie. Uczestniczy w dorocznym rajdzie Vuelta a Cuba i w ramach treningu pokonuje po 120-160 km każdego dnia. Szybko się zaprzyjaźniamy.

Colorful cars, everywhere on CubaOldschool’owe i kolorowe samochody co krok

Damy dziś rowerom odrobinę odpoczynku, postanawiamy więc podjechać kawałek pociągiem. Podczas oczekiwania, na stację podjeżdża samobieżna jednostka naprawcza. Wskakuję do środka i zwiedzam wnętrze, okazuje się, że załoga naprawcza to czterech mechaników i pani kucharka, zwinnie operująca przy rozżarzonych do czerwoności fajerkach w mobilnej kuchni na szynach.

The service carriage

Pojazd serwisowy

Nice day for cycling

Dzień w sam raz na przejażdżkę rowerem

Podjeżdża pociąg. Udaje nam się przekonać konduktora, że za bilety zapłacimy lokalną cenę kubańską. To pewien sukces negocjatorski. Wsiadamy z rowerami do pociągu relacji Hershey – Matanzas. Podczas tej kilkugodzinnej przejażdżki z zawrotna prędkością w porywach 40km/h, robimy około 70 postojów. Po drodze wsiadają handlarze siodeł konnych, gość z 8 workami mandarynek, uczniowie i uczennice.

Przygarnia nas pewien starszy pan, to poznany w pociągu Roberto Ruesco. Zaprasza nas do siebie, to emerytowany nauczyciel historii, teologii i filozofii. Na miejscu serwisujemy rowery, przepakowujemy się, Roberto zachęcia, abyśmy wzięli prysznic – z podgrzewaczem podłączonym nieizolowanym kablem do przepływającej wody. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jego naleganie na rozbieranie się przed wejściem do łazienki. Udaje nam uniknąć tej podejrzanej sytuacji i wykąpawszy się, postanawiamy się stąd e-wa-ku-o-wać! Jak to określił Pedro “robi się tu totalny Matanzas, trzeba stąd znikać!“. (W tym momencie nic nie znaczące wówczas wyrażenie ‘Matanzas‘ stało się ponadczasowym synonimem ‘dziwnego zjawiska’

Abandoned property

Sandwitches with meat, premium food

Kanapki z mięsem, pierwszorzędny posiłek

Po drodze zatrzymujemy się w pizzerii państwowej. Zbiera się tłum ludzi, a miła pani ekspedientka w pewnym momencie nie wytrzymuje napięcia i wyjmuje z drewnianego menu wszystkie karteczki zawierające słowo “pizza” w nazwie i stwierdza, że “dziś już nie będzie więcej pizzy“. Gdy tłum ludzi już się rozchodzi, spytałem ponownie czy na prawdę “już nie ma pizzy“. Kelnerka się uśmiechnęła i przyjęła zamówienie na pizze “spod lady“.

Uliczne bary też bywają różne, szczególnie te określone jako “bar państwowy III kategorii”. Zdarza się, że kelnerka i szef zmiany otwierają bar, a po godzinie okazuje się, że bar jest zamknięty – bo nic nie ma na sprzedaż. W innym przypadku, w zaopatrzeniu rzadko znajduje się coś więcej poza tytoniem i rumem. Niekiedy jest piwo, albo czerwony napój nieznanego składu, w dużym plastikowym pojemniku, niekiedy przypieczętowany niebieską woskową plombą do ściany.

Main railway linking Havana with other major cities

Kolej łącząca Hawanę z główymi miastami na wyspie

This bar has plenty of menu items

Ponadstandardowo rozbudowana oferta

Przy ladzie, tuż obok mnie, zasiada klient, gość z maczetą. Wyglądam na zewnątrz, a tam grupka mężczyzn smaży na drągu coś, co przypomina psa, albo bardzo, bardzo wychudzoną świnię. Ciekawostką jest fakt, że gdy na Kubie hodowca zabije krowę, grozi mu 20-30 lat więzienia. Niewiele mniejsze kary wymierzane są za posiadanie czarnorynkowej wołowiny. To dekret Fidela: ku zapewnieniu wystarczających dostaw mleka, będziemy kontrolować ilość krów na pastwiskach. Tak jest, mimo wszystko, na Kubie jada się krowy. Zabijane są pod nadzorem komisji państwowej. Fidel dba, by każdy miał dostęp do mleka, edukacji, rumu i cygar.

Zwiedzanie Kuby stopniowo przeistacza się w poznawanie tego kraju poprzez spotkania z przeróżnymi mechanikami. Pojawiają się kolejne problemy z rowerem, tym razem koło jest kompletnie scentrowane.

Odwiedzam kolejny przypadkowy warsztat. A tam, super serdeczny gość zaprasza mnie do domu. Jego córka siedzi na kanapie i ogląda bajki, młoda pani domu w międzyczasie podaje kawę, a naszą rozmowę zakłóca wrzaskliwa papuga. I jak tu nie uwielbiać tej wyspy?

Rationed rice has arrived

Rationed rice has arrived

Bikes under constant repair

Bikes under constant repair

Kuba, jak to możliwe?

Cuban train is passing by

Odnajdujemy miasteczko Hershey, a tutaj poznajemy panią Ulę, Polkę od 30 lat żyjącą na Kubie.

W Polsce w latach siedemdziesiątych przebywało wielu kubańskich studentów, którym, wbrew regulaminowi studiów, zdarzało się nawiązywać znajomości z polskimi dziewczynami. Pewnego razu pani Ula poznała Kubańczyka i zapewne nie jako jedyna Polka w tym czasie, zakochała się. Po pewnym czasie zaszła w ciążę, a gdy pojawiło się dziecko, pojawiły się również komplikacje. W Polsce, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego nie było łatwo. Mieszkający wówczas w Polsce Francisco został deportowany na Kubę z powodów dyscyplinarnych. Pani Ula razem z dzieckiem popłynęły statkiem na Kubę. Prawie w ciemno, ale w podążaniu za przeznaczeniem – i szczęściem.

Polish Fiat 126p on Cuba

Cuban architecture

Na początku, jak pani Ula wspomina, było bardzo trudno. Szczególnie w roli młodej matki wychowującej dziecko, bez znajomości języka hiszpańskiego. “Jak wygląda dzisiejsza kubańska rzeczywistość? Niewiele się zmieniło na przestrzeni ostatnich lat. Ryż, fasola, cukier biały, cukier ciemny, jajka, mleko – wszystko na kartki. Swoje trzeba wystać w kolejkach i nie zawsze towar jest” – rozpoczyna – “Kartki są imienne. I aby odebrać przysługujący litr mleka, trzeba stawić się osobiście, każdego dnia stać w tej kolejce”.

A block of ration stamps, Cuba

Rum & Cigars for sale in a bar

Cena mleka na kartki to 0.25 peso cubano czyli około 3 grosze za litr. Czarnorynkowa cena na ulicy jest 40-krotnie wyższa i wynosi “aż” nieco ponad złotówkę. Różnica jest dramatyczna mając na względzie fakt, że prawie każdy Kubańczyk zarabia zaledwie 250 moneda nacional, czyli około 10 peso convertible lub tyle samo dolarów amerykańskich miesięcznie. Jak to się mówi, “Kubańczyk potrafi” i każdy znajduje tutaj wiele kreatywnych sposobów na dorobienie do pensji. Doskonałym przykładem jest Marzena, córka pani Uli, współpracująca z dużym polskim biurem podróży i oprowadzająca turystów po wyspie.

Cuban guy waiting outside the bar

Rum & Hamburgers

Gdzie postawić znak równości w domowym budżecie? Przykładowe miesięczne rachunki za dom i mieszkanie to około 40 peso, czyli niecałe 2 dolary! Same rachunki za prąd wynoszą około 0.09 MN za pierwsze 100 kWh. Kolejne są kilkukrotnie droższe. Towary kupowane na ulicy, jak na przykład sok z mango, sok z trzciny cukrowej czy lody są bajecznie tanie, nawet dla Kubańczyków.

The hamburgers are ready

Horse pulling a carriage, Cuban countryside

Niestety, ale  asortyment w sklepach, w których zapłacimy peso cubano jest znacznie ograniczony. W powszechnym mniemaniu, szczególnie wśród aspirujących Kubanek, moneda nacional to dobro podrzędne, więc modna jest idea używania peso convertible (CUC). Pomimo, że w teorii nikogo na to nie stać, często widuje się elegancko ubranych Kubańczyków szastających CUC w najlepsze.

Cuban girls eating cotton candy

Cuban girl in front of Cateteria

Street fiesta on Cuban streets

Dowolnie porównując, szczególnie do krajów rozwiniętych, dysproporcje społeczne są na Kubie praktycznie niezauważalne. Opiekuńcze państwo (takie jak np. Kuba, Szwecja czy Dania) zapewnia obywatelom bezproblemową możliwość życia na minimalnym poziomie, a w kubańskiej wersji będą to podstawowe produkty spożywcze, rum i tytoń. Włącz muzykę, dodaj sprzedawców ulicznych przekąsek i mamy wszystko, co Kubańczykowi do częścią potrzebne – w prezencie od Fidela, którego tak wszystkie proamerykańskie media maltretują.

Preparation of guarapo, a sugar cane juice

100% fresh & pure sugar cane juice

Enjoying energy drink of guarapo

Nic nie dodaje energii tak jak szklanka soku z trzciny cukrowej cana de azucar za 2 peso, nazywana jest tutaj guarrapo, przygotowana zawsze na miejscu w guaraperas.

Czasami słyszę “kiedyś żyło się lepiej” – doszukuję sedna tej myśli – “w 2000 roku piwo kosztowało 60 centavos, a dziś 12 peso”. Oznacza to dwudziestokrotną inflację i wzrost z 8 gr do 1.60 zł!

Jako zadeklarowany Człowiek Moneda Nacional, wierny idealista praktycznych sposobów upłynnienia gigantycznego pliku peso cubano, kupuję skórzane kubańskie sandały za 250 MN, miesięczną pensję urzędową lub dwadzieścia kilka złotych.

Home-made juice served by a friendly host

Who said Cubans are not a happy nation?

Cubanacan, wyspa której nie znacie

Wymieniam dwieście euro na peso cubano i dostaję dwa potężne pliki pieniędzy, ważące pewnie ponad kilo. W mojej głowie pojawia się myśl: czy uda mi się to wydać przez najbliższy miesiąc?

Dwie waluty obiegowe i absurdalne rozbieżności cenowe to tylko jedna z wielu ciekawostek czekających na przybyszy chcących poznać realia życia na Kubie. Wymienię później kilka innych, ale od razu przyznam, że będąc tutaj na każdym kroku pojawia się pytanie: Kuba, jak to możliwe?

Dzisiejsza Hawana pozwala odczuć klimat lat pięćdziesiątych, albo może nawet czasów prohibicji. Gęsta wieczorna mgła, masywne obłe i warczące krążowniki szos przecinają prostopadłe i równoległe aleje. Pomarańczowe lampy tworzą klasyczne refleksy świetlne na zalanych deszczem dziurach w jezdni.  Malecon to jeden z najsłynniejszych bulwarów świata. Być może swoją wielką świetność ma już za sobą, ale wciąż jest to kultowe miejsce spotkań, romantycznych schadzek i pełny życia deptak, gdzie Hawańczycy spędzają beztroskie chwile przy butelce lokalnego rumu.

Co ja tutaj tak właściwie robię? Razem z trójką znajomych postanowiliśmy przemierzyć Kubę na rowerze z perspektywy możliwie bliskiej Kubańczykowi. Dodatkowo, aby nadać tej przygodzie odpowiedniego wymiaru, postanawiamy kupić lokalne kubańskie rowery i zagłębić się w realia życia na tej okraszonej niezliczonymi opowieściami wyspie, płacąc prawie wyłącznie moneda nacional,

Nasz pierwszy, pozornie prozaiczny punkt programu to jedna lub dwie noce w Hawanie, kupno rowerów i wyruszenie w podróż. Okazuje się, że największe centra handlowe, supermarkety i sklepy rowerowe mają średnio po jednym rowerze do wyboru (lub niekiedy kilka sztuk tego samego typu roweru). Nie będzie lekko, ale architektura, słynne amerykańskie migdałowce i przyjaźni ludzie pozwalają przełożyć trud poszukiwań na drugi plan.

Z pomocą pojawia się deszcz. Unikając całkowitego przemoknięcia, chowamy się pod arkadami gdzieś w centrum, a tam podchodzą do nas kubańskie uczennice. W trakcie krótkiej pogawędki postanawiają pomóc nam znaleźć rowery. Maszerujemy kilka godzin przez pół miasta i docieramy do rzekomego zagłębia rowerowego.

Siedzimy u kogoś w domu przypominającego połączenie kiosku z zapiekankami i warsztatu rowerowego. Przeciskamy się przez wąski korytarz do kuchni, a potem na zaplecze, pomiędzy pralką a betoniarką, ktoś smaży hamburgery, a ktoś inny centruje koła. O co tutaj chodzi?

Ku mojemu zdziwieniu, pojawia się pierwszy rower, jak nowy, przypuszczalnie z czarnorynkowego źródła. Ustalamy szczegóły i umawiamy się na odbiór pozostałych rowerów w dniu jutrzejszym.

Staramy się jak najlepiej wykorzystać czas nie tylko za dnia, ale i w nocy. Poznajemy więc uroki tego miasta. Mijają kolejne dni, rowery są wciąż kompletowane, naprawiane i przygotowywane do wyjazdu. Z pomocą przychodzi profesjonalny mechanik z najbardziej oldschoolowym zestawem narzędzi jaki widziałem w życiu. Gdy z dumą uderza w przypadkowe części młotkiem, wierci dziury wiertarką w ramie i nadaje ostatecznego kształtu poszczególnym podzespołom dłutem, zaczynam się lekko niepokoić, ale w głębi odczuwam wewnętrzny spokój. To przecież Kuba, tutaj wszystko robi się trochę inaczej.

To już piąty dzień w Hawanie, przy okazji finalizowania sprawy rowerów, również ostro popłyneliśmy z baunsem i hajsem, ale nadchodzi dzień 0. O poranku wyruszamy na rowerach z zapakowanymi sakwami.

Pierwsza sprawa, po pięciu minutach pedałowania okazuje się, że łamie się jedna z naszych sztyc. Musimy ją wymienić w warsztacie, który już dobrze znamy. Jak się później okaże, to pierwsza i w żadnym wypadku nie ostatnia awaria jakiej doznamy w trakcie naszej reporterskiej wyprawy rowerowej.

Przed  ostatecznym wyjazdem z Hawany rowery psują się jeszcze trzykrotnie. Tym razem to wypadające pedały i poluzowane śrubki w korbie. Pomagają nam uliczni mechanicy, którzy w to piękne niedzielnie popołudnie naprawiają 60-letnie amerykańskie auto brodząc w smarze po łokcie.

Także i my, w smarze, w końcu wyjeżdżamy poza miasto. Gdyby nie napięty terminarz i rosnąca presja, że rowery mogą nie podołać ambitnemu wyzwaniu, pewnie zabawilibyśmy jeszcze trochę w tej niezaprzeczalnie wciągającej stolicy.

Z ulgą odczuwam spływającą ze mnie presję wielkiego miasta. W końcu można zaznać trochę spokoju i przestrzeni. Pedałujemy do zmierzchu i rozbijamy namioty w przypadkowym miejscu nad Morzem Karaibskim. Pełni optymizmu wyczekujemy poranku…

Projekt: “Cubanacan, wyspa której nie znacie”.

Uczestnicy: Piotr Sudoł (pomysłodawca), Piotr Tomza, Gustaw Dudka i Radek Okieńczuk

gallery

Gdzieś na Korsyce

Kolory Porto

Kitesurfing i jazda na rowerze. Nieplanowana wyprawa na GR20 w butach SPD i trampkach. Dzikie świnie, które sieją zamęt na drogach, ale ich mięso zdobyło uznanie na całej wyspie i daleko poza nią. Blisko dwudziesto kilometrowy podjazd i przeprawa rowerem z poziomu morza na ponad tysiąc metrów. Zjazdy w nocy, czasem po ciemku z jedną lampką do podziału na trzech. Niekiedy w tych mrocznych czeluściach pojawiają się setki świecących oczu. To wpatrzone w nas gigantyczne stado górskich baranów! To właśnie Korsyka.

