Bezstroska Andaluzja


Czasem droga przemienia się w rzekę

Andaluzja uchodzi za najbiedniejszą i najmniej zagospodarowaną część Hiszpanii. Spójrzmy na to z innej strony. To najbardziej nasłoneczniona część Hiszpanii, a czas płynie zdecydowanie wolniej w porównaniu do innych części półwyspu Iberyjskiego. Przygodę rozpoczynamy wjeżdżamy na teren rezerwatu Cabo de Gata. Tutejszy krajobraz to dzika półpustynia przeplatana drobnymi wioskami. Przy dojeździe na południowo-wschodni przylądek Hiszpanii pojawia się niespodzianka. Z powodu wczorajszej ulewy droga staje się nieprzejezdna. Mały, okresowy strumyk płynący pod drogą przeistacza się w porywistą rzekę, która zalewa drogę.


Wybrzeże Cabo de Gata

Trzeba to nietypowe zjawisko przeczekać. O poranku ruszamy w stronę Las Negras. To mała miejscowość, w której poza domkami rdzennych mieszkańców sporą część zabudowań stanowią wystawne rezydencje emerytowanych imigrantów. Wyruszamy na szlak pieszy.

Pojawia się malownicza zatoka, ruiny arabskich zabudowań i piękne skaliste wybrzeże. Wąska ścieżka przy spadzistym wybrzeżu nad Morza Śródziemnego prowadzi w opustoszałe miejsca. Spędzamy kilka godzin spacerując po zakątkach Cabo de Gata, aby późnym popołudniem ruszyć na poszukiwanie dalszych przygód.

Tarifa


Tarifa, Mekka wind- i kitesurferów

Położony na Costa de la Luz przylądek Punta Tarifa to najdalej wysunięty na południe kontynentalny punkt Europy. Widać stąd położone zaledwie trzynaście kilometrów na południe wybrzeże Afryki. Zasiadamy w plażowym surf barze. Kolorowy stół, drewniana konstrukcja, piasek, leniwie zarzucone płachty przeciwsłoneczne i chilloutowa atmosfera sprawiają, że czas się zatrzymuje.

Wjeżdżamy do Tarify, a tu tłok, sklepy, tłumy, parkowanie, ulice jednokierunkowe, czyli tradycyjne perypetie poruszania się po mieście. Szybko stąd uciekamy. Lekko na zachód, tuż za plażą Valdavaqueros, znajdujemy dziki spot, na którym się zatrzymujemy. To spory teren, tuż przy piaszczystej plaży, mały wycinek rezerwatu przyrody, z tego względu niezabudowany. Spotykamy tutaj wielu współczesnych nomadów. Brak prądu, brak bieżącej wody, brak czegokolwiek, ale miejsce to ma swój wielki urok. Jest ocean i dobre towarzystwo. I tak mija nam tydzień.

Gorące źródła


Baños Árabes, naturalne wody termalne

Odwożę Matiego i Martę na lotnisko do Malagi, a wraz z Isabelle, znajomą Belgijką, wybieram się na północ. Po drodze odwiedzamy słynne Alhama de Granada. Baños Árabes to naturalnie występujące kąpieliska i wody termalne, które zostały odkryte przez Arabów już w XIII wieku. Położone na wysokości 850 m n.p.m., niegdyś synagoga i kompleks łaźniowy, dziś przeistoczone zostały w luksusowy hotel i centrum odnowy biologicznej wykorzystujące lecznicze właściwości wód.

Dzięki uprzejmości pracowniczki hotelu w trakcie sjesty oglądamy zabytkowe łaźnie (wciąż w eksploatacji) i naturalne jacuzzi. Tuż przy tym komercyjnym obiekcie znajduje się ogólnodostępne naturalne źródło, które zalewa kilka odgrodzonych kamieniami zbiorników wodą o temperaturze 40 stopni.

Po kilku godzinach w wodzie udaje się nam przeczekać ostatniego staruszka w białych portkach blokującego dostęp do pierwszego zbiornika tuż przy źródle. Moja skóra wygląda już jak skóra zwiotczałego 95-latka.

Granada


Ogrody La Alhambra

Granada to bez wątpienia najgorsze miasto w kategorii łatwości przemieszczania się autem. Do tradycyjnych problemów dochodzą tutaj liczne remonty, ulice jednokierunkowe, reorganizacje ruchu, dziesiątki skrzyżowań, setki aut i tysiące pieszych. Ktoś kto przetrwał jazdę autem po Granadzie przetrwa wszystko.

Po ciężkich trudach parkujemy auto na Calle de Gran Capitan. Spacerujemy do późnej nocy po parkach i placach. Towarzyszy nam gwarne życie nocne, ale także spokojne rozmowy na Plaza de Trinidad. Odwiedzamy nocny market arabski i giniemy w wąskich alejkach. Podziwiam poupychane stoiska oferujące sheshe, kolorowe tkaniny, świeżo wyprawione skóry i przeróżne pamiątki.

Od rana Isabelle mnie namawia, aby zwiedzić La Alhambrę. Podchodzę sceptycznie do rozreklamowanych turystycznych atrakcji, ale przekonuje mnie jej ostatni argument – „It’s something you need to see once in your life„. Zatem chodźmy. Staram się nie zniechęcić przez horrendalnie drogi parking, kolejki przy zakupie biletu i kolejki w oczekiwaniu na wejście.


