PolishEnglish
15
sie
2009
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 

British Columbia

Canada Place, widok z Lookout, Vancouver
Canada Place, Vancouver

Podróż do południowo-zachodniej Kanady. Prowincja British Columbia powszechnie uchodzi za jeden z najpiękniejszych zakątków naszego globu. A to za sprawą zgrabnej kompozycji dzikiej przyrody, łagodnego klimatu, oceanicznego wybrzeża, multum szlaków na górskie wędrówki i wymarzonych warunków do uprawiania sportów zimowych. Entuzjazmu poznawczego dodaje niska inwazyjność globalizacji i działania człowieka, które w dużym stopniu współgrają z bezbronną naturą. Najbliższe kilka tygodni dedykuję intensywnej penetracji zakątków BC. A w całej tej opowieści daniem głównym stanie się Vancouver, miasto uważane za najlepsze miejsce do życia na świecie. Czy tak jest na prawdę? Trzeba się przekonać na własnej skórze!

Vancouver

Pierwsze kroki w Kanadzie nie należą do najprzyjemniejszych - na dzień dobry spotyka mnie bardzo szczegółowa kontrola urzędnika imigracyjnego. Celnik najwyraźniej i to z dużym uporem próbuje dopatrzyć się własnej teorii spiskowej. Moje świeże pieczątki z krajów Ameryki Środkowej, jednodniowy postój w Los Angeles i wcześniejsza przesiadka w Miami budzą tysiące pytań i podejrzeń - skąd? gdzie? dlaczego? po co? ale jak to skąd? ale jak to gdzie? ale z jakiej okazji? I dokładne (ale bardzo to bardzo dokładne!) sprawdzenie całego mojego bagażu. W ten sposób mija pełna godzina. W końcu niezwykle upierdliwy Kanadyjczyk daje za wygraną i z uśmiechem na twarzy numer piętnaście na zawołanie, miłym tonem mówi: "Welcome to Canada, Sir"; kanadyjska gościnność - pomyślałem.

Serce mi bije z radości i cieszę się, że w końcu tu jestem. Już za chwilę spotkam się z kuzynem, którego nie widziałem lat naście, poznam także jego żonę Filipinkę i ich małą córkę o imieniu Kayla.

Vancouver to największe miasto prowincji British Columbia. Inne niż wszystkie. Piaszczysta plaża z falami, wysokie ośnieżone szczyty i nowoczesne, prężnie rozwijające się miasto. Wszystko w zasięgu pieszego dystansu leniwego Amerykanina.

Stanely Park

Indiańskie totemy w Stanley Park
Indiańskie totemy w Stanley Park

Początek mojej przygody z Van rozpoczynam od położonego na północy Stanley Park. Malownicza droga rowerowo-samochodowa oplata gęsto zalesione wnętrze parku. Idąc wokół parku w przeciwną stronę do wskazówek zegara pierwsze co dostrzegam to odbijająca się na spokojnym lustrze zlewiska rzeki panorama miasta.

W parku umieszczono kilkumetrowe totemy, relikt rdzennej ludności tych terenów. British Columbia to jedno z trzech głównych ognisk Indian w Ameryce Północnej. Brockton Point na skraju parku to punkt widokowy z latarnią morską. Niedaleko stąd możliwa jest przeprawa do North Vancouver, lokalnie North Van poprzez podwieszany most Lionsgate Bridge - most zawdzięcza swoją nazwę dwóm lwim posągom chroniącym wjazdu. Przede mną północne wybrzeże parku, tutaj rozpościera się widok na zatokę oceaniczną, odległe góry i gęste lasy liściaste zamieszkiwane przez hordy niedźwiedzi!

Czas na porcję nocnych impresji. Po zmroku wyruszamy na rowerach w miejsca odwiedzane za dnia. Odbicie panoramy miasta na niewzruszonej tafli wody doskonale replikuje dziesiątki efemerycznie oświetlonych, przeszklonych budynków. Kontrastowa kompozycja. Cisza i spokój w parku kontra tysiące świateł miasta widzianego zza spokojnej zatoki. W tle cicha metropolia, rozpalamy naszą przenośną parafinową latarnię i otoczeni zielenią gramy w karty degustując kanadyjskie piwo. Tak mija cały wieczór.