Sam dojazd na tą śródziemnomorską wyspę to nie lada gratka. Na dobry początek, beztrosko rozmawiając podczas jazdy zagapiliśmy się i zamiast jechać na południe Europy, prawie dojechaliśmy do Hamburga. Około 250 km premii specjalnej nie powstrzymało nas jednak przed przedarciem się przez Alpy i dojechaniem do Werony jeszcze tego samego dnia – tyle, że w nocy. Tam spotkaliśmy się z Lią, znajomą, która zrobiła nam nocną rundkę po mieście, zobaczyliśmy jakiś balkon, podobno legendarne miejsca spotkań Romeo i Julii, zabytkowe uliczki i miejskie krajobrazy, w środku nocy, więc bez turystów miejsca te robią większe wrażenie.

Wstać o poranku nie było łatwo, ale śpieszymy się na prom z Nicei. Jak się okazuje to nie dwie-trzy, a ponad pięć godzin jazdy! Zdążyliśmy więc z solidnym, półgodzinnym zapasem przed odpłynięciem naszego promu, na który już mieliśmy bilety. A miał być czas na zwiedzanie Nicei. Na promie spotykamy się wszyscy, łącznie szóstka starych dobrych znajomych, aby kolejne dwa tygodnie spędzić na Korsyce, według niektórych opinii to ostatnie dzikie miejsce w Europie Południowej.

Do Bastii dopływamy po zmroku. Pozostaje tylko przejechać 90km do Calvi. “Godzinka jazdy” – pomyślałem – gdy po błądzeniu, mijaniu samowolnych krów, pokonywaniu ostrych zakrętów na górskich drogach z zapałkami na oczach dojeżdżamy do campingu, jedyne co się marzy, to zimne piwo i pójście spać.

Pierwszy tydzień spędzamy na północy wyspy. Calvi to całkiem interesujące miasteczko. Główną atrakcję stanowią historyczne budynki z pokaźną cytadelą dumnie wznoszącą się nad rozległą zatoką.

Wietrzne dni spędzamy w poszukiwaniu spotów na kitesurfing. Plaża w Calvi jest zbyt osłoniona od wiatru, ciężko trafić na sprzyjający jego kierunek, jadąc trochę na północ pojawiają się jeżowce. Idealna miejscówkę odnajdujemy dopiero około 20 km na południe od Calvi (jadąc wzdłuż wybrzeża), tuż przed Morsetta, to kamienista, rozległa i dość odosobniona plaża. Tutaj pojawiamy się kilka razy. A gdy nie wieje poznajemy okolicę na rowerach robiąc różne pętle.

Jednego dnia przez pomyłkę trafiamy na szutrową drogę, która staje się coraz bardziej kamienista, z wyrwami, aż zapędzamy się tak głęboko że przeistacza się w jeden z najtrudniejszych pieszych szlaków Europy, GR20. Jeden odcinek pokonujemy w butach SPD i trampkach, po ciemku, z jedną lampką i rowerami! Po paru godzinach wychodzimy w miejscowości Calenzana, skąd czeka nas przyjemny zjazd do Calvi.

Średnio w ciągu dnia po korsykańskich górach da się zrobić około 100km, ale aby zwiększyć zasięg staramy się dwa razy nie jeździć po tych samych trasach i podjeżdżać kawałek autem. Jak już dojedziemy do Galéria, to miejsce stanie się naszym kolejnym punktem startowym, skąd będziemy wyruszać w kolejne eskapady. W moim odczuciu zdecydowanie najciekawszą trasą była około 110 km pętla z Porto przez Pianę, Cargese i Vicio. To nie tylko malownicze widoki, klify i dzika zwierzyna, ale także wyczerpujący podjazd i rekompensujący wszelkie wysiłki zjazd (jak zwykle, już po ciemku).

Po tygodniu przenosimy się na południe, do zatoki Santa Guila, tuż przy Porto-Vecchio. To baza wypadowa, aby zwiedzić Bonifaccio, być może najbardziej wystawne i komerycjne miasto Korsyki, z robiącą niesamowite wrażenie cytadelą położoną tuż nad klifem. Warte polecenia dla samej scenerii i krajobrazów. Trasy rowerowe też dają radę, a nasze poszukiwania kitespotów jakoby usilne, nie zawsze skuteczne. Udaje nam się odnaleźć kilka ciekawych miejsc, zarówno na wschodzie i zachodzie wyspy, lecz albo sama infrastruktura (np. glony, trudny dostęp, dojazd czy np. druty kolczaste) stwarzają utrudnienia, niekiedy to po prostu brak wiatru. Utwierdzam się w przekonaniu, że Korsyka to świetne miejsce, aby w aktywny sposób spędzić wakacje, lecz oczekując więcej możliwości uprawiania kitesurfingu, trzeba pomyśleć nad miejscami bardziej ku temu stworzonymi. Chociażby Maroko, Sardynia, Egipt, Dania czy Zalew Szczeciński.

październik 2012

Corse

W poszukiwaniu śniegu i reniferów

Spacerując wzdłuż wybrzeża

Po spędzonej zimie w Ameryce Południowej zaczęła znowu marzyć mi się zima, ale taka prawdziwa. Niestety, ale w marcu śnieg w Alpach już się skończył. Pojawił się alternatywny pomysł. Razem z Matim załadowaliśmy żółtego busa sprzętem zimowym do pełna i wyruszyliśmy do Norwgii w poszukiwaniu śniegu. Od samego początku nie było łatwo, bo podczas rutynowej kontroli przed wejściem na prom okazało się, że zapomniałem dowodu rejestracyjnego. Reakcja niemieckiego policjanta była dość oczywista… “Ah so! Das ist nicht gut!“. Zupełnie wbrew moim oczekiwaniom, zerknął on tylko na numery, coś tam przedzwonił, sprawdził, pogadał i na koniec życzył nam szerokiej drogi i udanych wakacji. To solidny argument, aby choć trochę zmienić zdanie o niemieckim “Ordnung muss sein” i niemalże zerowej elastyczności w sytuacjach “niestandardowych”. Czyli jednak ruszamy!

W Oslo pełna wiosna, ale mieszkańcy stolicy są do tego stopnia zdesperowani, że jeżdżą na nartach w błocie i po trawie. Mieszkańcom stolic czasem trudno zaakceptować rzeczywistość.

Jedziemy dalej, w Sjusjen tuż przy Lillehammer pozostała jeszcze jakaś namiastka śniegu. I tu pomocna uwaga dla biegaczy stylem łyżwowym, śnieg w torach dla stylu klasycznego jest pełen klistru, bo topnieje, a ta lepka maź zostaje. To, aby nartą do skate’ingu nie wjeżdżać do torów to lekcja, którą się nauczyliśmy na własnych błędach. Koszt: kilka godzin zmagania się z usuwaniem nadmiernej warstwy lepkiego kleju w warunkach polowych.

Poszukujemy dalej. Gålå, to miejsce gdzie niegdyś spędziłem cały sezon zimowy. Pamiętam, że jeszcze w kwietniu padał świeży śnieg, a niektóre drogi były wciąż nieprzejezdne. Tym razem nic tylko połacie pożółkłej trawy i reanimowane przez ratraki trasy. Mimo wszystko dobrze jest zobaczyć starych znajomych znajomych, szefa i to miejsce, po raz kolejny wywołujące sentyment.

Dopiero Skeikapmen odnajdujemy to czego szukaliśmy. Świeży śnieg, idealnie przygotowane trasy, prawie zero ludzi. Kolejne 5 czy 6 dni zatrzymujemy się tutaj. Kampujemy w busie, gotujemy obiady na mrozie, zamarzamy w nocy, zamarza nasza woda, przyprawy, wczorajsze spahghetti i yerba mate. Trzaskamy dobre 40 km dziennie, poranna sesja z częstą premią specjalną wieczorem. Spożywamy mnóstwo energii w solidnych trzech albo czterech obiadach jakie jemy dziennie, ale to i tak nie wystarcza, aby pokryć 6-8 tysięcy kalorii dziennego zapotrzebowania.

Każdego dnia odkrywany nowe tereny, a po tym niecałym tygodniu odnoszę wrażenie, że przemierzyliśmy każdy zakamarek Skeikampen. Biedne i pozbawione śniegu Gålå i Kvitfjell. Ruszamy dalej na północ.

Oppdal, tu pojawia się kolejny wielki opad śniegu. Zakopujemy się autem, ale na szczęście trafiamy na dobrych ludzi chętnych do pomocy w ratowaniu busa z zaspy śnieżnej.

Mknąc po świeżym puchu

Mijają kolejne dni. W międzyczasie warto wziąć prysznic na łonie natury, często zimną wodą na mrozie, co jest wersją dość ekstremalną, gdy pomyślę sobie o beztroskich kąpielach nad wybrzeżem Portugalii. Żałuję, że nie wziąłem mojego zimowego śpiwora, bo temperatury w nocy dochodzą do -15°C.

Wliczając w naszego tripa ostatni dzień na trasach w okolicy Tronheim, szacuję, że łącznie w ciągu tych dwóch tygodni pokonaliśmy ponad 400km na nartach.

Odwożę Matiego na lotnisko, a sam przemieszczam się kolejny tysiąc kilometrów, aby odkryć, że na dalekiej północy jest jeszcze więcej śniegu. A to oznacza dodatkowy miesiąc na nartach.

W życiu idealnie jest znaleźć równowagę, między pracą, podróżami, obowiązkami i przyjemnościami. Późna zima w Norwegii to idealny ku temu czas.

To także pora w sam raz, aby z localesami pojeździć na skuterach śnieżnych. Nie przypuszczałem, że te maszyny mają tak niespotykane przyśpieszenie. Czuję to w pełni, gdy w kilka sekund udaje mi się osiągnąć prędkość ponad 120 km/h na przykrytym śniegiem zamarzniętym jeziorze. Skuter to także idealna opcja, aby usprawnić podjazdy pod górkę i wykorzystać to do zjazdów na telemarkach.

Prawdę mówiąc nie sądziłem, że napotkam na tak doskonałe warunki śniegowe. Następnym razem na pewno zabiorę snowboard i narty skitouringowe, aby wykorzystać to w jeszcze większym stopniu. Mówię wam, jeśli pragniecie śniegu, daleka północ jest odpowiedzią, której szukacie.

Wyjątkowość wyspy Senja polega na tym, że to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie w maju można zjechać po świeżym puchu podziwiając piękne fiordy, zupełnie nie martwiąc się tym, że zrobi się ciemno, bo się nie zrobi, a dokładniej mówiąc, pierwsza ciemność nastąpi w sierpniu czyli za 3 miesiące. Dla chętnych na tego typu rozrywki polecam mojego przyjaciela, który zna się na rzeczy. Bent Vidar Eilertsen to lokalny gość, który prowadzi schronisko Senja Lodge & Mountainguides, na co dzień zajmuje się wspinaczką (zimową i letnią) oraz zjazdami freeride’owymi.

Śniegu powoli ubywa, a gdy przekraczając zamarznięte jezioro na nartach zapadam się po kolana w lodowatej wodzie, decyduję, aby ostatecznie zamknąć sezon.

W ciągu kolejnych kilku miesięcy mocno wkręciłem się w bieganie i chodzenie po górach – może to z pasji, a może z nudów, ale co innego można robić w miejscu, gdzie nie ma nic poza fiordem i górami? Skoro już o tym mówię, to skromnie muszę się pochwalić, że w tym przebiegłem ponad 1000 km, w tym pięciokrotnie maraton!

Inna strona Mefjord

Nastał sierpień, czuję się prawie spełniony, brakuje tylko… reniferów! No właśnie co z reniferami? W Norwegii zdarza się spotkać łosie, lemingi, wieloryby i foki, owszem zdarzają się też renifery, lecz w porównaniu do Finlandii, w Norwegii są one względną rzadkością.  Przyleciała do mnie w odwiedziny Marlene, znajoma z Austrii i postanowiliśmy wrócić przez Finalndię, aby wyznaczyć kolejną trasę łączącą południe z północą. W krainie Św. Mikołaja według danych statystycznych, (dodatkowo potwierdzonych przez nas empirycznie), jest dziesięć razy więcej reniferów niż ludzi, średnio każdego dnia spotykaliśmy ich kilkadziesiąt. Nie tylko na ciągnących się przez dziesiątki kilometrów odludziach, ale nawet w środku małych miasteczek!

Odkrywamy uroki kolejnego kraju, czasem tak, a czasem nie zaliczanego do Skandynawii. Przemieszczając się na południe, Finlandia robi się coraz bardziej cywilizowana. Zatrzymujemy się w Kuopio, Jyvaskila i w Helsinkach, poznajemy świetnych ludzi. Jednak przez zdecydowaną większość czasu towarzyszą nam tylko renifery. Może to dlatego jedyne słowo jakie zapamiętałem po fińsku, prawdopodobnie najbardziej pokręconym europejskim języku, to “poro”, wyraz przydatny na pustkowiach, ale i w knajpie zamawiając rewelacyjne mięso renifera.

 

ski

nord

finland

Czerwone wino, najlepsza wołowina i yerba mate

Kolory Buenos Aires

Przywołując w myślach Argentynę, przypominam sobie wszystkich ciepłych i prawdziwych ludzi jakich tutaj spotkałem. W mojej głowie pojawiają się barwne i intensywne wspomnienia. To kraj, gdzie każdy dzień rozpoczyna się od kilku porcji yerba mate, a jeszcze o poranku nie sposób przewidzieć, jak ten sam dzień dobiegnie końca. Dynamiczna i kwitnąca południowoamerykańska rzeczywistość w wydaniu argentyńskim to zgrabne połączenie latynoskiego temperamentu i europejskich obyczajów. A wołowina, bez cienia wątpliwości najlepsza na tym świecie i wodospady Iguazu, najdoskonalsze dzieło Matki Natury to dwa potężne asy w rękawie największego kraju Cono Sur.

Argentyna to trzeci największy na świecie producent wołowiny i drugi pod względem ilości spożywanego mięsa na mieszkańca. Przeciętny Argentyńczyk zjada rocznie 55 kg wołowiny! Szacuje się, że po argentyńskich stepach codziennie skubie trawę około 55 milionów sztuk bydła. Co więcej, aby chronić rynek lokalny i utrzymać ceny na niskim poziomie nałożono 15% podatek eksportowy. Jak wiadomo, dobrem komplementarnym do wołowiny jest doskonałe argentyńskie wino, które produkowane jest tutaj od kilkuset lat. Na terenie kraju znajduje się około 1800 winnic!

Fakt, to kraj wielki, ale tak jak wielki, tak i różnorodny. Przestrzeń, ludzie i przyroda współistnieją tutaj w doskonałych proporcjach.

Poznając rajski krajobraz wodospadów Iguazu dochodzę do miejsca, w którym z trzech stron otacza mnie spadającą w otchłań gigantyczna masa wody, która następnie unosi się w formie pary na wysokość ponad 100 metrów. Przypuszczam, że Garganta del Diablo (“Gardziel Diabła”) na wodospadach Iguazu to najbardziej czarująca scena, jaką można zobaczyć na naszej planecie. Lista członków klubu 7 cudów świata jest ograniczona, ale Iguazu nie może na niej zabraknąć. Nie bez powodu 11 listopada 2011 roku (11.11.11) argentyńsko-brazylijskie wodospady zostały wpisane na tą elitarną listę. Przypomniała mi się tabliczka mówiąca coś w rodzaju “Drogi przybyszu, nie próbuj opisać słowami tego co właśnie widzą twoje oczy, bowiem tylko twoje wnętrze jest w stanie to zrozumieć”.

Spędzam w okolicy kilka dni z grupką Argentyńczyków, którzy podobnie jak ja błądzą w poszukiwaniu przygód. Odwiedzamy małe miasteczka, śpimy w namiotach nad rzeką, pijemy yerba mate, jeździmy na deskorolce, jemy pierwszej klasy wołowinę, gramy na instrumentach przy ognisku (co prawda z tym mam spore problemy…) i skaczemy do wody, a wieczorną porą delektujemy się czerwonym winem. Cała prowincja Misiones ma pozytywną aurę.

Buenos Aires

Tętniące życie nocne w Buenos Aires

Kiedyś w Bangkoku poznałem Yam, Argentynkę mieszkającą w Buenos Aires. Przemierzając Amerykę Południową od Wenezueli na południe, miałem nadzieję, że pewnego dnia nastąpi kolejne spotkanie. Ten dzień stopniowo się zbliżał, a w końcu nastał. Plan na kolejny tydzień to zwiedzanie Buenos Aires w towarzystwie Yam i jej przyjaciół. A jak wiadomo, obcowanie z lokalesami to najlepszy sposób na poznawanie nowych miejsc.

