10 maj 2010 |
|
Longboard BCNOdwiedzając Barcelonę ostatnim razem popełniłem błąd i nie zabierałem ze sobą longboarda. Tym razem naprawiam to niedopatrzenie. Jedyną moją troską jest zaparkowanie auta w centrum. To nie błaha sprawa, bo po Barcelonie z definicji nie da się przemieszczać samochodem. Dlaczego piesi, rowerzyści i skuterowcy pojawiają się z nikąd i blokują moją jedyną, wąską i jednokierunkową uliczkę? Tu nie można skręcić, tam brak miejsc, a stąd nie ma odwrotu i mimo, że to w zupełnie przeciwnym kierunku, muszę jechać dalej. Możliwości swobodnego przemieszczania się brak. W końcu lekkim fuksem udaje się znaleźć miejsce tuż przy plaży miejskiej. Mam w planie nie ruszać się stąd przez kilka dni. Pora na longboard. Moja pierwsza trasa prowadzi wzdłuż wybrzeża, od plaży Bogatell przez Barcelonettę aż od pomniku Kolumba. Nasza pozornie spokojna plażowa okolica od samego rana wypełnia się spragnionymi słońca plażowiczami. Pojawia się również proporcjonalnie większa ilość aut na parkingu. Odnoszę nawet wrażenie, że każdy z plażowiczów przyprowadził dwa samochody. Czy wspominałem, że to Barcelona to najbardziej przyjazne miasto dla sportów deskorolkowych w Europie? Idealna nawierzchnia z twardego drewna, szlifowany cement albo i zwykły, ale dobrej jakości asfalt powalają swobodnie przemieszczać się po całym centrum. To olbrzymia przewaga w stosunku do chodzenia pieszo. Szczególnie w ciągu dnia, gdy ruch uliczny nieco słabnie można sprawnie przemieszczać się ulicą pomiędzy autami. Znaczna część alej ma oddzielne pasmo dla rowerów. Niektóre z nich zawierają w sobie również szeroki deptak. Przejazd Sant Joan przy Arc de Triomf oraz biegnącą przez całe centrum Gran Vía to bajka. W ciągu dwóch pierwszych dni udaje mi się przejechać 70 kilometrów na longboardzie. Wystarczy, aby zwiedzić każdy zakątek miasta na własny sposób. Śmigam jak strzała obok wciąż remontowanej bazyliki Sagrada Familia i leniwie wspinam się na punkt widokowy w Park Güell. Zatrzymuję się na kawałek hiszpańskiej pizzy i echilada con carne picante, czyli argentyńskie ciasto z pikantnym mięsnym nadzieniem. Odprężająca jest ulga jaką daje nadmorska bryza i prawie bezszelestnie toczące się łożyska mojego Loaded Dervish'a. Co parę godzin w słońcu robi się gorąco, wskakuję więc do orzeźwiającej śródziemnomorskiej wody. wrzesień 2009 |
| Share |