Miejska przestrzeń

SkyTrain to wznosząca się nad ulicami Vancouver wariacja metra, a zarazem sugerowany środek transportu po centrum. Naturalny instynkt poznawania miasta z poziomu ulicy powoduje jednak, że do zwinnego przemieszczania po miejskich chodnikach i ulicach zaprzęgam longboard. Jakość nawierzchni kanadyjskich chodników nieco ustępuje tym kalifornijskim. I tu pojawiają się pierwsze topograficzne spostrzeżenia. Trasy są bardzo zróżnicowane, zaczynając od delikatnych pagórków przez strome zbocza, aż po zabójcze zjazdy. Niekiedy smak i adrenalina są dodatkowo potęgowane ostrymi zakrętami i wąskimi ulicami. Jazda na desce robi się niebezpieczniejsza, ale za to ciekawsza! Kolejne dni spędzam na penetracji miasta wzdłuż i wszerz. Nawet po paru godzinach błądzenia, dzięki prostopadło-równoległemu układowi głównych alej łatwo odzyskać orientację.

Robson Street to centrum rozrywki i życia nocnego, po obu stronach ulicy rozmieszczone są bary, kawiarnie, kluby i restauracje. Gdyby tylko dodać dziesięć stopni Celsjusza, zamknąć ruch i przerobić ulicę na deptak powstałaby barcelońska La Rambla. W pobliżu mieści się dzielnica biznesowa, a w niej instytucje finansowe, siedziby wielu międzynarodowych firm i szykownie ubrani biznesmeni w krawatach.

Jachty przy Granville Island
Jachty przy Granville Island

Trafiam na półwysep Granville Island znajdujący się na skraju biegnącej w poprzek miasta Granville Street. Na tutejszym markecie rybnym unosi się zapach wędzonych łososi i kwitnie handel świeżymi owocami morza. Widać rybaków rozładowujących towar z kutrów po całonocnych połowach. Zatoka i przystań z dziesiątkami zaparkowanych jachtów, na drugim planie dostojnie wznoszące się nowoczesne apartamenty i most łączący obie części miasta tworzą symboliczny układ dobrobytu. Drapacze chmur to nie tylko biurowce, a przede wszystkim luksusowe budynki mieszkalne - alokacja zupełnie nietypowa dla współczesnych metropolii.

Dostrzegam pewnego rodzaju hierarchię zagospodarowania przestrzennego. Wysokie budynki usytuowane są wzdłuż głównych ulic, a niska zabudowa malowniczo przylega do długich i wąskich uliczek zacienionych drzewami.

Po wyjściu ze Stanley Park przemierzam ulicę Robson Street aż do samego końca. Po drodze mijam gigantyczną halę widowiskową British Columbia Place. Odbywają się tu kluczowe wydarzenia sportowo-kulturalne. Budynek jednego dnia potrafi być boiskiem piłkarskim mieszczącym 60 tysięcy kibiców, aby kilka dni później stać się halą koncertową goszczącą światowej sławy artystów. Przed kolejnym okazałym budynkiem dostrzegam tłum ludzi. Kanadyjczycy aktywnie uczestniczą we wszelkich wydarzeniach związanych z hokejem. Przecież to ich sport narodowy! Rozgrywki ligowe NHL odbywają się w przeznaczonej do tego celu hali sportowej General Motors Place.

Gastown to dzielnica silnie inspirowana europejską architekturą. Niższa zabudowa, kręte, wyłożone brukiem uliczki, przystrzyżone krzaki, zadbane skwery i trawniki, żeliwne ławki i klinkierowe elewacje budynków doskonale współgrają w kreacji tej wyciszonej części miasta. Wizytówkę dzielnicy stanowi ulica Water Street i zegar napędzany parą wodną. Bez względu na godzinę zegar cały czas dymi, a gwizdek od czajnika pełni funkcję dzwona wybijającego o pełnych godzinach.

