Burundi zwane sercem Afryki


Kobieta z plemienia Hutu

Malownicza rzeka płynie wzdłuż doliny wytyczając naturalną granicę z Rwandą. Od wybuchu wojny domowej i cały czas po jej zakończeniu Burundi ma opinie kraju bardzo niebezpiecznego. Jeszcze rok temu stolica Bużumbura stanowiła jedyny obszar kontrolowany przez państwo, resztą kraju rządzili rebelianci i ugrupowania paramilitarne. Dziś rebelianci zostali rozbrojeni i wcieleni do wojska. Co to oznacza? Optymistycznie myśląc, oznacza to zmianę ku lepszemu.

Nim dojedziemy do pierwszych przygranicznych wiosek mijamy liczne plantację kawy i herbaty. Pojawia się pierwszy przemysł, o ile tak można nazwać polowe wytwórnie cegieł i dachówek. W tej branży ma podziału na wiek czy płeć. Małe dziewczynki, podobnie jak mężczyźni noszą na głowach stosy dachówek.

Burundi to kraj skromnie żyjących ludzi. W napotykanych wioskach zaciekawione gromadki dzieciaków ze wszystkich sił dotrzymują tempa naszym rowerom i biegnąc za nami wykrzykują umuzungu, umuzungu! (w języku kirundi, biały człowiek).

Ceny są dość przystępne, ku mojemu zaskoczeniu za jednego dolara dostaję 20 paczek orzeszków. Zatrzymujemy się w przydrożnym barze hotelowym w miejscowości Kayanza. Gaśnie światło, czyli jak to w Afryce, w kilka minut po zmierzchu robi się zupełnie ciemno. Po zamówieniu kilku piw dogadujemy się z szefem hotelu, że możemy rozbić namiot wewnątrz obszernej sali konferencyjnej.


Przerwa na primusa, Bujumbura

Afrykańczycy bywają leniwi, ale zawsze wstają przed szóstą. Nawet tylko po to, aby mieć więcej czasu na nicnierobienie.

Większość obowiązków spada tutaj na kobiety. Rodzą dzieci, które przez pierwsze kilka lat noszą w kolorowych szatach na plecach. I od samego rana chwytają motyki, aby ciężko pracować w polu. Jak nadarzy się wolna chwila wykonują ręczne pranie i sprzątają wokół chaty. Wieczorną porą kobiety przygotowują strawę dla całej rodziny, a od szóstej rano rozpoczyna się kolejny, jak każdy inny dzień.

Mężczyźni w ciągu dnia leżą pod lepianką, aby pewnym momencie, zakładając, że wszystko jest już zrobione, zebrać się stałą paczką w pijalni piwa bananowego. Specyfiką tego trunku, poza niską ceną, cierpkim smakiem i mętną konsystencją jest jego proces produkcji. Ów proces polega na przeżuwaniu liści bananowca przez stare kobiety, aby przyśpieszyć fermentację.

Mężczyźni nie są aż tak leniwi. Często pracują w branży transportowej. Zadziwia mnie ich spokój i zaangażowanie z jakim taszczą pod górę rower obładowany skrzynkami piwa, workami cebuli, fasoli czy manioku. Niekiedy pojedynczy transport rozkłada się na kilka dni, ale dobrą stroną jest brak stresujących zobowiązań i wymaganej terminowości.

Mozolne podjazdy zajmują każdego dnia wiele godzin. Zjazdy przebiegają znacznie szybciej. Rowerzyści z ładunkiem kilku worków na bagażniku bez jakichkolwiek zahamowań mkną, niekiedy bez trzymanki i z dodatkowym pasażerem. Potrafią się jeszcze odwrócić, wychylić za bagaż, uśmiechnąć i pozdrowić drugą ręką.

Powoli, ale skutecznie dogania nas ledwie dysząca przeciążona ciężarówka z trudem wspinająca się na kolejne wzgórze. Kierowcy wołają chłopaka z piwem, aby ich dogonił i dał dwie butelki primusa na wymianę. Nie ma problemu.

Kawa od zaplecza


Suszenie owoców burundyjskiej kawy

Wymykam się na boczną, mniej uczęszczaną wiejską uliczkę. Prażące słońce w zenicie sprzyja suszeniu rozłożonych na macie owoców kawy. Produkcja kawy to pracochłonny proces. Na początku obejmuje uprawę i zbiory owoców, które w smaku nie mają nic wspólnego z kawą, jaką znamy. Skorupki oddzielają się od ziaren w wyniki suszenia na słońcu.

Otrzymane w ten sposób ziarna mają blady, biały kolor. Spędzą jeszcze trochę czasu na słońcu. A dopiero podczas wypalania (w tradycyjny sposób na palenisku) nabiorą brązowego koloru i aromatycznego zapachu. W tej postaci są mielone, aby chwilę potem znaleźć się w świeżo zaparzonej filiżance.

Burundyjczycy uzyskują absurdalnie niskie ceny ze sprzedaży kawy, która następnie jest sprzedawana na półkach sklepowych z kilkudziesięciokrotną przebitką. Dwudziestolatek, z którym rozmawiam wspomina: urodziłem się w Burundi, kraju kawy i herbaty, ale jeszcze nigdy żadnej z nich nie próbowałem. Kawa i herbata w całości przeznaczane są na eksport, więc nie sposób na prowincji znaleźć kawiarnie, w której można napić się espresso.