Jednym z pierwszych dziwnych obyczajów, na które zwróciłem uwagę, jest całowanie się w policzki przy przywitaniu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale dotyczy to również mężczyzn!

Buenos Aires to olbrzymie miasto. Trudno mi określić jego dokładną wielkość lub do czegoś ją porównać, więc powiem tylko, że prognoza pogody podawana jest oddzielnie dla poszczególnych części miasta! Każda dzielnica utrzymuje swój klimat, a dotyczy to zdecydowanie nie tylko pogody.

Yam mieszka na spokojnym Colegiales, przeważają tutaj niskie zabudowania. Zaledwie krótki spacer lub jeszcze krótsza przejażdżka na rowerze dzieli nas od modnego Palermo z tysiącami kawiarenek, barów i restauracji rozproszonych w kilku strefach, przeplatanych ciemnymi uliczkami. Samo słowo Palermo to bardzo modny wyraz w Buenos Aires. Stąd też wiele miejsc nazwano w stylu “Palermo Cafe” itd. To dzielnica utrzymująca “alternatywną” i “modną” atmosferę, dlatego jest wyjątkowo popularna wśród młodych Argentyńczyków z wyższej klasy średniej, a także zagranicznych turystów. Wiele tradycyjnych zabudowań zostało przerobionych w sklepiki, klimatyczne kawiarenki, galerie i kluby tworzące wspólnie tą efektowną aurę.

Recoleta to dzielnica w centrum, słynna z wielu zabudowań historycznych o dużej dawce kunsztu artystycznego. To centrum kulturowe miasta, z jednej strony pełne ludzi, ale także cieszące się opinią luksusowej części mieszkalnej, gdzie nieruchomości osiągają jedne z najwyższych cen w mieście.

Nieopodal przebiega Avenida 9 de Julio, najszersza aleja świata. Analizując to miejsce, wydaje mi się, że ten prestiżowy tytuł został przyznany nieco pochopnie. Każda z siedmiopasmowych jezdni rozdzielona jest pasem zieleni, a dodatkowe ulice dojazdowe nie wyglądają jakby tworzyły całość. Ale niech im będzie, że jest najszersza.

Przygotowywanie asado

Od samego początku istnienia miasta, Buenos Aires miało problem z przyjmowaniem dużych statków ze względu na płytką wodę tuż przy brzegu rzeki Rio de la Plata. Z tego względu statki były rozładowywane rzece, a mniejsze barki oraz promy transportowały ludzi i towary do wybrzeża. Architekt Eduardo Madero pod koniec XIX wieku rozwiązał ten problem, który za sprawą kolejnych ulepszeń doprowadził do powstania portu oraz systemu doków i pomostów na brzegu Rio de la Plata. Puero Madero to dziś najbardziej luksusowa części miasta. To tutaj na początku XXI wieku powstały superekskluzywne apartamentowce sprzedawane wyłącznie całymi piętrami z przeszklonymi fasadami, których mieszkańcy rozkoszują się panoramicznym widokiem na miasto, otwartą przestrzeń rzeki i rozległy rezerwat przyrody.

Cały czas przemieszczamy się w jednym kierunku i za moment dotrzemy na San Telmo, a to najstarsza dzielnica Buenos Aires. Kolonialne budynki, zabytkowe kościoły, kawiarnie, salony tango i sklepy z antykami położone są wzdłuż brukowanych ulic, a to bardzo dobrze oddaje miejski charakter dawnego Buenos Aires.

La Boca to stylowa dzielnica, niegdyś zamieszkiwana wyłącznie przez imigrantów, zagubionych artystów i wizjonerów przyszłości szukających przygód, było to bezpieczne miejsce na zebranie sił przed przeniesieniem się w lepszą część miasta. Mimo, że obecnie to jedna wielka turystyczna atrakcja stylizowana na lata 20 i 30-ste, nadal na każdym kroku odczujemy intensywną nutę stylu życia osadników z Europy, w szczególności z Włoch. Wciąż jest to ostoja rozbrzmiewających muzyką klubów tango, której ulice zdobi niechlujnie powywieszana bielizna na sznurkach i pozbijane z desek okiennice. Punkt centralny stanowi Caminito (z hiszp. “mała uliczka”), niesamowicie kolorowa, tętniąca życiem alejka, którą z powodzeniem można nazwać ulicznym muzeum.

Pokonujemy łącznie setki kilometrów. I to chyba jest wystarczająco miarodajne, aby określić oczekiwania i ich zbieżność z weryfikacją empiryczna. Spodziewałem się południowoamerykańskiego, lepszego wydania Nowego Jorku. Buenos Aires, które zobaczyłem to gigantyczne miasto, którego dusza błądzi zagubiona po bezkresnych ulicach, rozproszona i pozornie nieuchwytna.

marzec 2012

Argentina

Sącząc tereré w Paragwaju

Tereré w upalny dzień

Gran Chaco to druga najmniej dostępna część Ameryki Południowej (zaraz po dżungli amazońskiej). Przemierzam ten gigantyczny odludny obszar autobusem osobowo-przemytniczym. Autobus jest zdecydowanie przeładowany, panuje tłok, w każdym wolnym kącie poupychane są torby i walizki o nieznanej zawartości. Pasażerowie stoją kilkanaście godzin w ścisku. Dostrzegam cierpienie na twarzy otyłych kobiet z dziećmi i torbami na kolanach. W gorącym i dusznym powietrzu unosi się nietypowa mieszanka potu, smrodu pieluch i przestarzałego wnętrza autobusu. Po drodze przechodzimy kilka kontroli antynarkotykowych oraz zakręconą i powolną odprawę graniczną. W powietrzu wciąż unosi się omawiany smród pieluch. Po dwudziestu kolejnych godzinach jazdy przez pustkowie nasz wehikuł dojeżdża do Asuncion, stolicy Paragwaju.

Spójrz w około, a przynajmniej co druga osoba będzie miała przy sobie wielki termos oraz guampę z bombillą, czyli charakterystyczny kubek z metalową słomką. Po tym najłatwiej poznać, że jesteś w Paragwaju. To przyborniki do picia tereré, tutejszego narodowego napoju.

Tereré zostało wynalezione przez rdzenną ludność Guarani zamieszkującą dzisiejszy Paragwaj i zachodnią Brazylię. Przez wieki napój ten był nieodłącznym elementem życia społecznego. I nadal jest. Wychodząc z domu mieszkańcy z reguły napełniają swój termos lodowatą woda z dodatkiem ziół takich jak mięta lub trawa cytrynowa. Planując dłuższy wypad, większość z nich zamiast wody użyje lodu, a niekiedy głównym składnikiem będzie orzeźwiający sok z cytrusów.

Guampa tradycyjnie wykonana jest ze zwierzęcych rogów, najczęściej rogu woła lub byka, a bombilla to metalowa słomka z dziurkowanym filtrem na końcu. Guampa napełniana jest do około 2/3 suszonymi liśćmi yerba mate. Tak, to prawie ta sama mieszanka liści jak w przypadku przygotowywania gorącej mate, niezwykle popularnej w Argentynie. Następnie guampa zalewana jest zimną wodą z termosu. Gotowy napój pijemy wspólnie z grupą towarzyszących nam osób.

Tereré doskonale orzeźwia, to sposób na przetrwanie typowych 40-45°C upałów w Paragwaju. To zarazem ważny rytuał społeczny, jednoczący ze sobą ludzi, tworzący nowe znajomości i budujący wzajemne zaufanie. Widok dzieci, dorosłych i osób starszych w przeróżnych sytuacjach: siedzących, w autobusie, idących, prowadzących pojazd czy pracujących w sklepie ma zawsze cechę wspólną. Wszyscy popijają tereré. Podobnie wszechobecni są sprzedawcy lodu, ziół i niezbędnych akcesoriów.

Paragwajczycy słyną z ich długich, rozciągających się sjest, które nierzadko rozpoczynają się w okolicy południa, a trwają nieustannie nawet do zachodu słońca. Szczególną ostoją tej beztroskiej codzienności jest paragwajska prowincja.

Rozmowna dziewczynka na rowerze

Ybucuí to spokojna wioska, w której przyjaźni i gościnni ludzie chętnie nawiązują do rozmowy. Na szczęście w języku hiszpańskim. Rdzenny język Paragwaju to guarani, rozumiany przez 90% populacji.

Prawie wszyscy Paragwajczycy mówią po hiszpańsku, ale ciekawostką jest to, że dzieci uczą się guarani dopiero w wieku 5-6 lat. Starsze dzieci i dorośli, używają dwóch języków wymiennie. Prawie doskonała dwujęzyczność to dość niezwykłe zjawisko, przypuszczalnie unikatowe na skalę światową.

Zasiadam na ganku przypadkowej knajpy i rozpoczynam tradycyjną już, wieczorną grę w karty z moim przyjacielem. Podjeżdża do nas 4-letnia dziewczynka na rowerze, zatrzymuje się i zagaduje do rozmowy. Fantastyczne w języku hiszpańskim jest to, że w przeciwieństwie do kilku innych, nie mówiąc doskonale można z łatwością zrozumieć i być zrozumiałym. W pewnym momencie się zamyśliłem, a wesoła i śmiała dziewczynka spojrzała się na mnie z dołu zwracając moją uwagę, aby nagle podniesionym tonem spytać “Que te paso!?” (“Co z tobą się dzieje?”). Czasem sobie myślę, że niektóre dzieciaki potrafią być na prawdę zabawne (z całą pewnością niektóre).

O poranku ruszamy do parku narodowego Parque Nacional de Ybucuí, aby dotrzeć na wodospady, o których już od kilku dni marzymy smażąc się w bezlitosnym skwarze. Zaznajemy spokoju, kąpiel w rzece z chłodną orzeźwiającą wodą i naturalny masaż z wodospadu pozwalają zapomnieć o upale dającym się we znaki. Poznajemy przyjazną rodzinkę, podobnie jak my, biwakującą nad brzegiem rzeki. Zostajemy zaproszeni na asado, czyli wspólne grillowanie. Próbujemy carne de vacuno, niezwykle kruchego pieczonego mięsa wołowego, wieprzową kiełbaskę chorizo oraz morcilla mezclada, kiełbasę, której głównym składnikiem jest koagulowana krew wołowa.

Cały wieczór spędzamy rozmawiając przy ognisku. W międzyczasie pojawia się potwór z bagien, ale okazuje się, że to tylko gigantyczna ropucha, wielkości głowy dziecka. Robi się coraz spokojniej i ciszej, a gdy jest już zbyt późno, kładziemy się spać do namiotów. Tereré rzeczywiście sprzyja zawieraniu nowych znajomości.

Refleksje na temat świata

Moja krótka podróż przez Paragwaj przywołuje kilka refleksji. Odwiedzam Ciudad del Este.

Tama Itapiú, duma Paragwaju, widnieje na banknocie o nominale 100,000 guarani. Nowoczesne centrum dla odwiedzających zaprasza na bezpłatną prelekcję na temat elektrowni. Dowiaduję się, że ta olbrzymia elektrownia wodna, należąca po połowie do Paragwaju i Brazylii, zapewnia 80% energetycznego zapotrzebowania Paragwaju i blisko 23% potrzebnej energii dla Brazylii. Po seansie filmowym, razem z hordą turystów (zastanawiam się, skąd oni się wszyscy tutaj wzięli), wsiadamy w kilka wygodnych, klimatyzowanych autobusów, aby objechać i zobaczyć tą monstrualną, drugą największą tamę na świecie z bliska, zarówno od strony paragwajskiej i brazylijskiej. To gigantyczna, wieloletnia inwestycja finansowana z międzynarodowych funduszy. Mało który europejski kraj mógłby sobie pozwolić na podobną inwestycję.

Budowa tamy wymagała przesiedlenia około 10,000 rodzin żyjących wzdłuż zalewanej rzeki Paraná. Powstaje wysoka na 196 metrów, długa na prawie 8 km i o objętości 12.3 miliona m3 tama, która jest w stanie wyprodukować ponad 90 TWh energii rocznie, wystarczające, aby zapalić 171 milionów żarówek 60 watowych przez okres jednego roku. Koszt inwestycji, znacznie zawyżony przez marnotrawstwo, korupcje i łapówki, to prawie 20 miliardów dolarów.

Rozmawiamy tutaj o miliardach, ale tego samego poranka obserwowałem ludzi żyjących w jednej z bocznych uliczek w pobliżu dworca. Słyszałem płacz dzieci. Ktoś szedł rozpalić ognisko i zagotować butelkę wody na poranną herbatę. Rozstawione prowizoryczne foliowe namioty zamieszkują tutaj całe rodziny. Czyja to wina, że urodzone bezpośrednio na ulicy dzieci prawdopodobnie już tutaj zostaną i dadzą początek kolejnemu pokoleniu. Może to starsze pokolenie, nieodpowiedzialnie powiększające rodzinę? Może to skorumpowane i niedbałe państwo, zapominające o najbardziej potrzebujących? A może apodyktyczny kościół, uparcie forsujący swoje utopijne przekonania? A może to wina nas samych, obojętnych?

A może nie trzeba szukać winnych, przecież świat nigdy nie był sprawiedliwy.

luty 2012

terere

Ziemia gorąca w Boliwi

 

Gorąca ziemia w Boliwii

Pogawędki przy stole

Na początku przyznam, że ostatnie kilka tygodni spędzonych na ponad trzech tysiącach metrów trochę mnie wykończyły. Pojawiło się uczucie tęsknoty. Zatęskniłem za tym, aby znów to rozgrzane słońce wypędzało mnie z namiotu o poranku. Zatęskniłem za tym, aby ciepłymi wieczorami przesiadywać na placu miejskim, rozmawiać z przypadkowymi ludźmi, popijać lokalne wino i rozkoszować się tą beztroską, sielankową atmosferą latynoskich miasteczek. Poszukiwanie tierra caliente (“gorącej ziemi”) prowadzi do el Valle de la Concepción, doliny, w której łatwo zapomnieć, że istnieje coś takiego jak czas.

Fiesta i sjesta

Rozległe, niekończące się plantacje winogron przeplatane kolorowymi, na ogół ceglanymi zabudowaniami tworzą pełen słońca, baśniowy krajobraz. Otoczona winnicami  la Concepción to jedna z większych tutejszych wiosek produkujących wino.

Odwiedzam dwie z miejscowych winnic: Casa Vieja i…  nazwa drugiej mi umknęła, gdyż całą uwagę przeznaczyłem na obserwowanie rosnących winogron, leżakującego wina (w beczkach i w butelkach), a także degustację pełnego smaku czerwonego trunku z różnych szczepów boliwijskich winogron.

Zasiadając wygodnie na drewnianym leżaku w cieniu winorośli obserwuję bezchmurne niebo i rozkoszuję się słoneczna pogoda. W porze sjesty w miasteczku panuje totalna cisza, a z pobliskich drzew dobiegają tylko odgłosy ptaków, owadów, dojrzewających winogron i delikatnie smaganych przez wiatr liści….

A teraz mała ciekawostka. Wino w Boliwii uprawiane jest na wysokości między 1700 a 2400 metrów. W efekcie dzięki zwiększonej ekspozycji na promieniowanie ultrafioletowe boliwijskie winogrona nabierają bogatego aromatu oraz unikalnego na skalę światową smaku! Produkcja wina to ważna część gospodarki w tej części Boliwii. Szacuje się, że ponad 20,000 osób utrzymuje się z jego produkcji.

Bazą wypadową do doliny jest przyjazna miejscowość Tarija. Tutaj poznaję też ciekawych ludzi. Jedną z tych osób jest Joe, starszy człowiek, który przedstawia boliwijski sposób na picie wina: każdy pije po kolei, kieliszek po kieliszku z dużą miarą kurtuazji i zwrotów grzecznościowych, jednak nim się obejrzysz, trzeba już otwierać kolejną butelkę.

Zabrzmi to dość niespotykanie, ale innym razem i zupełnym przypadkiem spotykam brata Joe, który dwa lata temu założył i nieustannie rozbudowuje muzeum archeologiczne ze skamieniałościami. Razem jedziemy na odkryte wykopaliska w poszukiwaniu skamieniałości. I tu niespodzianka. Bez najmniejszego wysiłku odnajdujemy szczątki prehistorycznych żółwi, zwierząt kręgowych i uwaga… prawie kompletny róg mamuta! To niesamowite, że takie rzeczy są tutaj pozostawione bez opieki i że… wciąż tutaj są!