Widok z północnej części Stanley Park
Widok z północnej części Stanley Park

Od szczegółu do ogółu. Aby ujrzeć panoramę całego miasta odwiedzam The Lookout. Panoramiczne, w pełni przeszklone najwyższe piętro wieży widokowej gwarantuje wgląd na dowolną część miasta. W świetle dziennym dającym mnóstwo kolorów widzę nowoczesną architekturę, położenie poszczególnych dzielnic i ramową kompozycję całego miasta. W nocy ta sama panorama przeistacza się w bardziej romantyczną i tajemniczą scenę. Widać kontury budynków i różnorodne odcienie tlących się setek tysięcy świateł tego wielkiego, tętniącego życiem organizmu.

Wraz z upływem czasu dostrzegam jak szybko przebiega proces zadomawiania się w Vancouver. Mam już garstkę swoich ulubionych miejsc. Opracowałem już trasy, dzięki którym mogę wszędzie dojechać na longboardzie (tu pojawia się różnica - kierowca samochodu zwraca uwagę na układ ulic, aby nie jechać pod prąd, longboarder natomiast tworzy w pamięci mapę nawierzchni, aby sunąć gładkim asfaltem i możliwie skutecznie omijać dziury i bruk). Przemieszczanie się po Vancouver z góry na dół i z dołu na górę i sam fakt bycia w tym mieście sprawia mi coraz większą przyjemność.

Kanadyjska kuchnia prosto z Azji

Przyprawy, zioła i korzenie na Chinatown
Przyprawy, zioła i korzenie na Chinatown

Mnóstwo sklepów, restauracji i barów, tak jak w każdym większym mieście. Małe klitki i gigantyczne centra handlowe. Pojawia się jednak element zaskoczenia. Majętni inwestorzy z Hong-Kongu rozpoczęli parę dekad temu masowe kupowanie apartamentów. Przyczyniło się to do boomu rynku nieruchomości. Silna imigracja i intensywne działania adaptacyjne napływowej ludności na przestrzeni ostatnich lat doprowadziły do stanu, który można określić tylko w jeden sposób. Całe miasto zostało zdominowane przez Azjatów.

To oczywiście ukształtowało lokalny rynek usług i handlu detalicznego. W typowym food court po wejściu do centrum handlowego znajdziemy kilkanaście różnych barów i restauracji oferujących najróżniejsze potrawy kuchni azjatyckiej. Mało tego, liczne knajpki są naturalnie wkomponowane w uliczny krajobraz na każdej z dzielnic. Mało tego - są tu nawet azjatyckie centra handlowe!

Trzeba miesięcy, aby poznać wszystkie spotykane tutaj smakowitości. Przed wizytą w Vancouver byłem zdania, że kuchnia azjatycka dzieli się na chińską, japońską, tajską i hinduską. A jeśli jeść sushi to tylko tradycyjne wydanie z wasabi i sosem terryiaki. Nic bardziej mylnego. O odmianach azjatyckich potraw można napisać osiem ksiąg i będzie to dopiero jedna trzecia potencjalnego jadłospisu. Znajdziemy restauracje serwujące wietnamskie, koreańskie, birmańskie, północno- i południowoindyjskie, a nawet laotańskie dania narodowe.

Z ciekawszych wynalazków należy wymienić kimchi. Jest to koreańska potrawa, składająca się z fermentowanych warzyw, głównie kapusty kiszonej i papryki chilli. Bardzo ostra! Znajomy z Seulu wspomina, że kimchi oryginalnie przechowywane było w chłodnych miejscach, czyli na przykład zakopywane w ziemi. Dziś każda szanująca się koreańska rodzina ma w domu dwie lodówki - tradycyjną i drugą przeznaczoną do przechowywania kimchi.