Sierżant bezpieczeństwa

Nocujemy u burundyjskiej rodziny w miejscowości Kibogoye. Po oficjalnym zaproszeniu do środka, na izbie pojawia się „sierżant bezpieczeństwa”, jak się przedstawia chef security officer. To przypominające farsę spotkanie trwa bez końca. Kontrola paszportów, dziwne wpisy, druczki, pytania i dygresje. Rozmowa o bieżących sprawach i problemach wioski.

Pytamy, czy słudzy prawa noszą przy sobie karabiny – sierżant odpowiada, „karabiny nie są już w modzie, używamy ich jedynie jako strzelb do zwierząt; obecnie panuje moda na pistolety”. Po kolejnych dwóch godzinach słyszymy „czujcie się tutaj bezpiecznie, możecie zostać na noc„. Na koniec szef tłumaczy się tymi formalnościami „jesteście pierwszymi turystami w naszej wiosce i w trakcie piętnastu lat mojej kariery„.


Transport i handel przydrożny

Zostajemy zaproszeni do stołu. Pojawia się ryż i potrawa fasolowo-warzywna z przypieczonymi papryczkami pili-pili. Śpimy na podłodze, pozorny brak komarów sprawia, że odpuszczamy sobie rozkładanie moskitier. W nocy po podłodze przez jakiś czas biega mysz, ale i ona usypia.

Bujumbura

O świcie rozpoczynamy kolejny dzień pedałowania. Zawsze pod górkę, już się przyzwyczaiłem. Łapanie się ciężarówki to podłapana od localesów i sprawdzona technika na podjazd. Mijamy kilka wiosek, zatłoczoną studnię i kobiety sprzedające awokado oraz ananasy. Osiągamy szczyt płaskowyżu. Rozpoczyna się bajeczny zjazd prosto nad jezioro Tanganika. Osiągam niebotyczną prędkość, wyprzedzam ludzi, auta i ciężarówki. Dościgają mnie są już tylko klasycznie przeładowani rowerzyści nie wyznający limitów prędkości.

Roślinność liściasto-iglasta wyparta zostaje przez palmy. Unosi się orzeźwiający powiew drugiego największego jeziora afrykańskiego. Dojeżdżamy do Bużumbury, stolicy Burundi.

Pierwsza czynność to próba przedłużenia wizy. Nieskutecznie. Jak się okazuje, potrwa to jeszcze kilka dni.

Mamy więc dużo czasu na poznanie stolicy. Władze państwowe w trosce o zdrowie obywateli wyznaczają jedną godzinę w tygodniu przymusowego uprawiania sportu. Z tego względu tereny rekreacyjne miasta wypełniają tysiące osób biegających i grających w piłkę nożną.

Bierzemy po primusie i przysiadamy się na pogawędkę do Somalijczyka Abdula. Plaża miejska to dość burzliwe miejsce. Nieopodal grupka bezdomnych dzieci gra w piłkę. Nie mają nic do roboty, nie chodzą do szkoły, palą papierosy i proszą nas o piwo. To małe dzieci, a tylko kilkoro ma więcej niż piętnaście lat, więc od nas dostają jedynie orzeszki.

W pewnym momencie dochodzi do małej sprzeczki, która przeistacza się w niekontrolowaną bójkę na pięści, rzucanie kamieniami i sypanie piaskiem po oczach. Zasięg się zwiększa i stopniowo znajdujemy się bezpośrednio w polu rażenia, powolnym więc krokiem się usuwamy.

„Doctor Livingstone, I presume?”


Gromadka dzieci nad jeziorem Tanganyika

O poranku odbieramy przedłużoną wizę burundyjską, ale przed nami kolejne schody, czyli wyrobienie wizy kongijskiej. Z tego względu nasz pobyt w stolicy wydłuża się o kolejne kilka dni. Formalności.

Wieczorem znajdujemy czystą plażę, gdzie w bezpiecznej odległości od hipopotamów możemy zażyć kąpieli w ciepłej wodzie Tanganiki.

Innego dnia odwiedzamy miejsce legendarnego spotkania Stanley’a i Livingstone’a. W miejscu tym umieszczono kamień pamiątkowy z wyrytą datą 10 listopada 1871. To tutaj padły zupełnie ponadczasowe słowa „Doctor Livingstone, I presume?”.

W pamięć zapada mi widok wyschniętego koryta rzeki, rozległej sawanny poprzeplatanej palmami, bujnej, jaskrawo zielonej roślinności na tle bezkresnych wód Tanganiki. Subtelna, ale gęsta mgła sprawia, że sceneria wygląda jak z raju. Z łatwością wyobrażam sobie, jak wyglądało to legendarne spotkanie dwóch znanych całemu światu podróżników i odkrywców.

Wizy już są. Jedziemy w stronę Demokratycznej Republiki Kongo. Po drodze przyglądamy się rodzinie hipopotamów brodzących w rzece Ruzizi, dopływowi Tanganiki z jeziora Kivu. Na drugim brzegu rzeki pasie się stado krów watussi o charakterystycznych masywnych rogach.

Pojawiają się przygraniczni ciułacze, sprzedawcy owoców oraz mącznych, twardych, ale za wciąż zjadliwych i energetycznych pączków. Po szybszej niż się spodziewamy trzydziestominutowej odprawie celnej opuszczamy Burundi.

Gęste trawy na mokradłach przedzielone wąskim pasmem drogi to wymarzone siedlisko much tse-tse, a także główny trakt łączący Bujumburę z położoną na zachód Uvirą, we wschodniej części kongijskiej prowincji Sud Kivu.

Cytując Josepha Conrada, przed nami Jądro Ciemności.

czerwiec 2010

burundi