O czym to ja mówiłem? Aha, na południu Boliwii, w przeciwieństwie do reszty kraju, na ulicach z łatwością można dostrzec mnóstwo atrakcyjnych dziewczyn. Może to wpływ Argentyny, Paragwaju? Ciepłego klimatu? Bliskość Brazylii? Nie wiem, ale to na pewno nie powód, aby się martwić.

Przypadkiem na czas

Business class z nieograniczonym miejscem na nogi

Łapię nocny autobus do Yucuiba razem z Chrisem, świetnym gościem z którym od jakiegoś czasu podróżuję. Na szczęście mamy 4 godziny opóźnienia. To już tradycja, bo nawet gdy autobus się nie zepsuje, kierowca z przyzwyczajenia zatrzyma się na kilka długich przerw lub jedną ekstradługą, (z reguły kilkugodzinną), aby się przespać. Przypuszczam, że i tak wszyscy preferują dojechać o poranku.

Villamontes to najprawdziwsza tierra caliente. Gorąca ziemia w pełni tego słowa znaczenia, lub jak kto woli, najgorętsze miasto w Boliwii. Kilka kolejnych autostopów, ciężarówka na pace, 40-letnie volvo pozbawione siedzeń i umierający pickup zabierają nas do Canon del Pilcomayo.

Maszerujemy wzdłuż kanionu obładowani plecakami. Słupek rtęci w cieniu wskazuje ponad 40 stopni. Wąska dróżka przecina bujną zieleń i prowadzi nas nad brzeg zabłoconej, wzburzonej w tej porze roku rzeki.  Przeprawiamy się przez boczne koryto (niosące wodę – ale w obie strony), wspinamy się po stromym zboczu wąwozu i oto mamy miejsce na rozbicie namiotu.

O poranku dochodzimy do osady przy drodze. Rozmawiamy z dzieciakami i grając w karty oczekujemy, aż coś się wydarzy. Po kilku godzinach zatrzymuje się długa ciężarówka. Kierowca (i właściciel, jak się później okaże), zdejmuje plandekę i zaprasza nas na pakę wyładowaną żwirem. Nim ruszymy, kierowca przeżegna się i pomodli kilka sekund w przydrożnej kapliczce. Szybko dowiem się dlaczego.

Manipulowanie ciężarówką tej długości tuż nad krawędzią urwiska wymaga magicznych umiejętności. Balansujemy pomiędzy ostrymi przewieszonymi skałami a kilkudziesięciometrową przepaścią po drugiej stronie, z zachowaniem “bezpiecznych” 30 centymetrów zapasu od krawędzi na masywne koła ciężarówki. Niekiedy wystarczy przemieszczać się w tempie szybkiego żółwia, aby poczuć adrenalinę.

To kolejna potencjalna droga śmierci i wyczerpująca (brudna, pełna pyłu) podróż. Po kilku godzinach schodząc na ląd stały wyglądamy jak górnicy w Potosi, a to za sprawą wyboistej drogi i omawianego żwiru na pace.

Boyuibe to spokojna wioska. Zaprzyjaźniamy się ze sprzedawcą warzyw tuż przy głównym placu. To poczciwy człowiek, który mieszka  razem ze swoją żoną w zaparkowanej prawie na stałe ciężarówce z warzywami. Poleca nam, aby rozbić namiot w samym centrum, na środku placu, to “bardzo spokojne miejsce”, zapewnia. Dzieci biegają na ulicy do późnych godzin nocnych, gdzieniegdzie pojawiają się bezdomni – szukający towarzystwa, znudzeni, ale nie uciążliwi.

Szukamy transportu do Paragwaju. Po kilku rozmowach stwierdzamy, że droga Trans-Chaco jest totalnie zniszczona i nieprzejezdna. Wydostanie się z tej wioski graniczy z cudem, ale pojawia się pomysł. Decydujemy się na opcję numer dwa.

Kilka kilometrów marszu prowadzi do punktu poboru opłat drogowych. Zaprzyjaźniamy się z pracującym tutaj kontrolerem. To lekko zapuszczona, ale pogodną postać. Mężczyzna w podartej koszuli z bulwą liści koki na policzkach pomaga nam zatrzymać furgonetkę.

W końcu się udaje. Dołącza do nas 75-letnia boliwijska babuszka i razem w trójkę siedzimy na pace. Powróciło to przyjemne uczucie przemieszczania się.

Po raz kolejny w Villamontes nie mamy już tyle szczęścia. Ostatecznie nie znajdujemy połączeń do boliwijskiej granicy, a jedyny autobus do Paragwaju jedzie bezpośrednio do Asuncion. I odjedzie w środku nocy za parę dni. Wszystko jest umowne, niepewne i opóźnione – nasze opóźnienie (de facto – to nie opóźnienie, a po prostu podróż) rozwija się.

Po raz kolejny utknąłem w Boliwii na pewien czas. I to urok tego kraju. Jak to dobrze nigdzie się nie śpieszyć.

luty 2012

tierra caliente

Praca w piekle

 

Praca w piekle

Szesnastoletni górnik w Potosí, Boliwia

Prawie pięć kilometrów nad poziomem morza zobaczyłem piekło. Warunki pracy i poziom bezpieczeństwa boliwijskich górników sprawia, że kopalna Cerro de Potosí to jedno z tych miejsc na świecie, gdzie bezpośrednią konsekwencją podjęcia pracy jest utrata zdrowia. To nie klimatyzowane pomieszczenie, ale 40 stopniowy zaduch i ciasne, wąskie korytarze wypełnione szkodliwymi gazami i pyłami. To nieustanna praca w środowisku, w którym łatwo zemdleć i nabawić się przewlekłych chorób. Górnicy z Potosi nie narzekają na swój los i odnoszą się z szacunkiem do swojego zajęcia. Nie myślą o tym, czy po śmierci pójdą do nieba, bo już za życia doskonale poznali piekło.

Kopalnię Cerro de Potosí odwiedzam razem z przewodnikiem, niegdyś lokalnym górnikiem. Po drodze zatrzymujemy się w sklepie z dynamitem i innymi niezbędnymi akcesoriami do pracy w kopalni. Zaopatrujemy się w drobne podarunki dla spotykanych górników, w tym także liście koki (dodające energii), wodę i soki (gaszące pragnienie).

Odwiedzamy zakład z przemysłowymi maszynami do ekstrahowania rudy i pozyskiwania czystych metali. To pracochłonny proces, ale nawet w panujących tutaj stosunkowo spartańskich warunkach, poddany jest znacznej automatyzacji.

Przed wejściem do kopalni przewodnik uprzedza, że górnicy nie używają zwrotów takich jak “buenos dias”, “gracias”, czy “por favor”, lecz zasób ich słów bardziej pokrywa się ze zwrotami używanymi przez kierowców ciężarówek i murarzy. Przekonuję się, że to prawda w momencie napotkania pierwszych górników transportujących wózkiem worki rudy wzdłuż wąskiego tunelu.

Każdy z górników szuka tutaj swojego szczęścia. A owe szczęście w tym przypadku przybiera postać czystego złota i czystego srebra. Podkreślając to dążenie do poszukiwania czystych minerałów, dodam, że to także element tutejszych wierzeń.

Z tego względu w ostatni i pierwszy piątek miesiąca górnicy spotykają się przy (swoją drogą, niezwykle paskudnym) pomniku El Tio – boga kopalń. Obdarowują go papierosami, liśćmi koki i czystym alkoholem (97%), który sami też piją, bo zgodnie z wierzeniem, jaki alkohol pijesz, takie złoża znajdziesz. Nie pijąc czystego alkoholu, nie oczekuj żyły złota. Przyznam, że przez moje gardło ledwo przechodzi skromny łyk tego trunku, a gdy już myślę, że mam to za sobą, przewodnik mówi “Górnicy nigdy nie piją tylko raz. Pomóżmy więc im i wypijmy po raz kolejny za znaleziska”. Moja krtań cierpi w płomieniach.

Inne z wierzeń mówi, że kobiety nie mogą zostać dopuszczone do pracy w kopalni, bo “pachamama” (matka natura) zrobiłaby się zazdrosna i nie dałaby górnikom dostępu do złóż.

Ścieżka kariery

Wąskie korytarze Cerro de Potosí

Świeżo upieczony górnik, często jeszcze 14- lub 15-letni chłopiec przez pierwszy rok pracuje jako pomocnik. W zamian otrzymuje małe wynagrodzenie, lecz oddaje wszystkie znaleziska swojemu mistrzowi. W drugim roku oddaje 50% kopaliny, a zysk ze sprzedaży pozostałej połowy ląduje w jego kieszeni. W trzecim roku, z reguły, zdobywający doświadczenie górnik dokonuje kilku inwestycji, nabywa niezbędny sprzęt, dynamit, mistrzowi oddaje już tylko 15%, a zdecydowana większość tworzy jego zysk. Górnicy z czteroletnim doświadczeniem pracują w pełni na własny rachunek, wówczas średnie zarobki kształtują się na poziomie 3000 Bs, czyli około 350 euro.

Pytanie, czy to właściwe miesięczne wynagrodzenie za dwanaście godzin ciężkie pracy w tak trudnych i szkodliwych dla zdrowia warunkach.

Potosi to jedno z najwyżej położonych miast na świecie (średnia wysokość 4090 m), a kopalnia znajduje się w górze Cerro de Potosí (4824 m). Czasem określana mianem Cerro Rico (“bogata góra”), ze względu, że historycznie opisywana była jako góra złożona z rudy srebra. Wydobywane srebro było przewożone z pomocą lam i mułów do portów, skąd ku Europie transportowała je hiszpańska flota.

Założone w 1546 roku Potosi, początkowo jako osada górnicza, szybko stało się jednym z najbogatszych i najlepiej prosperujących miast na świecie, z czasem również jednym z największych, o populacji przekraczającej 200,000 mieszkańców.

Według oficjalnych danych, w latach świetności wydobyto tutaj 41,000 ton czystego srebra.

Cena życia

Hiszpanie wprowadzili pojęcie mity. Siłę roboczą stanowili Indianie, rodzima ludność tego rejonu. W ramach mity obowiązkiem każdej wioski indiańskiej było dostarczenie rąk do pracy w kopalniach i wielkich gospodarstwach rolnych na okres jednego roku. Średnio był to co trzynasty zdrowy dorosły mężczyzna.

Uzyskani przymusowi pracownicy wykonywali najtrudniejszą pracę, czyli transport rudy z miejsca wydobycia do wylotu kopalni. Miliony istnień ludzkich zostały utracone w skutek wykończenia fizycznego, zatruć szkodliwymi gazami, a także zatruć rtęcią, używaną do ekstrakcji metalu z rudy. Hiszpania na tym nie spoczęła.

Aby zrekompensować wymierającą siłę roboczą, wydano dekret sprowadzenia kilkudziesięciu tysięcy afrykańskich niewolników. Ta sama praca wykonywana była również przez muły, które umierały po kilku miesiącach z wykończenia. Z czasem każde cztery muły zastąpiono dwudziestoma Afrykańskimi niewolnikami. Ci niekiedy pracowali non-stop przeszło 48 godzin i nawet popełniali samobójstwa, aby ich dzieci nie musiały dzielić tego samego losu.

Kilkaset lat później, czyli do dnia dzisiejszego włącznie, niewiele się zmieniło. Większość pracy wykonywana jest ręcznie, górnicy są nieustannie narażeni na szkodliwe gazy i pyły, dużo z nich już po kilku latach pracy choruje na pylicę płuc.

Dzisiaj jest razem z nami dziewczyna z Argentyny, która już po 20 minutach przebywania w kopalni osłabła i prawie zemdlała. Przemierzając wąskie korytarze wielokrotnie kaszlę tym ciężkim powietrzem. Trudno mi sobie wyobrazić przebywanie w tym miejscu – codziennie – przez kilkanaście godzin, wykonując tę cholernie ciężką pracę.

Niektóre źródła podają, że przeciętna długość życia boliwijskiego górnika to 40 lat. Rocznie w kopalniach w Potosi z powodu eksplozji, osunięć lub zatruć ginie 30 osób. Ciągłe niebezpieczeństwo to ryzyko zawalenia się niezabezpieczonych ścian i praca na wysokości (4800 metrów!), która oznacza ograniczoną ilość tlenu, a to potęguje podatność organizmu na szkodliwy pył, trujące gazy.

To nie średniowiecze, ale XXI wiek. Dokładnie tak może wyglądać początek kariery 14-letniego chłopca. Pora zastanowić się, co możemy powiedzieć Europejczykowi narzekającemu na swoją pracę. Czy rzeczywiście jest aż tak źle? Może warto zdjąć na moment koszulę w modną kratkę i przepracować godzinę w podobnym miejscu, aby docenić ten niedziałający ekspres do kawy i niekiedy nudne gapienie się w słupki i cyferki?

luty 2012

potosi

Świat Surrealny

Opuszczony autobus na boliwijskich bezdrożach

Przed sobą widzę niekończącą się białą przestrzeń, która łączy się z błękitnym niebem na odległym horyzoncie. Po chwili refleksji zapominam, że cały czas znajduję się na tej samej planecie. To gigantyczna solna pustynia. Zagłębiając się w bezkres płaskowyżu Altiplano, natrafiam na inne niezapomniane krajobrazy, wysokogórskie laguny, wulkany, rozległe pustkowia, bulgoczące gejzery, porozrzucane skały, gotującą się ziemię i tańczące w wodzie flamingi. To nie iluzja, nie sen, złudzenie, ani żaden twór wyobraźni. To południowo-zachodnia Boliwia.

Salar de Uyuni to płaskowyż położony na wysokości 3656 m, pozostałość po wyschniętym słonym jeziorze. To jednocześnie jeden z najbardziej płaskich obszarów świata z różnicą wzniesień wynoszącą zaledwie pół metra. Zajmuje powierzchnię 10 tysięcy km², co czyni go największym solniskiem świata. Powierzchnię stanowi kilkumetrowa skorupa solna, pod którą znajduje się blisko połowa światowych zasobów litu – metalu stosownego do produkcji akumulatorów litowo-jonowych.

Salar de Uyuni

To także olbrzymie złoże innych minerałów i soli, których wydobyciem zajmują się lokalne społeczności. Na obrzeżach solniska mijamy wioski, w których prawie wszyscy mieszkańcy trudnią się wydobywaniem soli, sprzedawanych później do Chile, Paragwaju i Wenezueli. Mimo ciągłej degradacji i nieustającego napływu zagranicznych koncernów wydobywających minerały, warto wspomnieć, że Salar się regeneruje w porze deszczowej i jego powierzchnia ponownie staje się idealnie płaska.

Podróż po płaskowyżu Altiplano to nie tylko krajobrazy. Wystarczy spojrzeć z bliska. Gdzieś między skałkami przyczaił się viscacha, gryzoń przypominający królika, ale takiego, który mieszka na wysokości 4 tysięcy metrów. Nagle zwierzak wykonuje skok i ląduje na zielonym kamieniu. Ups…, ale to nie kamień! Yareta to kuriozalna, wiecznie zielona i twarda jak kamień roślina. Rośnie bardzo powoli, a duża gęstość zapewnia ochronę przed zbędną utratą ciepła i wilgoci. Przyrost roczny wynosi około 1 centymetra, a niektóre z tych roślin potrafią żyć nawet 3000 lat!

Kajobraz przeplatają porozrzucane skałki łączące się niekiedy w rozległe skupiska. Czasem monotonię pustyni zakłócają jedynie pojedyncze kamienie, nieznanego pochodzenia, jakby zupełnie z innej bajki. Arbol de piedra, inaczej ‘drzewo ze skały’, to nietypowych kształtów skała rzeźbiona na przestrzeni wieków przez powietrze, piasek i deszcze miotane przez silne wiatry. A wokół pustka.

Geyser master of disaster

Wysokogórskie laguny umieszczone są w prawdziwie księżycowej scenerii. Masywne ośnieżone szczyty, położone w tle tej bezkresnej, nietkniętej działalnością człowieka przestrzeni, przypominają gigantyczny deser karmelowy polany apetycznym lukrem.

Tutejsze wysokogórskie jeziora zamieszkiwane są przez populacje flamingów brodzących – a nawet tańczących – w poszukiwaniu pożywienia.  Znajdujemy się na wysokości 4,300 m. Laguna Verde to słone jezioro tuż przy chilijskiej granicy u podnóży wulkanu Licancabur. Potrafi tu być niespotykanie zimno, ale w tej scenerii można o tym zapomnieć. W razie czego wystarczy kąpiel w gorących źródłach.