Inna ciekawostka. Bubble tea to jogurt pochodzenia tajwańskiego przygotowywany na zamówienie (o wybranym smaku) z małymi kuleczkami skrobiowymi Tapioca, otrzymywanymi z korzenia manioku (w smaku zbliżone do nasion rośliny strączkowej). Jogurt wraz z kuleczkami na dnie pijemy za pomocą specjalnych szerokich słomek.

Restauracje i bary to jednak tylko szczyt góry lodowej. Prawdziwe skarby znajdziemy na targowiskach Chinatown. Najróżniejsze kłącza, zioła, korzenie, suszone ryby, jeżowce, owoce nieznanego pochodzenia i bardzo ostre przyprawy. Wszystko z nutką tajemniczości.

W typowym barze znajdziemy przynajmniej kilka rodzajów pikantnych sosów. Najostrzejsze polecam tylko zaprawionym. Wynalazki jakie tutaj odkryłem sprawiły, że stworzyłem swoją własną kolekcję ostrych przypraw i sosów do gotowania na co dzień.

Kanada dużo zyskuje pod względem kulinarnym dzięki obecności przybyszy z Azji. Istnieje uzasadnione ryzyko, że gdyby nie Azjaci, pozostałoby biesiadowanie przy herbacie w typowo angielskim stylu fish & chips.

Dzika British Columbia

Kłoda - most na strumyku
Przejście przez strumyk

Aktualnie jedziemy w stronę Harrison Hot Springs. Obiecane gorące źródła to raczej przerost formy nad treścią. Zagospodarowane naturalne wodotryski przypominają pospolity basen z cieplejszą wodą (pomijam rzekome właściwości lecznicze). Miasteczko Harrison Hot Springs jest położone nad spokojnym jeziorem u zboczy gór. Decydujemy się na spacer jednym z górskich szlaków. Przedzieram się przez bujną i gęstą roślinność. Wielkie paprocie, porośnięte gąbczastymi mchami pnie drzew i duża wilgotność powietrza pozwalają poczuć zapach prawdziwego lasu deszczowego.

Wszystkie odwiedzane części prowincji British Columbia to nieustająco piękna przyroda. Zatrzymaj się w dowolnym miejscu i masz punkt nowy widokowy. Urozmaicona rzeźba terenu i poprzeplatany krajobraz. Góry, doliny, przełęcze, rzeki i wąwozy. Zielone tereny, wielkie, naturalne i nienaruszone przestrzenie. Drzewa pochylają się tuż nad ciętymi gigantycznym dłutem spadzistymi fiordami. Ostrożnie wspinam się na wąski cypelek. Spoglądam w dół kanionu od wieków drążonego przez porywistą rzekę Fraser. Nagle deszcz zmienia tą scenerię, odkrytym skałom dodaje blasku i sprawia, że na gładkich powierzchniach pojawiają się refleksy świetlne. Efekt szczególnie widoczny na naturalnych, kanciastych ściankach schodzących w dół fiordów; miejscami zupełnie jakby dociętych ze ślusarską precyzją. Promienie słońca przebijają się przez cienką warstwę chmur i na niebie pojawia się tęcza.

Kanadyjskie miasteczko alpejskie Whistler

Whistler sciąga downhillowców z całego regionu
Downhill w Whistler

Wyjeżdżamy z Vancouver i jedziemy na północ. Zatrzymujemy się po drodze w okolicach Squamish. Po dziesięciominutowym spacerze dochodzimy nad liczący 335 metrów wodospad Shannon Falls. Mimo niedużej ilości przepływającej wody wrażenie robi czas od opuszczenia załamania, przez otarcia o gołe skały do momentu zderzenia się wody z powierzchnią rzeki.

Miasto Whistler wywołuje w mojej wyobraźni cztery symbole: rower i snowboard, górę i śnieg. Poza sezonem zimowym spragnieni adrenaliny downhillowcy i inni rowerzyści katują specjalnie przygotowane trasy rowerowe. Wymagający fragment techniczny, szybki odcinek na prędkość, tor z przeszkodami, skocznie dirtowe z gapem, wysoki northshore z huśtawką zakończoną kilkumetrowym dropem na spadzistą, uklepaną glinę. Downhill to popularny sport w miejscowościach górskich. Ponura deszczowa sobota nie odstrasza nikogo i na dolnej stacji wyciągu tworzy się kolejka.

