4000 wysp na Mekongu

Wyspiarze wyruszają na połowy o świcie, Si Phan Don

Dzikie południowe peryferia Laos to przede wszystkim puste szutrowe drogi, mało zaludnione wioski i sięgające po horyzont pola ryżowe na potężnych rozlewiskach Mekongu. Si Phan Don to słynne 4000 wysp, jedna z głównych atrakcji dla odwiedzających południowy Laos. Na prawdę, to liczba wysp jest zmienna w zależności od poziomu rzeki Mekong, ale przyjęło się, że jest ich cztery tysiące. Odwiedzam popularną wyspę Don Det. Są tu zarówno urodzeni hipisi, a także zmęczone intensywnymi tygodniami ciągłego przemieszczania się postacie, które w końcu odnalazły miejsce na odrobinę relaksu. Po tygodniu podążania w odmiennych kierunkach spotykam się ponownie z Bess, która ostatnie kilka dni była w Tajlandii. Wynajdujemy świetny bungalow za $2.5. Nasze dwa hamaki z widokiem na rzekę Mekong to opcja w sam raz by nadrobić zaległości przy zimnym piwie Beerlao.

Obchodzimy wyspę dookoła i poznajemy ludzi zajmujących się codziennymi sprawami. Doprowadzanie bydła na pastwiska, zbieranie żywicy kauczukowej z pni drzew, praca na polach ryżowych lub zbieranie grzybów, ziół  i przypraw.

Astronomia w praktyce

Dziewczynka na wyspie Don Det

Obserwujemy fantastyczny zachód słońca na drugim brzegu, a po zmroku zasiadamy wygodnie na naszym ganku. Wykonuję zdjęcie nocne z kilkunastominutowym czasem naświetlania i z zaskoczeniem orientuję się, że gwiazda polarna jest w nieco innym miejscu niż się spodziewałem. Przypominam, że na zdjęciu sklepienia niebieskiego, Gwiazda Polarna, jako jedyna gwiazda przy długim czasie naświetlania przybiera formę punktu – nie przemieszcza się w przeciwieństwie do innych, krążących wokół niej gwiazd.

Weryfikuję obserwuję kompasem i rzeczywiście wszystko się zgadza. Wytłumaczenie jest proste. Okres po równonocy jesiennej sprawia, że na półkuli północnej wschód i zachód są bardziej do siebie zbliżone, ze względu na krótszą drogę słońca po widnokręgu.

Zza linii drzew wyłania się nieśmiało księżyc dający intensywnie pomarańczowe światło. Za parę dni będzie pełnia, ale póki co księżyc jest lekko nadgryziony od góry. Wykonuję jeszcze jedno zdjęcie z wydłużonym czasem naświetlania umieszczając Gwiazdę Polarną, uzupełniam notatki i idę spać.

Planując zobaczyć w tym miejscu wschód słońca miejscu budzę się o godzinie 5:30. Różowa poświata na horyzoncie stopniowo wypełnia coraz większą część nieba. Słońce pojawia się nad potężną rzeką Mekong o godzinie szóstej. Wypływają pierwsze łodzie, pojawiają się superaktywni wyspiarze. Piejące koguty też dają o sobie znać.

Biorę do ręki książkę, a gdy wstaje Bess wybieramy się na Don Kong, położoną obok nieco większą wyspę. To całodniowa przechadzka.

Laotańska dziewczynka bawi się z młodszym bratem, Si Phan Don

Oglądamy zabytkową lokomotywę, która niegdyś służyła za pośredni środek transportu rzecznego. Koleją dokonywano przerzutu towarów wzdłuż wyspy, aby ominąć silny prąd rzeki przy niebezpiecznych kataraktach. To jednocześnie jedyny odcinek trakcji w Laos, jeszcze z czasów panowania francuskiego.

Podziwiamy masywny wodospad kaskadowy. W tej okolicy rzeka osiąga rozpiętość dochodzącą do 16 kilometrów, a wodospad uformowany został na znacznym zwężeniu. Masa wody jest imponująca. W dolnym biegu Mekongu średni roczny przepływ wody wynosi 15 tysięcy m³/s, ale w środku pory deszczowej w sierpniu może wzrosnąć nawet dwukrotnie.

Poznajemy rybaka, który obiecuje, że następnego dnia o świcie zabierze nas z powrotem na ląd. Z łatwością znajdujemy sawngthaew. To niezwykle poręczny lokalny wynalazek, czyli lekko zadaszony i przedłużony pickup z dwoma ławkami zamontowanymi wzdłuż, aby zwiększyć ładowność – naturalnie kosztem bezpieczeństwa.

Dżungla

Dżungla w okolicy Kiet Ngong, Laos

Do miejscowości Kiet Ngong przy parku narodowym Se Pian dojeżdżamy środkiem transportu wzbudzającym moje największe zainteresowanie. To traktoro-wóz, wymyślny, maksymalnie nieskomplikowany pojazd wolnobieżny. Jego prostota wzbudza bezwarunkowy podziw. Dwa albo trzy paski klinowe, dwa biegi, luz i bieg wsteczny, do tego hamulec i kierownica podobna do tej w rowerze. Pomagam więc naszemu Laotańczykowi odpalić wóz na korbę i ruszamy.

Wchodzimy do dżungli. Jest grząsko, gęsto, ale nie duszno, a to dzięki porze suchej.
Towarzyszy nam przewodnik, który tłumaczy znaczenie roślin i przypraw napotykanych po drodze, wskazuje które to pożywienie, a które to lekarstwo. Poza tym, jedyny dodatkowy zwrot jaki zna po angielsku to ‚be careful’.

Przedzieramy się przez chaszcze. Od czasu do czasu spotykamy kameleony, małe węże, owady i pająki. Rozbijamy namiot nad skalistym brzegiem rzeki w środku buszu. Przewodnik i jego pomocnik, a nasz kucharz przygotowują prowizoryczne palenisko, które wystarcza, aby ugotować porządny obiad.

Szum wody z wodospadu i odgłosy lasu tropikalnego kładą nas do snu. Następnego dnia wyruszamy, a po drodze spotykamy dżdżownicę długości stopy, ślimaki długości węża, dziwne skorupiaki w kształcie grubej dżdżownicy, termity, tukany, a nawet małpy gdzieś na konarach drzew. I myślę, że dużo innych mieszkańców dżungli, ale to kwestia większej spostrzegawczości. Drążymy trakt przez wąskie chaszcze i ciasne przejścia. Kierujemy się właśnie tam, gdzie pozornie nie ma już żadnej ścieżki, aby ją ponownie wyznaczyć.

Z jednej strony, olbrzymie mrówki, szczątki zwierząt, pająki i węże, ale przewodnik przede wszystkim potrzebny jest w roli kompasu, który nas stąd wyprowadzi.

laos south