Położona niedaleko Laguna Colorada ma zaledwie 80 centymetrów głębokości. Białe wysepki boraksu ciekawie kontrastują z na ogół czerwoną, lecz także zmieniającą kolor w zależności od pogody i pory dnia, powierzchnią wody. Rozpuszczony sód, magnez, boraks, osady miedzi, gips oraz występujące tutaj mikroorganizmy służą do produkcji farby, nawozów, farmaceutyków, pasty do zębów, a także bardziej wyszukanych zastosowań jak produkcja filtrów do paliwa lotniczego. Wydobyte zasoby mineralne w większością trafią do krajów rozwiniętych, a tam poddawane będą dalszej obróbce, jak na przykład boraks, który służy do produkcji włókna szklanego.

Cmentarz pociągów i angielska gościnność

Cmentarz pociągów

Inną ciekawostka – dla odmiany związana z działalnością człowieka – to cmentarz pociągów.

Niewiele ponad sto lat temu, dobrze prosperujące miasteczko Uyuni stanowiło główny węzeł przeładunkowy do dalszego transportu wydobywanych minerałów w kierunku portów na wybrzeżu Oceanu Spokojnego. Sieć trakcyjna została wybudowana w końcówce XIX wieku przez angielskich inżynierów i przyczyniła się do dynamicznego rozwoju Uyuni.

Zupełnie jak wiele innych podobnych działań o podłożu neokolonialnym, tak i ta inicjatywa znalazła swoich zwolenników i przeciwników. Ówczesny prezydent Boliwii, Anciento Arce, (zapewne słusznie) wierzył, że nowa sieć komunikacyjna będzie korzystna dla kraju, podczas gdy lokalne społeczności Indian Aymara nieustannie sabotowały przedsięwzięcie, zarzucając zagranicznym inwestorom ingerowanie w ich życie i zabieranie należących do nich ziem (co również jest zrozumiałe).

Przez kolejne kilkadziesiąt lat kolej była wykorzystywana przez firmy wydobywcze. Tak to wyglądało, aż do momentu, gdy w latach 40-tych przemysł wydobywczy przeszedł wielki kryzys i się załamał. Głównie za sprawą wyczerpania potrzebnych surowców, także w skutek zmian technologicznych (zmniejszyło się zapotrzebowanie na niektóre minerały).

Wówczas, w podziękowaniu za dekady rabowania zasobów mineralnych i wyzysku siły roboczej, hojni Anglicy zostawili Boliwijczykom tabor kolejowy – “Oddajemy wam sprawne pociągi, używajcie i niech będą do waszej dyspozycji”. Oczywiście pociągi szybko zaczęły rdzewieć i niszczeć, a po krótkim czasie eksploatacji nie nadawały się już do dalszego użytku. Wszystkie szczątki zgrupowano w jednym miejscu, tworząc przynajmniej tę atrakcję turystyczną, pamiątkę od wdzięcznej Anglii.

Laguna Colorada

Kilka ciekawostek:

  • Skorupa solna pokrywająca Salar de Uyuni miejscami ma nawet 10 metrów grubości
  • Łącznie solnisko zawiera ponad 10 miliardów ton soli
  • Salar pokryty wodą tworzy największe na świecie naturalne lustro
  • Warstwowy osad przy jeziorach płaskowyżu Altiplano tworzy pełen zapis tysięcy lat historii następujących po sobie porach suchej i deszczowej
  • Szacuje się, że rocznie wydobycie soli wynosi około 25,000 ton
  • Ze względu, że powierzchnia Salar de Uyuni jest niemalże idealnie płaska i niezmienna w czasie, amerykańska agencja NASA wykorzystuje to miejsce do kalibrowania swoich satelitów
  • Obszar jest tak jednorodny, że z łatwością można zagubić poczucie przestrzeni, a przy okazji to ciekawe miejsce do wykonywania fotografii z efektem utraconej głębi.

luty 2012

salar

Huayna Potosi (6088m)

Marzenia się spełniają

Obserwując rozległe wody jeziora Titicaca, tego dnia powietrze wydało mi się znacznie bardziej przejrzyste. Wyszedłem na taras hotelu na wyspie Isla del Sol, w którym spędziłem minioną noc i spojrzałem przed siebie. Daleko, prawie na horyzoncie dostrzegłem ośnieżone szczyty Cordillera Real. Początkowo moja wyobraźnia zarejestrowała ten widok jako zupełnie oderwany od rzeczywistości krajobraz, przetarłem oczy i po chwili zrozumiałem, że to przenikliwie prawdziwe, surrealne zjawisko. Bijące wewnątrz serce podpowiedziało mi, że to kierunek, w którym powinienem podążyć. I w tym momencie na moim celowniku znalazł się jeden z boliwijskich sześciotysięczników.

Przygotowania bez planu

Copacabana, widok z Cerro Calvario

Soroche to w boliwijskim dialekcie choroba wysokościowa. Dotyczy każdego, kto z poziomu morza w zbyt krótkim okresie czasu przeniesie się na wysokość około 4000 metrów (często wystarcza już 3000 metrów). Najlepszym remedium jest czas. Trzeba pozwolić sobie dobrze wypocząć, nie ponaglać organizmu i stopniowo się zaaklimatyzować.

Pomaga również picie herbaty z liści koki i dużo wody, ograniczony wysiłek fizyczny i lekka dieta. W moim wypadku udaje mi się szybko zaaklimatyzować, u innych osób dolegliwość potrafi trwać 2-3 dni. Oczywiście dłuższa aklimatyzacja w naturalny sposób zmniejsza ryzyko choroby wysokościowej przy pokonywaniu kolejnych izohips.

Pierwsze kilka dni na “zalecanej” wysokości spędzam w miejscowości Copacabana nad jeziorem Titicaca. Miejscowość położona jest na zboczach dwóch gór na południowym wybrzeżu jeziora. Niegdyś był to punkt pielgrzymek, dziś przyjazna miejscowość turystyczna. Tuż przed zachodem słońca wspinam się na Cerro Calvario, jedno ze wzgórz, aby ujrzeć zatokę w całej okazałości.

Kolejny przystanek to wspomniana Wyspa Słońca (po hiszpańsku – Isla del Sol), dopływamy tam małą łódką. Krótka eksploracja wyspy i przemierzenie jej wzdłuż pozostawia jedno wrażenie. Isla del Sol do złudzenia przypomina jedną z śródziemnomorskich wysp, z równie złocistymi plażami. Jedyna różnica – tutaj nikt się nie kąpie, jesteśmy prawie cztery kilometry nad poziomem morza, woda ma dziewięć stopni Celsjusza, a na skraju plaży pojawiają się kępki śniegu.

Błądząc bez celu lokalnymi ścieżkami łatwo zaobserwować codzienne życie mieszkańców. Spotykam tutaj rybaków, pasterzy oraz rolników uprawiających ziemniaki i orzeszki ziemne. W drobno rozsianych po wyspie wioskach przeważają skromne gliniane chatki, bez elektryczności, a jedyny posiadany dobytek to rzadko coś więcej niż dwie krowy, kilka świń, osioł i skromne poletko zasianej ziemi tuż przy domu. Na wyspie nie ma ani jednego samochodu lub motoru, obowiązuje ruch pieszy, a z jednego krańca wyspy na drugi można szybko przedostać się tylko łódką.

Tak przebiega aklimatyzacja. Isla del Sol znacznie przyjemniejsze miejsce niż La Paz, stolica. Ale trafiam i do zatłoczonej stolicy, aby zorganizować wyprawę i przygotować potrzebny sprzęt. Strome uliczki, stragany rozstawione bezpośrednio na jezdni, niektóre całkowicie blokują ruch. Tak właśnie wygląda poszukiwanie ekwipunku. Jedno z ciekawszych miejsc to stragan, na którym sprzedawane są różne przedmioty przynoszące szczęście, jak na przykład suszone lamy w roli ozdoby wieszanej na ścianie. Czemu nie…, szczególnie jeśli przynoszą szczęście!

Przygotowując się do wyprawy chcę wyeliminować kilka potencjalnych czynników niepowodzenia. Przede wszystkim, nie może to być głód, pragnienie lub chłód. Solidne zapasy jedzenia, wody, a także odpowiednie części garderoby to istotne szczegóły. Przy doborze skarpetek sugerowałem się zaleceniem doświadczonego lokalnego przewodnika. “weź przynajmniej dwie albo trzy pary skarpetek”. Z jednej strony, wiem co to znaczy prawdziwy mróz, poradziłem sobie nawet z -40˚C w Skandynawii, a tutaj spodziewam się “zaledwie” -15˚C, w porywach -20˚C. A więc? – “no tak, ale to Boliwia”, pomyślałem… różnie to bywa, więc kupuję dwie pary skarpetek z lamy i dodatkowo jeszcze jedne, super ciepłe. Jak zobaczył je mój przewodnik, powiedział tylko “wystarczy ci ta jedna para”. Poza tym, po godzinnych poszukiwaniach odnajduję również zapatero, ulicznego szewca, który za 15 bolivianów (około dwa dolary) sprawia, że moje wysłużone i rozpadające się buty wyglądają jak nowe. A już miałem je wyrzucić, jakieś sześć tygodni temu…

Pokonać sześć tysięcy

Cordillera Real

Od pomysłu minął niecały tydzień, a ja właśnie przygotowuję się do noclegu w bazie aklimatyzacyjnej Paso Zongo na wysokości 4700 metrów. Początki nie prezentują się zachęcająco. Mizerna pogoda. Ciągle pada, bardzo chłodno i wilgotno. Męczą mnie problemy z żołądkiem, gorączka, osłabienie i niespotykane dotychczas wychłodzenie organizmu. Nie pamiętam, kiedy czułem się tak paskudnie. Spędzamy pierwszą noc. Tutaj też poznaję resztę grupy, łącznie jest nas dwanaście osób.

O poranku analizujemy potrzebny sprzęt i dokonujemy ostatnich poprawek w jego doborze. Obładowani ekwipunkiem przenosimy się do drugiego obozu Campamiento Rocas na wysokości 5200 metrów. Podejście jest stosunkowo łatwe, jedyną trudność stanowią śliskie kamienie, o poranku wciąż na granicy gołoledzi. Wczesne popołudnie przeznaczamy na spacer na wysokość około 5300 metrów oraz ćwiczenia z rakami i czekanami na lodowcu. Przed nami wielki dzień.

Nie łatwo się zmobilizować, aby zasnąć, ale już około siódmej wieczorem prawie każdy wtula się w śpiwór. Tutaj przydatny okazuje się sposób na zasypianie z butelkami z gorącą wodą. W nocy jest zdecydowanie cieplej w śpiworze, nie trzeba gotować wrzątku przed wyjściem, a woda w butelce nie zamarznie w ciągu dnia.

Wstajemy kilka minut po północy. Przygotowujemy sprzęt, ubieramy się i o godzinie 1:16 rozpoczynamy atak szczytowy. Związani linami, w bezkresie ciemnej, kompletnie czarnej nocy o świetle czołówek wspinamy się do góry.

Od czasu do czasu dostrzegam szczeliny lodowcowe głębokie na kilkaset metrów, zaledwie parę kroków od naszej ścieżki. Jest przenikliwie zimno, cicho, samotnie i monotonnie. Po około dwóch godzinach intensywnego marszu osiągamy Campo Argentino (5600 metrów). To pusty, płaski obszar pokryty wieczną warstwą śniegu, wokół znajdują się szczeliny lodowcowe.

Przed nami kilkudziesięciometrowa ściana o nachyleniu około 45 stopni. Pokonujemy ją wzajemnie się asekurując. Tak na prawdę to jedyna techniczna trudność przy zdobywaniu tej góry. Inne trudności sprowadzają się do wytrzymałości organizmu. Razem z wpiętym ze mną Koreańczykiem, w trakcie kolejnych godzin parokrotnie padamy z wykończenia na kolana, na ręce, czasem prawie prosto na twarz. Rozpoczyna się walka.

Od czasu do czasu krztuszę się, zaczyna pojawiać się silny ból żołądka i płuc. Czuję jakbym zaraz miał wypluć płuca razem z krwią. Brakuje mi oddechu, a przemieszczamy się w tempie zaledwie 1-2 km/h. Prawie nigdy mi się to nie zdarza, ale tym razem jestem śmiertelnie wykończony. Stopniowo tracę nadzieję i myślę, żeby zrezygnować.

Na niedomiar złego, dopada mnie rozwolnienie, a na wysokości ponad 5700 metrów to bardzo skomplikowany i czasochłonny problem, wliczając w to zdejmowanie uprzęży, rozpinanie zatrzasków i zamków na mrozie. Kontynuujemy.

Cały czas czas zastanawiam się, co ja tutaj robię. Jestem gdzieś w środku Ameryki Południowej, a jest przenikliwie zimno. Przy minus piętnastu poniżej zera legają gruzem wszystkie stereotypy o wyłącznie gorącym klimacie tego kontynentu. Moje ręce są przemarznięte, na granicy pierwszego i drugiego stopnia odmrożenia. A moje super grube skarpetki z lamy ledwo dają radę. Nie mogę zapiąć kurtki pod samą szyję, bo zamarzł zamek, a wszystkie ubrania zesztywniały od mrozu łapiącego każą wilgoć wydzielaną przez organizm.

Walka cały czas trwa, co kilka minut robimy krótką przerwę, z reguły ma to miejsce, gdy ktoś z naszej dwójki upada ze zmęczenia. Daję z siebie wszystko, lecz moje oczy mimowolnie wypełniają się łzami. To łzy wykończenia, utraconej nadziei i bezsilności wobec słabości organizmu i bezlitosnych, nienegocjowalnych praw przyrody. W głowie pojawia mi się myśl, “wrócę do domu i nigdy na podobną wyprawę się nie wybiorę”, nieustannie sobie to powtarzam.

Świta. Ukazuje się wierzchołek góry. Tym razem to Joseph przechodzi kryzys i całkowicie traci nadzieję, która wraca dopiero, gdy osiągamy magiczne 6000 metrów. Moje ciężko pracujące serce, które dzielnie pompuje spragnioną tlenu krew, zaczyna bić jeszcze szybciej. Pojawia się nadzieja, a z nią euforia i nieznana mi dotychczas, zapasowa energia.

To ostatnie kilkadziesiąt metrów w pionie do szczytu. Już wiem, że muszę się tam dostać. To moja misja i powołanie. Każdy kolejny krok stawiam z trudem zbliżonym do wejścia na kilkumetrową drabinę. Pokonujemy odcinek wąskiej grani ze skalnym urwiskiem po lewej stronie i około kilometrową przepaścią po prawej.

Widok i sytuacja nie pozwalają się w pełni odprężyć, ale szczyt jest już na wyciągnięcie ręki, zaledwie 150 może 200 metrów dalej.

Ktoś powiedział, że droga do nieba prowadzi przez sam środek piekła. Nie wierzę, w to co się dzieje. To ten moment i zupełnie metafizyczny poziom doznań. Zegarek wskazuje parę minut po godzinie siódmej rano czasu lokalnego. Właśnie zdobyliśmy szczyt Huayna Potosi. Cały świat, wszystko inne gdzieś pozostały w oddali. Stoję na wysokości 6088 metrów. Euforia i satysfakcja ze zwyciężonej walki jest niewyobrażalna. W moich oczach po raz kolejny pojawiają się łzy. Tym razem są to łzy szczęścia.

Zrozumiałem magię wysokich gór. To pierwsze, jednorazowe i zaledwie kilkudniowe doświadczenie zupełnie zmieniło moje nastawienie – już w połowie drogi powrotnej usłyszałem szept podświadomości, “Huayna Potosi to nie koniec, a dopiero początek twoich kolejnych górskich przygód.”

Dodam, że nie jestem wariatem pobijania i odhaczania kolejnych rekordów, ale pewna refleksja nasuwa się sama: jak to dobrze, że w Europie używamy systemu metrycznego! Wysokość 6088 metrów brzmi znacznie lepiej niż 26 stóp poniżej magicznej liczby 20,000 stóp.

styczeń 2012

huayna potosi

Droga Śmierci

Najniebezpieczniejsza droga świata

Camino de la Muerte (“Droga Śmierci”) to cieszący się złą sławą górski szlak handlowo-transportowy w rejonie Yungas prowadzący z La Paz (stolicy Boliwii) do miejscowości Coroico. Ten liczący 61 kilometrów odcinek na początku wznosi się do przełęczy La Cumbre na wysokość około 4650 metrów, a kończy się zjazdem do poziomu zaledwie 1200 metrów.Większość trasy stanowi wąski trakt poprowadzony w górskim terenie, nierzadko nad przepaściami. To droga niebezpieczna, ale zachwycająca różnorodnym, zmieniającym się krajobrazem. Surowy klimat boliwijskich wyżyn Altiplano stopniowo przeistacza się w coraz bardziej gęsty, duszny i ociekający parą las tropikalny.