Wraz z pierwszym śniegiem pojawiają się tutaj snowboardziści, a ratraki usypią snowpark i wybudują potężne skocznie. Warunki śniegowe i potencjalnie gigantyczna ilość dziewiczych tras freeride'owych plasują Whistler w światowej czołówce tego typu miejsc.

Usługi, restauracje i sklepy działają tutaj jak szwajcarski zegarek. Popularność i uznanie stymulują tworzenie infrastruktury i często nakręcają komercję. Na miejscu funkcjonują wypożyczalnie sprzętu oferujące stosy rowerów zjazdowych. To bardzo kosztowna przyjemność, ale w takich warunkach sprzęt jest intensywnie eksploatowany.

Whistler uszyto na miarę klimatycznego alpejskiego miasteczka. Różnica polega na tym, że barman spyta czego mamy ochotę się napić w zrozumiałym, angielskim języku. Czy nieprzemierzone otwarte przestrzenie wysokogórskie mogą żyć w zgodzie ze Starbucksem na głównej promenadzie? Proponuję kompromis: napić się kawy i zaszyć na górze w śniegu. Warto więc poszukać okazji, aby spędzić sezon zimowy na Whistler Blackcomb i rozdziewiczać kanadyjskie złoża głębokiego puchu.

Victoria na wyspie Vancouver

Parlament w Victorii, wyspa Vancouver
Parlament w Victorii

Niewtajemniczonym łatwo pomylić miasto i wyspę Vancouver. Vancouver, największe miasto BC, leży na lądzie. Victoria, stolica BC, leży na wyspie Vancouver. Mamy w planie wykonać rozległą pętlę, aby nie deptać po swoich śladach. Wymaga to przede wszystkim skorzystania z dwóch różnych portów. Jedziemy więc na południe do Tsawwassen Bay. Na prom wjeżdża ponad sto samochodów, ale pech sprawia, że szlaban zatrzaskuje się tuż przed nami. Godzina nad kamienistym wybrzeżem przystani. Fale delikatnie rozbijają się o głęboko osadzone we dnie przestarzałe pale. Na odległych, prawie zbieżnych z linią horyzontu szczytach widać już pierwszy październikowy śnieg.

Pogoda dopisuje, wieje wiatr, a przeprawa promem mija bardzo szybko. Po drodze mijamy małe wysepki. Na niektórych dostrzegam pojedyncze domki. Przypuszczam, że większość to tylko posiadłości letniskowe. A jeśli ktoś tam mieszka to na pewno poranny wypad po bułki bez szybkiej motorówki stanowi istotny problem. Inne wyspy są całkowicie bezludne, gęsto porośnięte drzewami liściastymi i ze względu na wysokie fiordy raczej niedostępne od strony morza.

Wysiadamy na wyspie Vancouver i jedziemy w stronę Victorii. Mijamy niskie zabudowania, zaskakuje relatywny brak konstrukcji w amerykańskim stylu dużo, szybko i tanio. Przeciwieństwo papierowego Las Vegas. Skomplikowana, różnorodna architektura i liczne obszary zieleni tworzą tutaj zgrabną i solidną całość.

Punkt centralny stanowi zatoka i prowadząca wzdłuż niej promenada. Lokalni artyści sprzedają rękodzieła, przy czym z reguły są to rzeźbione indiańskie totemy. U brzegu zatoki znajduje się statek-restauracja z możliwością rezerwacji stolika pod przeźroczystym pokładem. Przede mną wyłania się gmach parlamentu wraz z dziedzińcem i pedantycznie przystrzyżonym zielonym trawnikiem. Wobec braku pracujących urzędników wchodzę do środka, aby zobaczyć główną salę obrad. Z tego miejsca udaję się na dłuższy spacer i przemierzam wąskie, tętniące życiem ulice stolicy.