Niezwykle bogactwo i precyzja dekoracji

Alhambra to, najprościej mówiąc, olbrzymi kompleks pałacowy pochodzenia arabskiego. W około znajdują się zadbane ogrody wysadzane egzotycznymi, kolorowymi kwiatami. Starannie przycięte żywopłoty zacieniają wąskie przejścia pomiędzy skwerami. Wszystko jest ożywiane przez liczne fontanny artystycznie wpasowane w scenerię.

Spacerujemy więc po ogrodach Jardines de Secano i Jardines del Portal. Odwiedzamy Palacio del Generalife. Torre de la Vela to wspaniały punkt widokowy na starą część miasta. Niestety, ale na wstęp do Palacios Nazaríes musimy czekać całe pięć godzin! (gdybym tylko wiedział, że tak się sprawy potoczą). Cokolwiek by tam nie było, trudno, aby okazało się warte tego czasu i podwójnej opłaty za wstęp.

Teren ścisłej ochrony obejmuje ręcznie rzeźbione fasady. Wnętrza komnat są wyrzeźbione od podłogi, aż po sam sufit kilkanaście metrów wyżej. Zachwycająca ornamentyka arabska to umiejętne połączenie styli i poszczególnych elementów architektonicznych. Wszystkie fontanny, ogrody, patia, schody, wrota, wieże, korytarze, chodniki i ściany tworzą tutaj jedną harmonijną całość.


Albaicin, stara zabytkowa dzielnica Grenady

Alhambra to jedna z z najlepiej zachowanych kolebek minionych cywilizacji. A obecnie jeden z najbardziej wartościowych obiektów dziedzictwa ludzkości. Po drugiej stronie doliny dostrzegamy punkt widokowy Mirador de San Nicolás. Czeka tam na nas znajomy Andrea, bo jak się okazuje, jesteśmy już spóźnieni.

To tylko trzysta metrów w linii prostej. ‚Jak dobrze pójdzie, będziemy tam za kwadrans’ – pomyślałem. Nic bardziej mylnego. Ulice są zapchane, bezodpływowe, a niektóre wymagają dodatkowej autoryzacji na przejazd. Jak ta, w którą właśnie wjeżdżam. Na przeszkodzie stoi podwójny znak STOP, czerwone światła, budka z mikrofonem i głośnikiem, tablica ostrzegawcza, wielki garb spowalniający, wzmacniany szlaban i jakby tego było mało – z ziemi wyłaniają się dwa grube półmetrowe pachołki. Tędy jednak nie da rady, trzeba się poddać, tylu zabezpieczeń nie przejdziemy. Po wielu staraniach przyjeżdżamy ponad godzinę spóźnieni.

Oświetlona Alhambra i cała Granada przy blasku księżyca wyglądają fantastycznie. Mirador de San Nicolás to popularne miejsce wieczornych spotkań. Resztę wieczoru wypełniają głośne hiszpańskojęzyczne rozmowy z dostrzegalnym andaluzyjskim akcentem. Pijemy tutejsze piwo Alhambra z widokiem na samą La Alhambrę. To kolejny magiczny wieczór.

Sevilla


Nocna sesja na longboardzie. Avenida de San Fernando, Sevilla

Dojeżdżam na Avenida Portugal tuż przy Plaza de España. W samą porę, bo na przeciwko w parku Prado de San Sebastian odbywa się Fiesta de los Naciones. To impreza promująca sztukę, wyroby i kuchnię lokalną z wielu zakątków świata. Tym niemniej, w większości są to kraje latynoamerykańskie.

W ramach uczty na spróbowanie czekają meksykańskie tacos, ceviche de pescado po peruwiańsku, brazylijskie szaszłyki churrasquinho, kolumbijskie i wenezuelskie wypieki arepas de chicharron, dominikańskie kuleczki z mięsem albóndigas, oraz bardziej lokalnie: smażona ośmiornica, jako przysmak Galicji, włoska pizza i żabie udka – jak słusznie można przypuszczać, francuskie. Atmosferę podgrzewają gorące kubańskie rytmy.

Jest ciepły październikowy wieczór, dopiero lekko po północy temperatura schodzi poniżej 25º Celsjusza. Robię nocną rundę na longboardzie przez miasto. Sevilla to wspaniałe miejsce na tego typu rozrywki.


Narodowe potrawy dominikańskie na festiwalu Fiesta de los Naciones

Avenida de San Fernando to szeroka aleja o gładkiej powierzchni jakości marmuru. To miejsce do podziału dla pieszych, rowerzystów, tramwajów i takich jak ja – longboarderów. Świetne miejsce! Wieczorną porą dobrze oświetlone budynki pozwalają zachwycać się różnorodnością sewilskiej architektury. Przy Puerta de Jerez skręcam w Avenida de la Constitucion. Mijam muzeum i docieram na spot Plaza Nueva, tuż przy magistracie. Spędzam niezamponiane chwile pompowania, przemieszczania się i nabierania dużych prędkości na polerowanym marmurze. Sevilla dostaje ode mnie pięć longboardowych gwiazdek za jakość chodników.


Sewilla wieczorną porą

Kontynuuję ekskursję wzdłuż wybrzeża rzeki Guadalquivir. Pałętam się po mieście i penetruję wszystkie ulice na longboardzie.

Zostać tu jeszcze kilka dni, czy może gdzieś pojechać?” Około godziny pierwszej w nocy pojawia się w mojej głowie to pytanie. Po pięciu minutach odpalam auto i jadę do Portugalii.

październik 2009