Każdego roku w wypadkach na Drodze Śmierci ginie przynajmniej kilkadziesiąt osób. Największa katastrofa miała miejsce 24 lipca 1983, kiedy to przeładowany autobus stracił panowanie na zakręcie i wpadł w kilkusetmetrową przepaść. Zginęło ponad 100 pasażerów i kierowca. Nikt nie przeżył. To najgorszy wypadek drogowy w historii Boliwii. W 1994 roku w przepaść spadło 26 samochodów – przeciętnie jeden na dwa tygodnie. Ostatnie kilka lat, już po wybudowaniu alternatywnej, objazdowej drogi, wciąż wiele osób korzysta z tradycyjnej przeprawy. Z tego względu, obecnie głównymi ofiarami Drogi Śmierci są lokalni hodowcy liści koki, żołnierze, mieszkańcy okolicznych wiosek i… spragnieni adrenaliny, pechowi rowerzyści. Sumarycznie w ciągu ostatnich kilku lat zginęło ich aż 30, w tym 3 boliwijskich przewodników. Podobnie jak w wielu innych dziedzinach życia, często to nie brak umiejętności, lecz brawurowa przesądzają o nieszczęściu.

Określenie “najniebezpieczniejsza droga świata” już jakiś czas temu obiło mi się o uszy. Temat ten zaczął pojawiać się zdecydowanie częściej w zachodniej Boliwii. Po kilku inspirujących rozmowach, słynna Camino de la Muerte znalazła się na liście moich priorytetowych celów podróży. Przed zjazdem obiecuję sobie, że będę bardzo ostrożny. Jednak w momencie gdy zasiadam na moim Iron Horse Maverick z hydraulicznymi hamulcami już wiem, że ciężko będzie się powstrzymać od prędkości. Nasza grupa składa się z kilkunastu osób i już w pierwszych kilometrach zjazdu pojawia się kilka osób ze skłonnościami do szybkiej jazdy. Też jestem wśród nich (zdążyłem już zapomnieć o moim ciążącym plecaku z dużym aparatem). Prędkość, adrenalina, skoki i ostre zakręty przeważają nad czystym rozsądkiem. To niesamowite wrażenia, droga ma w wielu odcinkach zaledwie 3.2 metra szerokości, a przepaście dochodzą do 600 metrów, niektóre z pionową ścianą. Zero barierek, zabezpieczeń i ostrzeżeń. Tu nie obowiązuje ruch prawostronny. Jadąc z góry trzeba zawsze trzymać się zewnętrznej (niebezpiecznej) strony jezdni. Pełna koncentracja i zaufanie są esencjonalne.

Zmieniający się wraz ze spadkiem wysokości krajobraz jest dodatkowo urozmaicany zmieniającą się pogodą w ciągu tych kilku godzin. Słońce, deszcz, mgła, chmury, słońce, i tak w kółko. Mijamy kilka charakterystycznych punktów, przejazdy w głębokich kałużach, wodospad San Juan, także słynny najniebezpieczniejszy zakręt i pełne grozy przepaście. Zaraz zaraz… “pełne grozy”, czy po prostu ciekawe pod względem widokowym? Chyba to drugie. Robimy przerwy, zdjęcia i cały czas kierujemy się w dół.

Czy ta droga na prawdę jest niebezpieczna? Statystyki mówią, że tak – a to chyba wystarczający argument. Jednak dla rowerzysty posiadającego odrobinę doświadczenia terenowego to raczej dobra rozrywka – sam wielokrotnie jeździłem rowerem w terenie wymagającymi znacznie większych umiejętności, a dla porządnie wprawionych rowerzystów to pewnie błahostka.

Ryzyko pojawia się, gdy na moment przed skrętem zapatrzymy się w bezkres zielonej doliny, a z naprzeciwka pojawi się ciężarówka-niespodzianka. Hamulce w wypożyczanym rowerze, używane codziennie przez setki różnych turystów, jak przypuszczam, są niecodziennie serwisowane. Przed ostrym zakrętem warto, aby były sprawne. Również niewinne żarty i wygłupy z osobą jadącą obok mogą sprawić, że jeden z was zaliczy spadek swobodny w przepaść.

Podsumowując, polecam – a konkretniej, zgłoś się do agencji El Solario w La Paz, która wszystko załatwi za około 35€. Przeżyłem i dostałem nawet pamiątkową koszulkę.

Wczesnym popołudniem dojeżdżamy do miejscowości Yolosa (1200m). Tu czeka nas relaks i obiecaną przez organizatora “wyżerka do syta”. Opuszczamy resztę grupy i razem z Priscilla, z którą aktualnie podróżuję, jedziemy do miejscowości Coroico. Okazuje się, że to przyjemne miasteczko, a skoro już tu jesteśmy, postanawiamy zostać na noc. Wieczorną porą zasiadamy na głównym placu, aby pogadać z ludźmi, napić się zimnego piwa i popatrzyć na grupę wesołych Argentynek grających na bębenkach i w pełen improwizacji sposób wymachujących długimi wstążkami. W rozmowach pojawia się refleksja przygody dzisiejszego dnia, a w moich myślach uaktywnia się kolejny proces. “Postaram się jednak jak najszybciej powrócić na wysokość około 4000 metrów, aby nie tracić aklimatyzacji. To marzenie, zdobycia Huayna Potosi, mojego pierwszego sześciotysięcznika.”

styczeń 2012

death road

Z plecakiem przez południowe Peru

Laguna de Huacachina

Wysokościomierz wariuje jak sejsmograf podczas trzęsienia ziemi. Po raz kolejny coś rozsadza mi bębenki w uszach, a moja w połowie pusta butelka z wodą samoczynnie się zgniata. Całonocna podróż przenosi mnie z wysokości ponad trzech kilometrów bezpośrednio nad poziom morza. Błądząc po południowym Peru poznaję przypadkowych ludzi, jak zawsze wesołe dzieciaki, rzeźników i sprzedawców kawy oddanych swojej pracy; zatrzymują mnie miasta i miasteczka, bezkresne pustynie, ukryte oazy i ruiny pradawnych cywilizacji. Odwiedzam magiczne Cusco i najwyżej położone na świecie żeglowne jezioro Titicaca.

Trujillo

Caballitos de totora

O poranku bez większego problemu odnajduję targowisko. Urzekają mnie gęste, pełne miąższu soki owocowe domowej produkcji. To prawie stuprocentowy, treściwy przecier z papai, jabłek, ananasów lub innych owoców do wyboru.

Pora na odrobinę historii. Odwiedzam piramidy Huaca Arco Iris i ruiny Chan Chan, największego miasta w Ameryce Południowej z epoki prekolumbijskiej. Rzeźby ścienne, wykonane w prostej cegle z gliny, piasku, wody i organicznej substancji wiążącej, przedstawiają przyrodę i różne formy życia morskiego. Niewątpliwie bliskość oceanu była inspiracją ówczesnych artystów.

Chan Chan zajmuje obszar w przybliżeniu 20 km2. Kompleks został wybudowany przez cywilizację Chimu panującą tutaj w latach 900-1470 AD. Częściowo wykorzystano ruiny cywilizacji Moche, która zajmowała tutejsze tereny w latach 100 -800 n.e. Miasto przetrwało wiele wieków, aż do podboju przez Inków około 1470 roku. Szacuje się, że w mieście Chan Chan mieszkało 30,000 mieszkańców. W tym okresie, dopiero powstawała potęga imperium Inków.

Haunchaco

Położona tuż przy Trujillo plaża Haunchaco to świetny surfspot z długimi, regularnymi falami. Warto wspomnieć, że w tej części Peru woda jest jeszcze ciepła, ale przemieszczając się nieco na południe trafimy na niespodziankę zgotowaną przez lodowaty prąd Humboldt.

Miejsce to słynie z tradycyjnych łodzi rybackich używanych w tym rejonie już od ponad 3000 lat. Caballitos de totora przypominają łodzio-tratwy wykonane z trzciny. Dosłownie tłumacząc, ‘koniki z trzciny‘ zawdzięczają nazwę temu, że rybacy zasiadali na nich okrakiem, z nogami częściowo zanurzonymi w wodzie, wykorzystując wnętrze do składania ryb.

Ten pomysłowy, używany do dziś wynalazek to jedna z pierwszych łodzi dająca możliwość pokonywania fal.

Laguna de Huacachina

Uformowana przez wiatr wydma piaskowa

Wykonuję zwinny manewr i udaje mi się zaspokoić brak apetytu na duże miasta. Omijam Limę, stolicę Peru. Dojeżdżam do miejscowości Ica. Pierwsza konfrontacja z ulicznym sprzedawcą winogron sprawia, że na specjalnym dealu gromadzę potężny zapas oferowanych owoców w cenie niecałe pół dolara za kilogram. I przez kolejne dni zjadam niespotykane ilości winogron.

Laguna de Huacachina to niewielka oaza fantastycznie ulokowana pomiędzy gigantycznymi wydmami piaskowymi. Wspinam się i podziwiam widok na oazę, a także na wyrzeźbione przez wiatr wydmy. Pustynia jest fantastyczna, z tego też względu decyduję się spędzić noc na najwyższej wydmie, zachowując cały ten widok tylko dla siebie.

O zmroku, już przy świetle skradającego się zza przeciwległej góry księżyca wchodzę na szczyt. Podejście z moim wyładowanym plecakiem jest trudniejsze niż przypuszczałem. Piasek staje się coraz bardziej sypki, a idąc po grzbiecie robi się coraz bardziej grząsko. Zdejmuję buty i nieustannie zapadając się po kostki, zdobywam szczyt.

Moim oczom ukazuje się oświetlona Laguna de Huacachina i bezkres pustyni. Odnajduję małe zagłębienie w piasku, robię zaporę z plecaka i piaskochron z karimaty, rozkładam swój śpiwór na usłanym przez wiatr piaskowym łóżku. Sceneria cichnie, na niebie pojawiają się gwiazdy. Niekiedy silniejsze podmuchy wiatru sypią piaskiem i przywołują myśl, że chyba powinienem rozbić namiot, ale jednak gołe niebo i gwiazdy zwyciężają. Podczas zamieci chowam się w śpiworze, a gdy tylko wiatr cichnie, rozkoszuję się atmosferą pustyni i piaskowych wydm.

Budzę się o 5:30 w połowie zasypany piaskiem. Piasek jest we włosach, w butach, w plecaku, w moim doskonale zabezpieczonym aparacie, wszędzie. Na niebie wzdłuż horyzontu pojawia się ciepła, różowa łuna wschodzącego słońca. Oaza stopniowo budzi się do życia, zwijam sprzęt i schodzę na dół.

Tym razem pora na sandboarding. Wypożyczam deskę i kilka razy wspinam się na okoliczne wydmy (bez bagażu jest zdecydowanie łatwiej). Ze znanych mi sportów technika jest bardzo zbliżona do snowboardu, ale zdecydowanie goręcej, znacznie wolniej, chociaż podstawowe skoki i rotacje da się szybko opanować. Około godziny 9 piasek jest niespotykanie gorący, parzy, a chwilę później wspinaczka z deską na szczyt przypomina chodzenie po rozżażonych węgielkach.

Nazca

Droga prowadzi na południe

Gigantyczny amerykański samochód z maską wielkości stołu bilardowego zawozi mnie w stronę Nazca. Zatrzymuję się przy punkcie widokowym, aby zobaczyć rzekomo słynne “linie”. Nasca Lines to kształtne wzory o różnej wielkości (od kilkunastu do kilkuset metrów) powstałe w niewyjaśniony sposób, niewątpliwie z wykorzystaniem znajomości geometrii. Tworzono je przez usunięcie twardej, kamienistej powłoki na idealnie płaskim gruncie, odsłaniając drobny jasny piasek dający kontrast.

Nieznane jest również zamierzenie twórców, więc przeróżne teorie próbujące dopasować się do rzeczywistości zdobywają sympatyków i oponentów. Zadaję sobie jednak pytanie, co nadzwyczajnego jest w liniach wcale nie przypominających jaszczurki, drzewa lub żaby. Aby stworzyć własne linie, wystarczy duży kątomierz, linijka i odpowiednia ilość rąk do pracy.

Miejscowość Nazca za sprawą swojej beztroskiej, śpiącej atmosfery wydaje się całkowicie wymarła w ciągu dnia. Sytuacja zmienia się wieczorem, pojawiają się sprzedawcy, otwierają stoiska, niektórzy przygotowują torty, ktoś smaży kurczaki, a ktoś inny świńskie uszy. Ludzie spotykają się w parku, a podczas gdy ich dzieci razem grają w klasy, rodzice mogą trochę poplotkować.

Nie udaje mi się odnaleźć sprzedawcy emoliente, ale trafiam na człowieka oferującego podobny gorący napój o rzekomych właściwościach leczniczych. Oferowany w szklanym kubku napój nosi zachęcającą nazwę uña de gata, czyli “pazur kocicy”. Z ciekawości, a także niepisanego reporterskiego obowiązku z reguły zawsze próbuję wszystkich przypadkowych wynalazków. Tym razem również.

Wchodzę do jugeria, sklepu, w którym przyrządzane są świeże soki. Obolały właściciel, sympatyczna, lekko otyła postać w okolicach 50-tki, jedną ręką wyciera pot z czoła, a drugą, siedząc na krześle przy stosie ananasów i pomarańczy przykłada okład do opuchłego policzka. “Dziś nie przygotowuję soków, bo ugryzła mnie osa”. To ospałe miasteczko ma urok, coś czego brak pełnym stresu centrom handlowym, gdzie taka sytuacja, jak przypuszczam, nie mogłaby mieć miejsca.

Po 15 godzinach jazdy autobusem z poziomu morza wznoszę się na wysokość 3300 metrów. Osypujące się kamienie na drodze wymuszają niekiedy konieczność jazdy poboczem. Górzysty krajobraz przeplatany niebezpiecznymi osuwiskami przypomina o trwającej porze deszczowej.

Miasto Imperium

Kamienne fundamenty to pozostałości po imperium Inków

Hiszpańscy kolonizatorzy natrafiwszy na Cusco zobaczyli coś zupełnie piękniejszego niż wszystko co dotychczas było znane w Nowym Świecie. Jak na kolonizatorów przystało, Hiszpanie nie zmarnowali ani minuty na doszczętne zrabowanie drogocenności, złota i niepowtarzalnych historycznych dekoracji w mieście. Dzisiejsze Cusco może więc nie ma tej świetności, ale bynajmniej stoi na solidnych fundamentach stworzonych przez Inków. Warto dodać, że Cusco to najdłużej nieustannie zamieszkiwane miasto w całej Ameryce Południowej.

Cusco przechodziło wiele zmian pod wpływem burzliwej historii na przestrzeni wieków, jednak kilka elementów pozostało w formie nienaruszonej. Dopieszczone zabytkowe centrum  wprawia w zachwyt, kamienne uliczki, arkady, kamienice i zabytki jeden przy drugim. Co ciekawsze, mimo absolutnie gigantycznego, niespotykanego nigdzie indziej natłoku turystów, miasto jest względnie przyjemne. Przeważa biała architektura, czerwone dachówki i wąskie kamienne uliczki. Punkt centralny stanowi Plaza de Armas, skąd Calle Mantas prowadzi do kolejnego placu Plaza San Francisco, a idąc dalej trafimy na pełen kolorów i tętniący życiem rynek główny.

Mieszkam na wzgórzu, skąd prowadzą liczne wąskie przejścia, brukowane ścieżki i zabytkowe schody, po których biegam jak Rocky Balboa, z tą różnicą, że na szczycie, uwzględniając wysokość 3500 metrów i brak aklimatyzacji zdecydowanie ciężej jest oddychać, niż w Filadelfii.