Jedziemy wzdłuż wybrzeża i zatrzymujemy się, aby zobaczyć panoramę gór, rozległe wąwozy, porywiste rzeki i widok na położone w głębi jezioro. Wsiadamy na prom z Nanaimo do Horeshoe Bay. Tym razem znaleźliśmy się na północy, znów jedziemy na południe i oto sprytnym sposobem kończymy naszą zamierzoną pętlę.

Dodatkowa porcja

Panorama Vancouver po zmroku / zdjęcie wykonane w Stanley Park
Panorama Vancouver po zmroku

Czas mija szybko, a dla mnie tyka nieubłagalnie. Jak to możliwe, że zostało mi tylko kilka dni w Kanadzie? Jeszcze coś! może dwa mosty wiszące? Oba zbudowane z drobnych kładek przewieszonych nad wąwozem. Capilano Bridge ma ponad 130 metrów długości i przewieszenie na wysokości 70 metrów. Wymiary brzmią obiecująco, ale okazuje się, że most niedawno został wyremontowany (jeszcze kilka lat temu zdarzały się tu wypadki). Nowa wersja mostu przypomina nadmorski deptak i praktycznie się nie chwieje. Polecam to miejsce pominąć, albo poczekać kilka lat, gdy most będzie już lekko zdezelowany, tuż przed kolejnym remontem. I gdzie tu obiecana adrenalina? Więcej uwagi przeznaczam na ciekawe trasy piesze w okolicach Capilano. Spędzamy więc trochę czasu na przemierzaniu drobnych przejść, zakamarków, zawieszonych kładek i sieci małych mostów zgrabnie rozmieszczonych i nad stawami. Lynn Suspension Bridge (drugi most) położony jest nad wodospadem Lynn. Most jest bezpłatny, mniejszy, zdecydowanie mniej stabilny, kołyszący i miejscami dziurawy!

Vancouver i British Columbia. Region w optymalnej szerokości geograficznej. Łagodny klimat, bliskość gór i oceanu, snowboard i surfing. Liczne szlaki na piesze wędrówki i prężna wielokulturowa metropolia. To wymarzone miejsce do realizowania aktywnego trybu życia.

Parę ciekawostek:

Atrakcja turystyczna - parujący zegar na Gastown
Parujący zegar na Gastown
  • Stanley Park to 3-ci największy park miejski w Ameryce Północnej, o 10% większy niż Central Park w Nowym Jorku
  • połowę mieszkańców Vancouver stanowią imigranci
  • większość kanadyjskich imigrantów pochodzi z Azji
  • 75% populacji Kanady mieszka w promieniu 150 mil od granicy z USA
  • trzy terytoria północne (Yukon, Northwest Territories i Nunavut) łącznie mają powierzchnię ponad 12-krotnie większą od Polski. Na tak wielkim obszarze mieszka zaledwie 100 tysięcy ludzi
  • poharatana linia brzegowa BC ma długość ponad 27 tysięcy kilometrów
  • BC to także 6000 przybrzeżnych wysp, większość bezludna, akurat dla zwolenników pustelniczego trybu życia
  • za równowartość mieszkania w zatłoczonej Warszawie kupimy nowoczesny apartament z widokiem na ocean w centrum Vancouver
  • dwie największe góry w Whistler zapewniają 3307 hektarów terenów do jazdy na snowboardzie
  • przeciętne roczne opady śniegu w Whistler to wynoszą ponad 10 metrów
  • nie sposób szukać piwa w sklepie pożywczym, alkohol dostępny jest tylko w Liquor Store i Cold Beer & Wine Store

Kilka informacji:

Waluta lokalna: dolar kanadyjski
Odwiedzane miejsca
: British Columbia, Kanada
Termin wyjazdu: wrzesień - październik 2007

Zapraszam także do obejrzenia fotek dostępnych w dziale foto

 

Share

Losowe zdjęcie

L2hvbWUvbGFqY2lrbjEvcHVibGljX2h0bWwvaW1hZ2VzL21lZGlhLzIwMTAwNzE5LmpwZw==.jpg

Polls

Jeśli podróżować, to przez...