Odwiedzam nie tylko centrum, zaglądam w miejsca, gdzie mieszkają i pracują ludzie. Większość handlu odbywa się na ulicy. W zależności od stopnia rozkręcenia biznesu, będzie to małe przenośne stoisko, prowizoryczny zadaszony stragan lub skromny, ale praktyczny lokal, często zajmowany przez rzemieślników oferujących najzwyklejsze, proste usługi, tak jak szewc czy krawiec. Bezdomni, chorzy, żebracy i ludzi przeszukujących sterty śmieci także próbują sił, aby się tutaj odnaleźć. Morał z tego taki, że nawet w Cuzco nie wszystko jest obsypane złotem i redystrybucja pieniędzy zostawianych przez kilka milionów turystów rocznie trafia nie na talerze potrzebujących i głodnych, lecz kilku już dawno przejedzonych grubasów. Powszechny problem cywilizacji naszych czasów.

Jezioro Titicaca

Dzieci na pływającej wyspie Uros

Kolejne zmiany wysokości. Na jednej z otwartych przestrzeni autobus ledwie i ostatkiem sił wznosi się na 4338 metrów. Na szczęście potem już tylko z górki. Puno to miasto położone na wysokości 3870 metrów, na pierwszy rzut oka wygląda jak przemysłowy moloch, jednak punkt centrlny Plaza de Armas, tętniący życiem deptak, zieleń i bliskość jeziora odkrywają przyjemną atmosferę miasta.

Nad jeziorem Titicaca wsiadamy na łódkę, aby odwiedzić Islas Flotantes (pływające wyspy) zamieszkiwane przez ludność Uros, niegdyś wysiedloną z nabrzeża na środek jeziora przez agresywnych Inków. Dziś co prawda nie ma to za wiele wspólnego z ich tradycyjnym życiem, bo “mieszkańcy” Islas Flotantes tak na prawdę mieszkają na lądzie, a odwiedzają wyspy, aby pokazać turystom nie jak teraz, lecz jak kiedyś wyglądało ich życie. Mimo wszystko to ciekawe i dające do myślenia miejsce. Trzcinowa konstrukcja i seria rozwiązań umożliwiających dogodne życie wprawiają w zdumienie.

Grunt wyspy stanowi kilkudziesięciocentymetrowa baza-korzeń, która następnie przysypywana jest trzciną. Trzcina ma tutaj wszechstronne zastosowanie, jest podstawowym materiałem, z którego wykonuje się strzechy, łódki i część przedmiotów codziennego użytku. Główne pożywienie ówczesnej ludności Uros to ryby. Najczęściej spotykaną rybą w Titicaca jest trucha (pstrąg). Jezioro i pływające wyspy dostarczają także produkty zbożowe i kukurydzę, ale już w mniejszym stopniu owoce czy warzywa.

Przeprawiamy się łodzią przez trzciny z krajobrazem tworzonym przez skaliste pagórki i kłębiaste chmury na głęboko niebieskim niebie, które odbijają się na zielono-turkusowej nienaruszonej tafli jeziora. W tym momencie warto wspomnieć, że usytuowane na wysokości 3909 metrów jezioro Titicaca jest najwyżej położonym żeglownym jeziorem świata, a wspomniane pagórki to tak na prawdę cztero- i pięciotysięczniki!

styczeń 2012

south

Uliczny sprzedawca emoliente

Na ulicy ktoś energicznym ruchem ręki wybiera miąższ rośliny przypominającej aloes. Zwinnym ruchem ręki dodaje kilka tajemniczych ekstraktów z ułożonych w rzędzie butelek. Zaczerpuje kubkiem wywar ziołowy z gorącego kociołka, a następnie rozdrabnia łyżką zmieszaną zawartość. Pozostaje nadać napojowi pożądaną konsystencję poprzez wielokrotne przelewanie zawartości z jednego kubka do drugiego, w jak najbardziej spektakularny i pokazowy sposób. Z uśmiechem na twarzy przekazuje mi szklankę wypełnioną lekko brązowa cieczą o gęstej konsystencji. W praktyce jest to napój zupełnie oryginalny. To właśnie emoliente.

Każde małe peruwiańskie miasteczko ma swojego ulicznego sprzedawcę emoliente. Lokalni patroni dobrze wiedzą, gdzie i w jakich godzinach go znaleźć. Z reguły są to okolice rynku, głównego placu lub uczęszczanej ulicy. Emoliente ma właściwości rozgrzewające, z tego względu najczęściej sprzedawane jest o wczesnym poranku lub wieczorem.

Istnieje wiele odmian emoliente. Głównym składnikiem jest specjalny wywar, opracowany według własnej receptury, z częstym dodatkiem ziół i owoców, jak na przykład jabłka czy ananasa. Składnikiem czyniącym ten napój wyjątkowym to roślina sabila, dzięki której uzyskujemy gęstą konsystencję. Niekiedy sabila jest przygotowywana na miejscu, innym razem stosuje się ekstrakt. Butelki wypełnione esencją w różnych wariantach przygotowywane są na bazie ziół, liści i korzeni i to one decydują o końcowym smaku emoliente.

Ceny wahają się między pół sola a jeden sol (czyli około 0.60-1.20 zł) . Zamawiając emoliente za każdym razem staram się poznać sprzedawcę, a większość z nich ma wieloletnie doświadczenie w tym fachu. Nie jest to dochodowy biznes, ale raczej zajęcie wymagające pasji, zaangażowania i systematyczności. Przykładowy sprzedawca emoliente zarabia dziennie około 30 soli (przygotowując 60 sztuk).

Dodam też, że w miejscowościach turystycznych, emoliente przygotowywane jest w zdecydowanie mniej spektakularny sposób, aby poczuć na prawdę wyjątkową jakość tej usługi, polecam wybrać się w przypadkowe zakątki Peru. Tam z pewnością już wczesnym wieczorem pojawi się prawdziwy specjalista, a rozłożywszy swój kram z uśmiechem będzie wyczekiwał pierwszych klientów, aby w mistrzowski sposób zaserwować szklankę ciepłego emoliente.

Dodam, że każda kolejna zamawiana porcja jest zupełnie inna, ale przez to wyjątkowa i niepowtarzalna.

emoliente

Świnka morska na obiad

Przysmaki kuchni peruwiańskiej

Poszukuję tradycyjnej peruwiańskiej kuchni w miejscowości Chachapoyas w prowincji Amazonas. Mniejszym lub większym przypadkiem trafiam do restauracji Sabores del Peru. Przesympatyczna właścicielka restauracji seńora Violeta, zaprasza mnie i podróżującego ze mną Camille do swojej kuchni. Przyglądamy się, jak wygląda proces przygotowywania świnki morskiej. O ile osobom wrażliwym raczej odradzam, tym niemniej entuzjastów egzotycznych podróży kulinarnych zapraszam do dalszej części artykułu. Dziś jako danie główne szefowa kuchni poleca “Cuy borracho en salsa de nogal”, czyli w wolnym tłumaczeniu “Pijana świnka morska w sosie z orzechów włoskich”.

Zdaniem pani Violety kluczowe jest, aby świnka została zabita w bezstresowych warunkach. Mięso zyskuje wówczas na smaku. Jednym, zdecydowanym ciosem ręki w okolicę szyi należy znokautować świnkę, a dopiero potem użyć noża.

Podobnie jak w przypadku drobiu, sierść usuwamy rękoma mocząc świnkę we wrzącej wodzie. Przypalamy lekko skórę na palniku, wypruwamy wnętrzności i przygotowujemy do smażenia: posypujemy solą, naturalnymi ziołami, dodajemy soję i ocet.

Pierwszy etap to lekkie podsmażenie ze szklanką lokalnego bimbru aguardiente, stąd nazwa “borracho”, czyli “pijany”. Na tym etapie świnka powinna odczekać przynajmniej dwie godziny.

W międzyczasie degustujemy likier na bazie aguardiente i świeżych jeżyn zmiksowanych razem z odrobiną mleka.

Szefowa kuchni proponuje dwie wersje świnki morskiej. Cuy Borracho, którą smażymy w mące kukurydzianej, a także Chicharrones de Cuy, czyli wersja panierowana, do której używamy panierki z jajka i chunio, czyli harina de yuca (mąki z manioku).

Gotowa świnka morska ląduje na talerzu wraz z guardiciňn, czyli dodatkami. W tym wypadku są to plasterki ziemniaczane papas sancochadas lub smażone ziemniaki papas fritas, a także zestaw surówek, salsa de nagal (sos z orzechów włoskich) i kilka innych sosów do wyboru. Buen provecho!

Po naszej uczcie zaprzyjaźniamy się z właścicielką.

Umawiamy się, aby następnego dnia pojawić się ponownie, tym razem nie tylko w roli gości, ale i kucharzy.

Przygotowujemy peruwiańską wersję francuskiego dania ratatulle. Zasiadamy wspólnie przy stole razem z szefową i jej rodziną, a przyrządzone danie w ramach poczęstunku otrzymują również wszyscy goście w restauracji.

Z ciekawości pytam córkę szefowej, czy często w ich kuchni zdarzają goście-kucharze. Odpowiedź jest zaskakująca, “Niecały rok temu była tutaj ekipa National Geographic z kamerami i całym ekwipunkiem – ale oni tylko obserwowali jak my gotujemy, więc wy jesteście pierwsi”.

Na zakończenie warto podkreślić, że Peruwiańczycy każdego roku zjadają około 65 milionów świnek morskich.

cuy

W głębi peruwiańskiej puszczy

 

W głębi peruwiańskiej puszczy

Mieszkanka wioski Tingo

Tłumy szaleją, pojawiają się fajerwerki (ale bardziej skromne, niż w innych częściach świata), a muzyka dobiega z kilkunastu różnych źródeł. Rozpoczyna się odliczanie: diez, nueve, ocho, …tres, dos, uno! Nowy rok zawitał do peruwiańskiej miejscowości Mancora. Zrzucamy ubrania i wbiegamy do ciepłego Pacyfiku, aby wśród wzburzonych fal z perspektywy wody podziwiać świętujący tłum turystów z Peru i innych części świata.

Tak na prawdę, Mancora to centrum komercji i niskiej jakości usług turystycznych nastawionych na szybki zysk. To gigantyczne oblężenie wygląda zupełnie, jakby dokładnie każdy chciał spędzić Nowy Rok właśnie tutaj. Ceny pokoi są czterokrotnie zawyżone, na szczęście z ratunkiem pojawia się namiot. Poza tym, ze względu na ilość ludzi brakuje wody w całym mieście, a czasami ledwie kropiąca woda w kranie jest słonawa.

Oczywiście można tutaj się dobrze bawić, spotkać ciekawych ludzi, a poza plażą z falami, doszukując się kolejnych pozytywów, w wielu miejscach serwuje się ceviche.

Ceviche to niewątpliwie jedna z nadmorskich specjalności kulinarnych. Istnieje tyle odmian, ile rodzajów owoców morza – ceviche de camaron (z krewetkami), ceviche de molusco (z małżami), ceviche de pulpo (z ośmiornicą), z surowymi rybami i inne, podawane w świetny sposób, razem z czerwoną cebulką nasączoną sokiem z limonki, warzywami i chrupiącą kukurydzą canchita, która przypomina dmuchany pop-corn w łusce.

Być może w innej porze roku można odnieść lepsze wrażenie, ale obecnie Mancora nie ma w sobie zbyt wiele z prawdziwego Peru. Zdesperowani próżnością tego miejsca opuszczamy je w nadziei odnalezienia tego, czego szukamy.

Na tropie Peru

Mancora

Wobec braku autobusów w połączeniu z kosmicznymi cenami noworocznych taksówek postanawiamy przejść się z plecakami poza granice miasta. Po półtorej godziny zatrzymuje się ciężarówka z drewnianą, w pełni zabudowaną naczepą. Opierając się o ścianę pustego wnętrza widzę tylko niebieskie niebo i wielka dziurę w podłodze z widokiem na kręcący się wał napędowy. Z kilkoma przesiadkami dojeżdżamy do Chiclayo, gdzie w trójkę, wraz z przypadkowym Peruwiańczykiem odnajdujemy hospedaje na noc.

Na śniadanie jemy rosół z kukurydzą i sporym kawałkiem mięsa, który po dalszej analizie okazuje się być świńskim nosem! Danie główne to cabrito, mięso z młodej kozy zapiekane w zielonym sosie warzywnym z białą fasolą, ryżem i ostrą zieloną przyprawą. Do picia dostajemy cebada, czarny sok na bazie jęczmienia z dodatkiem cukru, wanilii i limonki.

Chachapoyas

Plaza Mayor, Chachapoyas

Chachapoyas to przyjazne miasteczko w prowincji Amazonas położone na wysokości około 2200 metrów, gdzieś w głębi peruwiańskiej puszczy. Ze względu na górzysty teren, Chachapoyas jest znacznie odizolowane od pozostałych części Peru. A sprzyja to poznawaniu ludzi i doświadczeniu w wyjątkowy sposób miejscowej kultury.

Los Troncos to bar, sklep i lokalny producent alkoholi, likierów i win na bazie aguardiente. Zaprzyjaźniamy się z właścicielem, jego bratem i kuzynem Edwinem. Próbujemy różnych odmian wzmacnianych win: mora (z jeżyn), sauco (z czarnego bzu), uvo (z winogron), a także mlecznego likieru na bazie kawy i kokosa.

Odwiedzamy halę produkcyjną na strychu budynku. To zadziwiające, że w warunkach zbliżonych do domowych możliwe jest pomieszczenie zakładu produkcyjnego, sali sterylizacyjnej, dwóch tysiąclitrowych zbiorników z mlekiem i aguradiente, kilkunastu fermentorów i beczek z syropami. Jest także oddzielne pomieszczenie na butelkowanie i etykietowanie. Dzienna produkcja Los Troncos to w przybliżeniu 120-150 butelek, ale powolna atmosfera panująca w barze na parterze nie sprawia wrażenia, aby sprzedaż była tak znaczna.

W rzeczywistości jest to klimatyczne miejsce, więc w prawie każdy kolejny wieczór spędzany w Chachapoyas zahaczamy o Los Troncos, aby wypróbować nowych smaków i porozmawiać z przyjaznymi ludźmi.

Amazonas

Młoda Peruwianka, prowincja Amazonas

Odwiedzamy kanion Huancas. Czarny ptak o rozłożystych skrzydłach fantastycznie szybuje na niebie i jedynie balansując sylwetką podąża w wybranym przez siebie kierunku. Mimo znacznych rozmiarów, nie jest to jednak kondor, których populacja w tym rejonie została wyeliminowana. ze względu na częste ataki kondorów na młode cielaki.

W dolinie kanionu płynie rzeka, a rozległy płaskowyż na szczycie porośnięty jest jaskrawozieloną trawą. Przebijające się przez odległe chmury deszczowe słońce tworzy olbrzymią tęczę na niekiedy niebieskim niebie.

Przemierzamy najprawdziwsze peruwiańskie bezdroża. Odległości pomiędzy okolicznymi miasteczkami są kolosalne, a drogi niewiarygodnie kręte, zalane, pełne dziur, niekiedy błotniste.

W takich warunkach mieszkańcy tej prowincji normalnie funkcjonują . Uprawia się tutaj wiele odmian kukurydzy, juki, fasoli i ziemniaków. To podstawowe składniki lokalnej diety. Na drodze spotykam ludzi obładowanych tobołami, oblepionych błotem poganiaczy koni i osłów, ale moją największą uwagę zdobywa staruszka, prawdopodobnie 75 letnia Peruwianka, która przygarbiona, obładowana ciężkim pakunkiem chrustu na plecach z dwiema torbami juki w rękach wspina się pod górę niekończącego się stromego błotnistego podjazdu. I przychodzi mi na myśl, że tą lub podobną czynność wykonywała codziennie przez ostatnie 70 lat swojego życia.

Odwiedzamy małe miasteczko Lamud. To licząca 7000 mieszkańców stolica prowincji Luya-Lamud. Stąd kierujemy się w stronę Pueblo de los Muertos, starożytnej, pochodzącej z około 700 roku n.e. wioski kultury pre-Inków. Pokonujemy niebezpieczne przejścia, aby dotrzeć do miejsc obrządków religijnych i przechowywania sarkofagów. W tych położonych nad przepaścią, wyodrębnionych glinianą ścianą kwaterach znajdują się ścienne inskrypcje, a także kości (prawdopodobnie ludzkie) i tradycyjne narzędzia, jak na przykład wielki kamień z moździerzem do mielenia kukurydzy.

Wzbiera silna ulewa, a zbliżając się do Karajia, droga staje się grząskim i śliskim błotem. Karajia to starożytne sarkofagi, które w niewytłumaczony sposób znalazły się na stromej ścianie kanionu. Zadziwiająco trwała jest też farba do malowideł, którą pozyskiwano z owadów żywiących się barwnymi sokami owoców podobnych do granadia. Wyraźny kolor przetrwał kilkanaście wieków w nienaruszonym stanie.

Kolejnym obrazkiem z deszczowej pory jest młode peruwiańskie rodzeństwo, sześcioletni brat idzie z młodszą siostrą pod jedną kurtką, razem grząską polną trasą, a przemoczona, ubrudzona w błocie, ale uśmiechnięta dziewczynka na nasz widok powtarza z radością buenas tardes, buenas tardes!

Dojeżdżamy do Valle de Huaylla Belen, zielonej doliny, przez którą płynie rzeka w niespotykanie regularnych, naturalnych serpentynach. Tworzy to żywą, surrealnie baśniową scenerię.

Kuelap

Potężne mury cytadeli Kuelap

W małej miejscowości Tingo z łatwością odnajdujemy hospedaje. Podchodzi do nas śmiała dziewczyna z czapeczką z daszkiem założoną tył na przód, która na pierwszy rzut oka wygląda, jak sprzedawca wycieczek na Kuelap. W rzeczywistości to Ana, nieziszczalnie odważna Kolumbijka. Szybko się zaprzyjaźniamy i zupełnie spontanicznie, nasz wspólny obiad przeistacza się w kameralną, ale szaloną imprezę wraz z właścicielami hospedaje.

O poranku rozpoczynamy podejście do Kuelap. Początkowo przyjmujemy ultraintensywne, na progu morderczego tempo. To w efekcie wspinaczka z poziomu około 1800 metrów na ponad 3000 metrów n.p.m. Z czasem pojawiają się objawy zmęczenia. Wspinaczka do wioski Kuelap zajmuje nam około 3 godziny. Ana jest nie do pokonania. Na szczycie padam z wykończenia i w tym momencie rozpoczyna się ulewa.

Zwiedzamy fortecę, jej wysokie mury i zabudowania mieszkalne, gdzie mieścili się osadnicy cywilizacji pre-Inków. Pochodzenie cytadeli datowane jest na okres 900 – 1100 AD. Podczas deszczu mury nabierają szklistych refleksów, a różnorodna wegetacja i drzewa charakterystyczne tylko dla regionu Amazonas w Peru tworzą mistyczną, tajemniczą otoczkę wokół nieznanej nam cywilizacji. Niektórzy twierdzą, że Kuelap robi zdecydowanie większe wrażenie niż Machu Picchu.

Zatrzymujemy się u przypadkowej rodziny na mocną kawę z cukrem, aby odbudować siły na powrót. Dwie dziewczynki, córki gospodarza, każdego dnia potrzebują godzinę na dojście i półtorej godziny na powrót ze szkoły. To się nazywa budowanie formy, na pewno lepszy wariant, niż wysiadywanie tego samego czasu w londyńskim czy nowojorskim metrze!

Powstaje totalne, czyste, 100% błoto doskonałe. Jest absolutnie ślisko, całkowicie przemoczeni, w błocie ponad kostki, szukając skrótów odnajdujemy jeszcze trudniejszy wariant trasy. Końcówkę drogi powrotnej tuż nad urwiskiem, a następnie wzdłuż rzeki przemierzamy po ciemku, widząc tylko świetliki w znikomym blasku przebijającego się przez grube chmury księżyca.

O stopniu mojego zabrudzenia świadczą dwa fakty. Po pierwsze, wszystko jest całkowicie mokre, w błocie – po około dwudziestokrotnym moczeniu i wyciskaniu moich butów i skarpetek woda jest cały czas brązowa, więc odpuszczam sobie dalsze płukanie. Po drugie, usuwając błoto z tylnich kieszeni moich spodni natrafiam na martwą ćmę wielkości pudełka od zapałek.

Szukając drogi powrotnej

Yerbabuena

Trudno się wydostać z Tingo w kierunku na południe. Ostatecznie dobry człowiek, lokalny inżynier pracujący na okolicznych budowach, podwozi mnie swoim pick-upem do Yerbabuena. To maleńka wioska położona pomiędzy potężnymi szczytami gór w górze rzeki, której prąd jest tutaj znacznie silniejszy.

Leymebamba to kolejne małe miasteczko z placem w centrum, wokół którego skupia się spokojne życie mieszkańców. Tradycyjne zajęcie kobiet to haftowanie. Dowiaduję się, że niekiedy kilka tygodni albo nawet miesięcy trwa produkcja pojedynczych ozdobnych serwetek.

Ze względu na trudny teren konie są popularnym środkiem transportu. W drodze na punkt widokowy poznaję mężczyznę, który od 40 lat trudni się produkcją uprzęży dla koni i zaopatruje w ten sposób mieszkańców wiosek położonych wzdłuż doliny i na zboczach gór.

Poranny autobus zabiera mnie w dalszą część podróży. Asystent kierowcy rozdaje woreczki na wymioty oraz watę nasączoną nieznaną mi substancją. Spora część pasażerów ma problemy z aklimatyzacją i trudami wyboistej podróży.

To cena za siedmiogodzinną przeprawę przemieszczając się po krętych drogach, pokonując doliny, przemierzając rzeki, aby znów wznieść się na wysokość ponad 4000 metrów. Widoki są kapitalne, a piękno dziewiczego krajobrazu naruszają jedynie pustelnicze chatki i wąska szutrowa droga, miejscami wydrążona w litej skale, ale niekiedy tuż przy osuwiskach i śladach lawin błotnych schodzących w przepaść bez dna.

Przypomina mi to trochę pełną adrenaliny dwudziestogodzinną przeprawę do Doliny Kaszmiru w Indiach, ale de facto, status najniebezpieczniejszej drogi świata należy do pewnej przełęczy w zachodniej Boliwii. Ale nie ma obaw, tam też się wybieram i zamierzam podzielić się wrażeniami.

styczeń 2012

north

Zapiski z Ekwadoru

Widok na Guayaquil z latarni w dzielnicy Las Peńas

Przemierzając Ekwador odwiedzam kilka ciekawych miejsc. Guayaquil to prężne i nowoczesne miasto, które mimo swych rozmiarów (dworzec autobusowy mógłby konkurować z wieloma międzynarodowymi lotniskami w Europie), potrafi urzec kilkoma ciekawymi zakątkami. Jednym z takich miejsc jest Parque Seminario, pełen iguan

park tuż przy bazylice miejskiej.

Niektóre z iguan wyglądają groźnie, ale w rzeczywistości to łagodne i przyzwyczajone do obecności człowieka gigantyczne jaszczurki. Zastanawiam się, jak to możliwe, że wszystkie iguany przebywają w obrębie parku. Rozmowa z dozorcą uświadamia mi, że wiele z nich przypadkowo ucieka i ginie pod kołami samochodów w centrum miasta.

Ponad czterysta ponumerowanych schodków prowadzi do kolorowych domków dzielnicy Las Peńas. To fantastyczne odrestaurowane miejsce tworzące hybrydę kolonialnej świetności z nutką alternatywnej, murowanej, nieplastikowej nowoczesności. Dochodząc na szczyt pozostaje jeszcze wspiąć się na latarnię morską, aby ujrzeć panoramę całego miasta wraz z położoną tuż poniżej kapliczką. Ciepłe światło tuż przed zachodem słońca doskonale podkreśla żywe, pełne kolorów części miasta.

Bańos de Agua Santa

Przygotowywanie melcocha, Bańos

Wsiadając w autobus do Bańos de Agua Santa nieświadomie trafiam do jednej z najczęściej odwiedzanych miejscowości w środkowym Ekwadorze. Miasteczko jest malowniczo położone pomiędzy szczytami wysokich gór i tuż przy aktywnym wulkanie Tungurahua, jednak hordy turystów przyciągają tutaj gorące źródła, Piscina de la Virgen.

Nie jest to zupełnie to czego oczekiwałem, ale kąpiel w gorącej (39 stopni) wodzie, a potem zimny prysznic i kąpiel w jeszcze chłodniejszym basenie to ciekawa kombinacja. O ile basen z wodą pośrednio ciepłą (około 35 stopni) wypełniają hordy ludzi, to już zdecydowanie mniej osób wchodzi do gorętszego basenu, a praktycznie nie ma nikogo w najchłodniejszym.

Odnoszę wrażenie, że połowa mieszkańców Bańos trudni się sprzedażą trzciny cukrowej i melcocha, produktu z trzciny cukrowej. Melcocha to rodzaj niezwykle słodkiej krówki lub kamelu o ciągnącej konsystencji. Melcocha sprzedawana jest w różnych wersjach smakowych. Kolejną ciekawostką jest to, że w każdym sklepie znajduje się osoba specjalnie przeznaczona do przygotowywania i spektakularnego, ciągłego przerzucania, rozciągania i kręcenia melchoca. Inną ciekawostką jest fakt, że w Bańos jest zdecydowanie więcej sklepów, niż osób sprawiających wrażenie zainteresowania tymi produktami.

Podziwiamy nocną panoramę miasta jadąc na punkt widokowy imprezową chivą, czymś w rodzaju ciężarówki częściowo wykonanej z drewna przystosowanej do przewozu ludzi. To nie imitacja, jest rura do tańczenia, głośna muzyka i kolorowe światła! W takich sytuacjach, nikt nie ma nic przeciwko, gdy razem z Camille wspinamy się, aby zasiąść na dachu tego pędzącego przez ciemną noc wynalazku.

Dolar amerykański

W Ekwadorze oficjalną walutą jest dolar amerykański. O ile banknoty są autentycznie amerykańskie, to znaczna większość monet, w tym niespotykana w USA 50 centówka pochodzi z ekwadorskiej mennicy. Nieustannie natrafiam na problemy z wydaniem pieniędzy. Wyjmując z bankomatu $100 otrzymuję 5 banknotów $20 i już wiem, że spotka mnie pięciokrotny problem. A pojedynczy banknot $100 nie jest lekko rozmienić nawet w banku. Wygląda na to, że w Ekwadorze nie ma wystarczająco dużo dolarów!

Ekwadorska kawa

Kawa w Ekwadorze podawana jest jako gorąca woda wraz ze słoikiem Nescafe. Kawa z mlekiem to gorące mleko z łyżką i tym samym słoikiem. Zrób to sam. A gdzie się podziała prawdziwa ekwadorska kawa? Tym razem zamawiając kolejną filiżankę pojawia się kolejna absurdalna niespodzianka. La esencia to zaparzony wywar z tego, co zostało w słoiku Nescafe, gdy kilkadziesiąt poprzednich osób zostawiło osad mokrą łyżką. Jak twierdzi sprzedawczyni na targowisku, to właśnie esencia jest najlepsza. Ekwadorczyków trzeba zdecydowanie nauczyć picia kawy!

Włoska pizza

Ambato to raczej miasteczko przesiadkowe, ale warto tu się na chwilę zatrzymać. W centrum można zobaczyć zadbane i zabytkowe budynki quintas. Kontemplując dalsze działania w Parque Cevallos, wpadamy na pomysł, aby dla odmiany zjeść pizzę.

Zupełnym przypadkiem przecznicę obok odnajdujemy prawdziwą, 100% włoską pizzerię, prowadzoną przez równie prawdziwego stuprocentowego Włocha. Właściciel mieszka tu od roku. Nie jest szczególnym fanem Ambato, ale stąd pochodzi jego żona. Jak twierdzi Quito jest zdecydowanie ciekawszym i bardziej otwartym miastem. Ale do rzeczy. Wszystkie składniki pizzy są importowane z Włoch, największa pizza w menu to metro, a my decydujemy się na połowę, czyli medio-metro.

Po pewnym czasie na naszym stole pojawia się coś gigantycznego. Pizza jest rewelacyjna, ale cztery osoby to za mało, aby ją zjeść. Po pół godzinie myślę, że zaraz pęknę. W praktyce nic nie jem przez kolejne 24 godziny. Tuż przed wyjściem pytam właściciela, ile średnio osób potrzeba, aby zjeść taką pizzę.

Ekwadorczycy nie jedzą dużo. Z reguły medio-metro wystarcza dla 8-10 osób

W tym momencie pomyślałem, że niezłe z nas łakomczuchy. Jednak właściciel kontynuuje,

Ale my, we Włoszech, zjadamy medio-metro bez problemu w trójkę“.

Na zakończenie pijemy kieliszek grappa, mocnego, oryginalnego alkoholu z włoskich winogron. I zbliża się czas, aby wsiąść w kolejny autobus na południe.

grudzień 2011

Ecuador

Surfing w Ekwadorze

Montańita

Rozległe odludne obszary, pustka i pustynia. To właśnie wybrzeże Ekwadoru. Poznaję rybaków i obserwuję jak wygląda codzienność w miejscowości rybackiej Manta. W przypadkowym barze spędzam popołudnie próbując dogadać się z grupką pijanych Ekwadorczyków, a nie jest to łatwe. Trafiam na spokojną plażę Santa Marianita kawałek poza miastem, ale tak na prawdę najlepsze dopiero się zbliża. Mała turystyczna wioska Montańita to na pierwszy rzut oka spokojniejsza odmiana laotańskiej miejscowości Vang Vieng, światowej stolicy rozpusty.

Montańita

Mój plan odnośnie miejscowości Montańita to nauka surfingu, non stop, do wyczerpania sił i energii. I oczywiście dobra zabawa. Luisa, wesoła dziewczyna z Kolumbii, z którą podróżuję ostatnie parę dni ma w planie się spotkać tutaj z koleżanką. Razem odnajdujemy “Todo Bien”, wyluzowany bar na plaży z wypożyczalnią desek surfingowych.

W Montańicie z łatwością można odnaleźć dwa surfspoty. Rozległa plaża ze spokojnym beach-break’iem i około metrowymi falami to idealne warunki dla początkujących. Oczywiście zdarzają się dni z silniejszym swellem. Około kilometr na północ od wioski znajduje się spot point-break’owy z nieco większymi falami. Ze względu na niebezpieczne podwodne skały to miejsce jest przeznaczone wyłącznie dla doświadczonych surferów.

W trakcie kolejnych dni surfuję na różnych deskach, zaczynam od długich 9′ longboardów, poprzez dwa funboardy 8′ i 7’6”, aby ostatecznie zaprzyjaźnić się z klasyczną drewnianą i idealnie wyprofilowana deską 7’8”. Ta deska zapewnia świetną stabilność i nośność, jest wystarczająco szybka, a mimo dużych rozmiarów i znacznej wyporności, także stosunkowo łatwa w kontroli.

Ikar nad Pacyfikiem

Montańita to fantastyczne miejsce, ciężko tutaj na coś narzekać. Może jest za głośno, ale to my robimy najwięcej hałasu. Niekiedy wieczorami na ulicach pojawiają się hordy insektów wielkości ćmy lub dużego karalucha, potrafią latać, chodzić, skakać i często ukazują się w najmniej oczekiwanych momentach, wchodzą do zakamarków w plecaku, do torby i do kieszeni. Ale do tego też można się przyzwyczaić.

Jak w każdej innej turystycznej miejscowości, ceny w Montańicie są również zawyżone. Szukając można jednak łatwo odnaleźć ciekawe miejscowe smakołyki w uczciwych cenach. Przykładowo, zupa cebulowa encebollado con patacones to rarytas podawany z rybą, kurczakiem, ostrymi przyprawami, limonkami i prażonymi platanami.

Dziesiątki artystów na ulicy, bębny, gitary, tłumy ludzi, podróżnicy, hipisi, koncerty, żonglerka i pokazy magików. Wszystko rozgrywa się na obszarze kilku ulic, w samym centrum wioski. Spragnieni zabawy turyści tańczą na głównej promenadzie wzdłuż której znajduje się kilkadziesiąt stoisk przygotowujących bajecznie tanie, niespotykanie dobre i wedle życzenia mocne drinki z wszystkich popularnych i lokalnych alkoholi oraz z wykorzystaniem świeżych tropikalnych owoców. Istnieją dziesiątki drinków do wyboru, ale można wymyślić coś oryginalnego według własnych upodobań, na przykład kawałki kokosa, ananas, skondensowane mleko, banan, rum i wódka zmiksowane razem z lodem.

Balansując pomiędzy dniem a nocą tracę rachubę czasu, ale dostrzegalnym punktem staje się Wigilia w międzynarodowym gronie (dwie Portugalki, Luisa i jej koleżanka Adriana, Amerykanka, dwójka Kolumbijczyków oraz Ekwadorczyk, Chilijczyk i Francuz, którzy przyłączają się kolejnego dnia). W tym roku zamiast karpia, dla odmiany będą to świetne owoce morza prosto z Pacyfiku!

grudzień 2011

surfing